poniedziałek, 17 lipca 2017

Trening Spartanina według Hayovkina

Dziś mały bonus do niedawnej recenzji książki „Spartan up!: bądź jak Spartanin”. Przykład, że trening ogólnorozwojowy wcale nie potrzebuje ani wymyślnych urządzeń, ani profesjonalnych ciężarów, ani nawet siłowni, czy innego obiektu sportowego.

W ostatnim czasie spędziłem ok. 6 tygodni zakwaterowany w hotelach, daleko poza miejscem zamieszkania. Dodam, że nie w żadnej wielkiej miejscowości, a ostatni tydzień spędziłem po prostu na wsi. Kiedy nic poważniejszego mi nie dolega to trening fizyczny jest stałą częścią mojego życia. Takie, a nie inne okoliczności stały się więc dla tego nawyku pewnym utrudnieniem. Jednak nie utrudnieniem nie do pokonania. Póki żyłem w miasteczku (Świebodzin, woj. lubuskie) to uczęszczałem na miejscową siłownię - w miarę możliwości czasowych i zdrowotnych (w ostatnim czasie borykałem się z kontuzją pleców jak i chorobą). Na wsi takiej opcji już nie było, trzeba było kombinować. Organizm domagał się swojej treningowej dawki, a szczególnie psychika. Charakter całego wyjazdu generalnie nie sprzyjał optymalizacji diety, regeneracji jak i procesowi treningowemu. W związku z tym organizm mógł być nieco przemęczony i w formie dość dalekiej od ideału. Mimo to, trening o innej charakterystyce fizjologicznej niż długotrwała, jednostajna praca mógł być dla ciała pozytywnym bodźcem i swego rodzaju „odstresowywaczem”. Pomimo przeciwności losu zdecydowałem się na ćwiczenie na łonie przyrody i w takich warunkach odbyłem 2 bardzo przyjemne jednostki treningowe J

Pierwszy trening był bardzo prosty, a dla wielu objętość treningowa może wydawać się śmiesznie mała. Po ok. 30 minutach marszu dzikimi ścieżkami znalazłem kawałek terenu, który wystarczył do odbycia ćwiczeń. W sumie podobny „trening” można by zrobić w wielu innych miejscach, na upartego także w domu. No, ale nie ma to jak natura J Cały trening trwał ok. 15 minut i wyglądał tak:

·         Trucht, dynamiczny stretching, wymachy kończyn, ćwiczenia mobilizujące
·         1 seria „buurpesów”, 30 powtórzeń
·         Stretching statyczny

Miejsce akcji: jakieś pole między Rzeczycą, a Świebodzinem

Do tego doliczyć można wspomniany, poprzedzający trening marsz oraz powrót (również ok. 30 minutowy). Objętość treningowa bardzo mała, można powiedzieć że ta jednostka miała w dużym stopniu charakter relaksująco - odprężający. Mimo wszystko była znaczącym bodźcem dla organizmu, ponieważ nieprzerwane wykonywanie tak dynamicznych ćwiczeń jak „buurpes” w dużym stopniu wpływa na podwyższenie tętna i przyspieszenie metabolizmu, powysiłkowego spalania kalorii. Efekt jest tym większy, jeśli podobnych ćwiczeń nie wykonuje się regularnie. Zapewniam też, że dla kogoś nie robiącego systematycznie tzw. krokodylków nawet jedna, 30-powtórzeniowa seria spacerkiem zdecydowanie nie będzie ;)

Drugi „spartański” trening był już nieco bardziej złożony i inwazyjny dla ciała. Wiążę się z nim też pewna anegdota. Za oknem mojego pokoju dostrzegłem zaraz po przyjeździe do hotelu taki o to widok:

Pocięte pnie na tyłach hotelu

W głowie od razu zakotłowała mi pewna myśl, ale moja wizja musiała jeszcze parę dni poczekać. Myślę też, że niejeden fan plenerowych treningów od razu wiedziałby co z tym zrobić ;) Teren za hotelem był oznaczony jako prywatny, także wbijać „na Jana” tam nie zamierzałem. Kiedy spotkałem właściciela hotelu zadałem chyba zaskakujące dla niego pytanie, mianowicie czy mógłbym poprzerzucać trochę pnie drzewa, które widzę za oknem – tak w ramach treningu ogólnorozwojowego. Reakcja właściciela była pozytywna, a w związku z moim pytaniem wywiązała się też pewna okołotreningowa dyskusja ;) Dostałem m.in. kilka wskazówek (niezbyt mnie oświecających). Ok. 60-letni właściciel wyznał też, że żałuje że nie ma na miejscu rękawic bokserskich, gdyż chętnie udzieliłby mi lekcji boksu. Okazało się, że posiada tytuł instruktora boksu, a przynajmniej sam tak twierdził. Osobiście widywałem go jedynie jako komentatora przed telewizorem, ale kto wie… być może byłoby to ciekawe doświadczenie – czy to w kontekście przetrenowania jakichś akcji, czy wspólnego sparingu ;) Po rozmowie, gotowy już do działania udałem się na zaplecze hotelu i zabrałem się do roboty. Przeprowadziłem taki o to trening:

·         Trucht, dynamiczny stretching, wymachy kończyn, ćwiczenia mobilizujące, krótka walka z cieniem
·         5 pompek z nogami na podwyższeniu, 5 przysiadów z kamieniem (ok. 9-12kg) trzymanym przed sobą, tzw. przysiad kielichowy
·         Krążenia tułowia z pniem (ok. 10kg) trzymanym w wyprostowanych rękach
·         Część robocza – ok. 30 minut ciągłego przerzucania pniaków z siłą maksymalną, 10-15 sekund przerwy pomiędzy rzutami, rzucanie przede wszystkim w pozycji bokserskiej (lewą i prawą ręką), ale i na kilka innych sposobów, z akcentem na zachowanie poprawnej sylwetki i transfer siły z kończyn dolnych do górnych. Waga i gabaryty pieńków zmienne – od ok. 5 do 25kg
·         Przetaczanie dużego pnia jak opony, waga ok. 40kg, dystans ok. 20m
·         30 burpeesów,  1 seria
·         Krótkie rozciąganie statyczne

Brudny, zmęczony ale zadowolony wróciłem do hotelu. Podziękowałem za możliwość treningu i usłyszałem, że mogłem powiedzieć o swoich zamiarach wcześniej, gdyż jest potrzeba przeniesienia drzewa pod pobliską wiatę ;)

Sam trening był dość ciężki, a końcowa seria burpee stanowiła już naprawdę walkę z samym sobą. Pozwoliłem sobie tym razem na dużo, gdyż wiedziałem że jest to mój ostatni trening w tym miejscu i mogę dać z siebie więcej. Czas na regenerację miał przyjść już niedługo, czyli po powrocie do domu następnego dnia (poprzedzającej nocy czekała mnie jeszcze zmiana w pracy). Czasem w filmach typu „Rocky” pojawia się motyw, kiedy bohater motywuje się przed „walką ostateczną” i wie, że będzie to okazja do wyrzucenia z siebie najgłębszych pokładów energii, a także emocji. Dla mnie taką funkcję miał m.in. właśnie ten trening. Nie polegał on tylko na rzucaniu pniami, ale i na wyrzuceniu z siebie wszystkich, złych emocji. Poza tym była to przednia zabawa, którą polecam każdemu ;)

        tzw. Burpees


Dla chcącego nic trudnego, a trening można wykonać naprawdę wszędzie. Przyznam, że w pewnym stopniu zainspirowała mnie właśnie przeczytana ostatnio książka - Spartan up!: bądź jak Spartanin”. Moja krótka recenzja tytułu znajduje się 2 posty niżej. Można powiedzieć, że to autor lektury popchnął mnie do tak „dziwacznych” zachowań jak robienie pompek na hali dworca, w czasie oczekiwania na pociąg ;) Takie podejście nie jest jednak dla mnie zupełną nowością. Jako harcerz miałem dość regularnie do czynienia z wysiłkiem fizycznym w plenerze i grupowymi ćwiczeniami ogólnorozwojowymi typu przysiady, pompki, brzuszki, czy tzw. jumping. Trochę jak w Sparcie, gdyż wszystkie te działania były nacechowane jakąś rywalizacją i wspólnym wychowywaniem. Można więc rzec, że to dla mnie swego rodzaju powrót do korzeni i wskrzeszenie pewnej części siebie.


Ciężar własnego ciała, kamień, równoległa do podłoża gałąź – to wszystko może stać się naszym sprzymierzeńcem w poprawie własnej formy. Według niektórych ponoć „tylko wariaci są coś warci”. Czemu więc nie być wariatem typu sportowego? Na pewno to lepsza opcja niż wariactwo wynikające z umysłowych braków, czy zbyt dużego stężenia alkoholu we krwi J


niedziela, 16 lipca 2017

Co tam w boksie? Wielkie triumfy Syrowatki i Kownackiego | Koniec Szpilki?


Za nami pasjonujący, bokserski weekend. Działo się wiele i nie zabrakło polskich akcentów. Szczególnie interesowały nas gale w Londynie (m.in. starcie Robbiego Daviesa Jr z Michałem Syrowatką) oraz Nowym Jorku (polskie starcie na szczycie wagi ciężkiej – Artur Szpilka vs. Adam Kownacki). Poniżej moje opinie na temat starć, które mnie szczególnie interesowały.

LONDYN

Robbie Davies Jr vs. Michał Syrowatka

Pojedynek, który zapowiadał się bardzo interesująco, choć zdecydowanym faworytem (szczególnie dla bukmacherów) był boksujący na swoim terenie Davies Jr. W sumie czytając komentarze na polskich portalach bokserskich można było właśnie odnieść wrażenie, że pięściarz z Ełku leci do Anglii na pożarcie. Jak się okazało – nic z tych rzeczy. Michał udowodnił tą walką wiele rzeczy. Sporo osób wątpiło w jego odporność na ciosy, szczególnie po przegranej przed czasem z blisko 40-letnim Rafałem Jackiewiczem. Przyznam, że i ja nie miałem pewności jak zachowa się Michał po przyjęciu paru” czyściochów” od nie głaszczącego rywala z Liverpoolu. Wygląda jednak na to, że Jackiewiczowi w pierwszej walce z Syrowatką wyszedł po prostu „strzał życia”. Zarówno Anglik jak i Polak nie szczędzili sobie mocnych ciosów, a cała walka przerodziła się w prawdziwą, bokserską wojnę. Tutaj na brak emocji nikt nie mógł narzekać, nawet kibice neutralni. Syrowatka pokazał jaja i wyszedł do faworyzowanego rywala bez respektu. Wiedział też, że musi zaryzykować, gdyż gospodarzowi sprzyjają również ściany, czyt. Sędziowie. Jak się okazało, Michał przegrywał dość wyraźnie na kartach punktowych przed ostatnią rundą. Jedyne co mogło go uratować to nokaut na przeciwnikowi. Udało się. Syrowatka pokazał wielkie serce do walki i żądzę zwycięstwa. Przełamał Anglika, zdobywając pas WBA Continental wagi super lekkiej oraz serca wielu kibiców. Wydaje się, że teraz czekają na Michała dobre oferty, a walka o „prawdziwy” mistrzowski pas się przybliżyła. Wielki wyczyn Syrowatki!



Chris Eubank Jr vs. Artur Abraham

Niby dwa głośne nazwiska, niby interesujące starcie. Niby. W rzeczywistości był to bardzo wygodny matchmaking dla Eubanka Jr. Wywodzący się z niższej kategorii Anglik przewyższał przede wszystkim szybkością oraz ruchliwością statycznego „Króla Artura” (to było oczywiste, że tak będzie). Jedyną przewagą Abrahama nad Eubankiem była surowa, fizyczna siła. To jednak nie ma większego znaczenia, kiedy nie możesz „złapać” rywala. Naturalizowany Niemiec stał się więc żywym workiem treningowym. Eubank Jr dał tym samym świetne show i o to właśnie chodziło. Pokonał rywala z nazwiskiem i wciąż dobrym rekordem, ale zarazem niezbyt groźnym stylem. Ci kumaci do końca tego cyrku na pewno nie łykną i będą oczekiwać prawdziwej weryfikacji klasy bokserskiej Eubanka. Syn bokserskiej legendy boksuje bardzo efektownie, choć jak dotąd tylko raz zmierzył się z kimś ze ścisłej czołówki swojej kategorii wagowej (Joe Saundersem). W walce tej zresztą nie zaimponował. Lubię juniora, ale ja również czekam aż zawalczy z kimś naprawdę dobrym i w kwiecie wieku. Jeśli Eubank Jr wystąpi w mocno promowanym turnieju World Boxing Super Series to takiej weryfikacji powinniśmy doczekać.



NOWY JORK

Artur Szpilka vs. Adam Kownacki

Walka, na którą czekało wielu. Mocno lansujący się w mediach społecznościowych „Szpila” kontra sympatyczny naturszczyk - Adam Kownacki. Te starcie na szczycie polskiej wagi ciężkiej miało nam sporo wyjaśnić, choć dla większości zdecydowanym faworytem był Szpilka. Powracający po dłuższej przerwie bokser z Wieliczki mierzył się w swojej karierze z mocniejszymi rywalami oraz włożył w rozwój swojej kariery o wiele większe środki. Dziwiły mnie trochę opinie, jakoby styl Kownackiego bardzo Szpilce pasował. Artur zawsze miał problemy z rywalami, którzy zdecydowanie nacierali, będąc przy okazji czymś więcej niż puszką soku pomidorowego (z pozdrowieniami dla Andrzeja Kostyry). Opuszczanie rąk, luki w defensywie oraz błędy w poruszaniu się na nogach. Te wszystkie mankamenty Szpilki mogły być wodą na młyn dla Kownackiego. I tak też się tało. Artur nie pokazał w tej walce praktycznie nic. Być może w jakimś stopniu była to kwestia dłuższej przerwy od boksu. Szpilka wydaje się też już nieco „naruszony”, wszak przyjął już w swojej karierze sporo mocnych ciosów, nie raz zapoznał się z deskami. Kownacki zgodnie z oczekiwaniami przeszedł do zdecydowanej ofensywy i systematycznie dobierał się do skóry Artura. Koniec nastąpił w 4 rundzie, kiedy seria ciosów posypała się na głowę „ludzika Lego”. Szpilka miał już dość, a w odpowiednim momencie akcję przerwał sędzia ringowy. Mimo, że Artur jest wciąż młody to jego kariera znalazła się właśnie na dużym zakręcie. Ta porażka to duża skaza na jego rekordzie, według wielu (także jego samego) miała to być lekcja boksu dla sympatycznego grubaska – Adama Kownackiego. Stało się na odwrót. Przed Adamem duże walki. Według statystycznego portalu bokserskiego boxrec.com, Kownacki jest już na 11. miejscu w światowym rankingu wagi ciężkiej. Wyprzedza m.in. tak znane nazwiska jak Dominic Breazeale, Andy Ruiz Jr czy Dillian Whyte. Z ciekawością będziemy śledzić dalsze poczynania boksera z Łomży. Co ze Szpilką? Ciężko powiedzieć, po 2 przegranych przed czasem z rzędu zawisły nad nim czarne chmury. Powinien teraz odpocząć i przemyśleć co dalej. Wydaje się, że jedyną opcją na „powrót do gry” jest teraz dla niego wygranie starcia z jakimś faworyzowanym zawodnikiem, na jego terenie. W innym wypadku jego kariera może stać się już bardziej celebryckimi popisami niż walką o poważne tytuły.


Marcus Browne vs. Sean Monaghan

Ciekawe starcie w wadze półciężkiej. Spotkało się dwóch niepokonanych znajomych, z szerokiej czołówki swojej dywizji. Od początku zarysowała się pewna przewaga Browne’a, który imponował dynamiką i agresją. Różnica w szybkości okazała się chyba kluczowa i sprawiła, że Monaghan został szybko zastopowany. Na deskach znalazł się już w pierwszej rundzie, a walka ostatecznie zakończyła się w starciu drugim. Szybka robota czarnoskórego pięściarza, którego boks dobrze się ogląda. Teraz czekamy na jego starcie o jakiś poważny, mistrzowski tytuł. Doczekamy się tego może już niebawem, a Amerykanin w takiej potyczce wcale nie musi stać na straconej pozycji (choć konkurencja w wadze półciężkiej jest aktualnie bardzo mocna).



INGLEWOOD

Joe Smith Jr vs. Sullivan Barrera

Kolejne starcie pomiędzy czołowymi postaciami wagi półciężkiej. Mający dobrą passę, pogromca Andrzeja Fonfary oraz Bernarda Hopkinsa przeciwko technikowi z Kuby, który jedyną porażkę odniósł z genialnym przecież Andre Wardem. Początek był zacięty, być może nawet z lekkim wskazaniem na Smitha Jr, który dobry start przypieczętował nawet nokdaunem na Barrerze. Wydawało się, że walka może za długo nie potrwać, jednak Kubańczyk szybko się otrząsnął i zaczął robić swoje. Do końca walki Barrera boksował już uważnie i dość często karcił silnego, ale ograniczonego boksersko rywala. Taktyka Smitha Jr była jedna – znokautować rywala. Mocny cios to jednak czasem w boksie za mało, zwłaszcza jeśli mamy naprzeciw sprytnego przeciwnika. Takim okazał się Kubańczyk, który systematycznie punktował Smitha Jr i dowiózł zwycięstwo do końca, bez ponownych wizyt na deskach. 5 minut Smitha Jr minęło, za to przed Barrerą być może jakaś naprawdę duża walka. Wczorajsza wygrana to dla niego bardzo cenne zwycięstwo, które może okazać się przepustką nawet do walki o poważny tytuł, np. z Adonisem Stevensonem o „prawdziwy” pas federacji WBC w wadze półciężkiej.


sobota, 15 lipca 2017

Spartan up!: bądź jak Spartanin


Robiąc jakiś czas temu większe zakupy w internetowej księgarni, zwróciłem uwagę na pewną okładkę w przedstawianych propozycjach. Była to oprawa książki „Spartan up!: bądź jak Spartanin”. Kompletowałem właśnie mój księgozbiór na zbliżającą się delegację do pracy poza miejsce zamieszkania. Szukałem m.in. tytułów, które będą w stanie mnie jakoś zainspirować i zmotywować do cięższej pracy. Z uwagi na codziennie zmiany i wyrabianie godzin ponad normę, dalsze systematyczne treningi były nieco utrudnione. Okładka wspomnianej książki mignęła mi już przed oczyma jakiś czas temu, ale to teraz uznałem że nadszedł właściwy moment na tego typu lekturę. Tym razem bez przesadnego już analizowania zawartości utworu kliknąłem na ikonkę koszyka i dodałem pozycję do mojej listy zakupów.

Po kilku tygodniach zabrałem się do czytania. Na początku lekkie rozczarowanie. Lubię zostawić sobie czasem pewien margines nieznajomości tematu i odkrywanie konceptu książki dopiero podczas lektury. Nie spodziewałem się jednak takiego nasycenia treści komercją. Niektórzy stwierdziliby wręcz, że tytuł jest chamską reklamą biegu, który autor książki cyklicznie organizuje. Tu mogła zawinić też moja niewiedza. Zapewne wielu siedzących w temacie skumało od razu o co chodzi. Na okładce widnieje bowiem logo biegów wytrzymałościowych „Spartan Race”. To chyba najpopularniejsza na świecie formuła biegów z przeszkodami „dla każdego”. Użyłem cudzysłowu, gdyż ukończenie choćby najkrótszej wersji Spartan Race nie jest prostym wyczynem. Z tego co opisuje Joe De Sena (autor) – jest wręcz ekstremalnie trudne. W tym miejscu poświęcę głównemu autorowi książki kilka słów. Joe De Sena to światowa legenda wyścigów przygodowych i wytrzymałościowych. Ukończył m.in. 217 kilometrowy ultramaraton Badwater, pokonał 225 kilometrów podczas triatlonu Lake Placid Ironman i przebiegł 160 kilometrów w ramach górskiego wyścigu w Vermont. A to wszystko… w ciągu jednego tygodnia.  De Sena jest również jednym z założycieli wspomnianego projektu Spartan Race, któremu w głównej mierze poświęcona jest omawiana książka. W pisaniu pomagał mu także Jeff O’Connell, redaktor naczelny portalu bodybuilding.com. Przyznam, że nazwa „Spartan Race” obiła mi się już o uszy, jednak w dobie zalewania nas różnymi Runmageddonami i biegami typu survival nie wiedziałem do końca czym jest spartańska wersja tego typu wydarzenia. Nigdy zresztą nie byłem wielkim fanem takich biegów. Uważałem, że uczestnicy chcą trochę na siłę robić z siebie sztucznych bohaterów, a tak naprawdę priorytetem organizatorów jest bezpieczeństwo i nikomu nic wielkiego nie grozi. Prawdziwym bohaterem jest się kiedy rzeczywiście znajdziemy się w niekontrolowanych i nieprzewidzianych warunkach, kiedy nikt nad nami nie czuwa. A jeśli ktoś chce świadomie zrobić coś bohaterskiego i pożytecznego zarazem to niech odda lepiej komuś krew lub szpik kostny. Takie podejście miałem przed dłuższy czas. Po tej lekturze nie zmieniło się ono diametralnie, choć przyznam że sam zacząłem się zastanawiać nad udziałem w Spartan Race – póki co w jego najkrótszej wersji, czyli Spartan Sprint.



Przejdźmy do sedna. O czym przeczytamy w „Spartan up!: bądź jak Spartanin”? Pominę już liczne zachęty do udziału w biegu, który wedle autora pomoże nam przełamać własne granice i stać się kimś lepszym. Przyznam, że jest tu tego sporo, ale taki już typ z Joe De Seny – stara się motywować i zachęcać na każdym kroku. Korzyści finansowe jakie czerpie z biegów oraz książki to już inna kwestia. W pierwszej części książki przeczytam o paru prawdziwych historiach, które mogą (lub nie) nas zainspirować. Autor przytacza przypadki kilku znanych odkrywców/podróżników/rozbitków, których z jakiegoś powodu podziwia. Do tych przypadków dość często odnosi się także w dalszej części lektury. De Sena pisze także o ludzkiej mentalności, porusza temat ludzkiego charakteru i pracy nad silną wolą. Opisuje m.in. historyczny „Test ciasteczkowy”. Zainteresowani mogą poszukać na czym on dokładnie polegał. Wniosek generalnie jest taki, że osoby które potrafią odkładać nagrodę na później (już w dzieciństwie) są predysponowani do większych osiągnięć. Mnie to w sumie podbudowało. Już jako dzieciak potrafiłem m.in nie jeść śniadania w szkole przez kilka dobrych miesięcy, by uzbierać pieniądze na konsolę do gier ;) W tym wypadku analogia do „testu ciasteczkowego” jest znaczna. No, ale to nie miejsce bym wystawiał sobie laurkę. Poczytamy też o „skali porównawczej” – czyli zrób sobie trudniej, by potem mieć łatwiej. Myślę, że wielu ludzi i tak stosuje tę zasadę – mniej lub bardziej świadomie. Na łamach książki znajdziemy też parę słów o budowaniu sprawności (mocno ogólnie) oraz właściwym odżywianiu. Autor proponuje prostą i niezbyt obfitą dietę, opartą na nieprzetworzonych produktach. Docelowo chodzi o to, by jak najbardziej zahartować i „zekonomizować” swój organizm. De Sena wspomina też sporo o pokonywaniu życiowych trudności, opisuje m.in. drogę swojego powrotu do sportu po ciężkim wypadku. Przytacza też kilka podobnych historii ludzi, którzy wykazali się niebywałą determinacją oraz hartem ducha. Przeczytamy tu również coś o ludzkich więziach oraz wychowywaniu dzieci według koncepcji autora. Miejscami było to dla mnie nawet zabawne, gdyż przypominało mi pewien film komediowy, który szczerze polecam. „Captain Fantastic” – tak brzmi jego tytuł. Nie chodzi o to, że krytykuję wizję De Seny. Miejscami traktuję ją jednak z pewnym dystansem. Pewne rzeczy z tej książki przypadły mi do gustu bardziej, pewne mniej. Niektóre pomysły autora stosowałem już wcześniej, nie wiedząc nawet  że ktoś je „opatentował” lub przynajmniej zajmuje się ich głośną promocją.



„Spartan up!: bądź jak Spartanin” to dobra książka. Nie ustrzegła się pewnych błędów (także merytorycznych) i niedociągnięć, jednak w swojej kategorii jest naprawdę porządnym tytułem. Poleciłbym ją przede wszystkim jako motywator dla ludzi, który znaleźli się w jakimś życiowym dołku. Nie wiem czy podziała na każdego, ale nie zaszkodzi spróbować. Na pewno więcej dowiedzą się z niej ludzie początkujący, ci którzy niedawno przestawili się na aktywny tryb życia, lub dopiero takowy zamierzają prowadzić J Do tego typu ludzi treść książki trafi według mnie najbardziej. Choć mam też odczucie, że tytuł ten może co niektórych przygnieść dość „hardkorowym” podejściem autora. Na koniec zamieszczę jeszcze kodeks Spartanina stworzony właśnie przez  Joe De Senę.

Moja ocena książki: 7/10

KODEKS SPARTANINA
  • ·         Spartanin doprowadza swoje ciało i umysł do granic możliwości
  • ·         Spartanin doskonali się w kontrolowaniu swoich emocji
  • ·         Spartanin ciągle się uczy
  • ·         Spartanin jest hojny
  • ·         Spartanin jest przywódcą
  • ·         Spartanin za wszelką cenę broni własnych przekonań
  • ·         Spartanin zna swoje wady tak samo jak swoje zalety
  • ·         Spartanin udowadnia swoje racje czynem, nie słowem
  • ·         Spartanin przeżywa każdy dzień tak, jakby to był jego ostatni



niedziela, 9 lipca 2017

Co tam w boksie? World Boxing Super Series



Rozlosowano, a w zasadzie ustalono pary pierwszego turnieju spod znaku World Boxing Super Series. Zarówno w wadze super średniej, jak i tej bardziej nas interesującej (i chyba nie tylko nas) - junior ciężkiej. Pierwsza seria pojedynków odbędzie się już na jesieni. O trofeum im. Muhammada Alego zawalczy po 8 pięściarzy w kategorii super średniej oraz junior ciężkiej. Dziś przedstawię pokrótce moje typy na rozstrzygnięcie pierwszych walk oraz końcowe rozstrzygnięcia.

WAGA SUPER ŚREDNIA

Nawiązania do pamiętnego „Super six” są nieuniknione. Ten odbyty przed kilkoma laty turniej cieszył się nie lada zainteresowaniem oraz na dobre wypromował doskonałego Andre Warda. Udział wzięły też takie nazwiska jak Mikkel Kessler, Artur Abraham czy Andre Direll. „Super six” okazała się super inicjatywą, a po paru latach w końcu doczekaliśmy się podobnego projektu. Nazwiska uczestników mogą być anonimowe dla kogoś niebędącego zagorzałym, bokserskim fanem. Nawet ci „kumaci” mogą mieć do obsady pewne zastrzeżenia, ja jednak jestem zadowolony. Dlaczego? Bo będzie to fajny powiew świeżości dla bokserskiego kibica. Waga super średnia tego potrzebuje, to takie „Nowe rozdanie” w wersji światowej. Sam turniej na pewno kogoś wypromuje, choć faworytami będą zapewne te bardziej znane nazwiska – Smith, Groves, Abraham/Eubank jr, ew. Brahmer.



George Groves (26-3, 19 KO) – Jamie Cox (23-0, 13 KO)

Faworytem “Św. Jerzy” . Choć rywal niepokonany i starszy, to różnica w doświadczeniu jest tu kolosalna (na korzyść Grovesa). Groves to zawodnik kochający wyzwania, nigdy nikogo nie unikał. Walczył już ze światową czołówką (z różnym rezultatem), choć sam jest jeszcze stosunkowo młody. O Grovesie wiemy już dużo, znamy jego wady (kondycja, czasem głowa) i zalety (szybkość, mocny cios, ambicja). Co można powiedzieć o Coxie? Póki co nikogo wielkiego nie pokonał i to się już raczej nie zmieni. Blisko 31-letni Cox powinien być dla Grovesa rozgrzewką przed większymi wyzwaniami w tym turnieju.

Mój typ:
George Groves przed czasem

Callum Smith (22-0, 17 KO) – Erik Skoglund (26-0, 12 KO)

Interesujące starcie dwóch super średnich. Można powiedzieć, że obaj są w szczycie swojej kariery, obaj niepokonani. Większość stawia chyba na Smitha i ja też nie będę tu oryginalny. Skandynawowie mają sporo solidnych bokserów, jednak bardzo rzadko udaje im się sięgnąć bokserskiego olimpu. Zwykle do wejścia na szczyt brakuje im nieco polotu i po prostu bokserskiego kunsztu. A może też wyspiarskiego, pięściarskiego klimatu? Na jego brak na pewno nie może narzekać Callum Smith, jeden z czwórki (!) boksującego rodzeństwa. Callum jest podobno tym najbardziej utalentowanym z braci. Świetne warunki fizyczne i dobry, bokserski warsztat predysponuje go do dużych rzeczy. Czas na weryfikację. Obaj muszą potwierdzić jeszcze swoją klasę w starciach z „topem”. Największe dotychczasowe zwycięstwa Anglika to pokonanie Rocky Fieldinga oraz Hadillaha Mohoumadiego. Największe triumfy Szweda to wygrane z Ryno Liebenbergiem oraz Timy’m Shalą.

Mój typ:
Callum Smith na punkty

Chris Eubank Jr (24-1, 19 KO) / Artur Abraham (46-5, 30 KO) (rozstrzygnięcie 15 lipca) – Avni Yildirim (16-0, 10 KO)

Tutaj nie wiemy jeszcze kto zmierzy się z Yildirimem. Więcej będzie można napisać po 15 lipca, kiedy o udział w turnieju zawalczą Chris Eubank Jr i Artur Abraham. W każdym wypadku stawiam na bicie Turasa. Niepokonany Yildirim to perspektywiczny zawodnik, jednak wciąż zbyt mało doświadczony by święcić triumfy nad kimś klasy Eubanka Jr czy Abrahama. Turek największe zwycięstwa odniósł dotychczas przeciwko Schillerowi Hyppolyte oraz Marco Antonio Peribanowi. Choć to solidni bokserzy to według mnie statystyka jego zwycięstw po tym turnieju się nie poprawi.

Mój typ:
Avni Yildirim przegra

Jurgen Brahmer (48-3, 35 KO) – Rob Brant (22-0, 15 KO)

Niemiecki weteran kontra młody, dobrze rokujący Amerykanin. Brahmer zjadł już na boksie zęby. Ten turniej będzie dla niego swego rodzaju „odprawą” na bokserską emeryturę. Choć Brahmer to zawodnik utytułowany i zawsze groźny, to w tym pojedynku węszę niespodziankę. Próżno szukać wielkich nazwisk w bilansie Branta, ale ten turniej może mu właśnie umożliwić wypłynięcie na szerokie wody. Zmierzenie się z kimś takim jak Brahmer będzie z pewnością dużym przeskokiem w poziomie rywali, mimo wszystko wyczuwam triumf młodości. Czas Brahmera dobiega już końca. Młodość, świeżość i ambicja zatriumfują – ot taki mój, luźny typ. Samą walkę bardzo chętnie obejrzę.

Mój typ:
Rob Brant przed czasem w końcowych rundach

Końcowe rozstrzygnięcia:

Ja wierzę w młodego Eubanka (a przedtem oczywiście pokonanie Abrahama). Wielu nie docenia juniora ze względu na jego beszczelny styl oraz „porażkę” z Saundersem, która według mnie porażką nie była. Wysoko oceniam również szanse na triumf innego wyspiarza – Calluma Smitha. W bezpośrednim starciu z Eubankiem stawiałbym jednak na Juniora. Boks Smitha zdaje się nieco stać w miejscu, brak mu również starć z absolutną czołówką. Eubank Jr wydaje się wciąż rozwijać. Sporo namieszać może także kolejny Brytyjczyk - George Groves. To pięściarz, którego nigdy nie można skreślać. W decydujących momentach kariery brakowało mu zazwyczaj… zdrowia, jednak w ostatnim pojedynku przetrwał kryzys i sięgnął po mistrzowski pas. Jego atuty to nieprzewidywalność i mocny cios.


WAGA JUNIOR CIĘŻKA

Czas na „crem de la creme”. Obsada w wadze cruiser jest według mnie znacznie atrakcyjniejsza. Także dla mniej zagorzałych fanów boksu nazwiska są bardziej rozpoznawalne. Jedyne zastrzeżenia mieć można do udziału Mike’a Pereza, który w tej dywizji nikogo znaczącego jeszcze nie pokonał. Bardziej racjonalna byłaby kandydatura Krzysztofa Głowackiego, ale cóż… taki już jest boks i elementu polityki nie mogło zabraknąć. Tymczasem „Główka” jako oficjalny rezerwowy może jeszcze swoją szansę dostać. Ciężko uwierzyć, że nikomu nie przydarzy się podczas przygotowań żaden uraz. Z drugiej strony – gratyfikacje za walki są w tym turnieju na tyle wysokie, że nie zdziwiłbym się udziału zawodników, którzy nie będą w pełni dysponowani.



Aleksander Usyk (12-0, 10 KO) – Marco Huck (40-4-1, 27 KO)

Starcie ukraińsko – niemieckie. Zdecydowanym faworytem będzie mistrz olimpijski, niepokonany na zawodowych ringach Usyk. Marco Huck to bokser groźny, ale.. chyba już wyboksowany. Wydaje mi się, że to typ pięściarza który jest „wariatem” do pierwszej dotkliwej porażki. Taką była ta odniesiona z Krzysztofem Głowackim. Marco lepszy już więc nie będzie, a jego surowy styl okaże się wodą na młyn dla Ukraińca. Według mnie Usyk wręcz ośmieszy Hucka, „wyrwie jego duszę” na dobre i praktycznie zakończy karierę Niemca. Technicznie dzieli tę parę przepaść, a co istotne – Usyk nie odstaje też pod względem fizycznym.

Mój typ:
Oleksandr Usyk przed czasem w drugiej połowie walki


Murat Gassijew (24-0, 17 KO) – Krzysztof Włodarczyk (53-3-1, 37 KO)

Nie oszukujmy się. „Diablo” według zdecydowanej większości jedzie na pożarcie, ma być dla Gassijewa tylko śniadaniem. Według bukmacherów to Polak ma najmniejsze szanse na triumf w turnieju, z kolei Gassijew jest konsekwentnie wymieniany w gronie faworytów. Murat jest większy, młodszy, bardziej „luźny” i prawdopodobnie nawet silniejszy niż Krzysztof. Oglądałem ostatnią walkę „Diablo” w Poznaniu i przyznam, że jej przebieg również nie napawał optymizmem. Podopieczny Abela Sancheza to młody „dzik”. Ma ledwie 24 lata, rośnie w siłę z każdym pojedynkiem, a i tak ma już na swoim koncie tak poważny skalp jak Denis Lebediev, któremu zabrał tytuł mistrza świata federacji IBF. Gdzie upatrywać szans Włodarczyka? Może w tym, że… nie jest faworytem. Krzysiu najbardziej spina się kiedy „musi”. „Diablo” nie był faworytem w pojedynkach z Greenem w Australii, czy Czakijewem w Rosji, a oba zakończył efektownymi nokautami. Czy jednak Gassijev to nie jest już półka za wysoko? Prawdopodobnie tak, ale poczekajmy. Można by przytoczyć również słowa, że „puncher ma zawsze szanse”. Szczęka Gassijeva wydaje się co prawda bardzo mocna, ale kto wie…

Mój typ:
Murat Gassijev przed czasem w drugiej połowie walki

Mairis Briedis (22-0, 18 KO) – Mike Perez (22-2-1, 14 KO)

Ciekawe starcie, choć faworytem na pewno będzie Łotysz. Odchudzona wersja Pereza prezentuje się co prawda bardzo dobrze wizualnie, ale pamiętajmy że to boks, a nie zawody sylwetkowe. Briedis po kolei zdawał wszystkie, co raz trudniejsze testy w swojej karierze, a w ostatnim pojedynku zdominował Marco Hucka. Łotysz to jeden z faworytów do triumfu w całym turnieju z kolei po Perezie… nie wiadomo czego się spodziewać. Dotychczas stoczył w tej dywizji tylko jedną walkę i to z mało znaczącym przeciwnikiem, na przetarcie. Wiemy, że Kubańczyk ma spore możliwości, choć chyba nie zawsze jego sprzymierzeńcem była głowa. Niektórzy twierdzą, że to już nie ten sam zawodnik po pamiętnej walce z Abdusalamovem. Generalnie kariera Pereza miała już wzloty i upadki. Czy zmiana kategorii wagowej na niższą i nowe podejście do odżywiania pozwolą na jeszcze jeden wzlot? Według mnie nie, nie w tym turnieju. Zupełnie Kubańczyka jednak nie skreślam.

Mój typ:
Mairis Briedis na punkty

Yunier Dorticos (21-0, 20 KO) – Dimitrij Kudryashov (21-1, 21 KO)

Bardzo interesujące starcie kubańsko – rosyjskie. Dorticos (pomimo bycia mistrzem) jest dla mnie najbardziej anonimowym graczem ze stawki turnieju. Po tym co widziałem w internecie oceniam szanse zawodników w tej walccec na około 50 na 50. Obaj mają bardzo mocne uderzenie, rozstrzygnięcia na punkty nie ma się co tu spodziewać. Dorticos jest dość elastyczny w swoich atakach, potrafi zadawać ciosy w różnych płaszczyznach, ma niewygodny styl. Rosjanin jest bardziej „sztywny”, ale też mocniej zbudowany. Można znaleźć pewne podobieństwa pomiędzy Dorticosem, a Durodolą – jedynym pogromcą Rosjanina. Durodola sprawił Dimitrijovi sporo kłopotów, choć ostatecznie Rosjanin skutecznie się zrewanżował. Te dwie walki z Durodolą to na pewno bardzo cenne doświadczenie, które przyda się w starciu z Kubańczykiem. Dorticos ma tylko jeden poważny skalp na swoim koncie – to zwycięstwo przed czasem z Yourim Kalengą. Osiągnięcie to robi wrażenie, choć postawię jednak na Rosjanina. Myślę, że przeważy jego nieco większa siła rażenia.

Mój typ:
Dmitrij Kudryashov przed czasem

Końcowe rozstrzygnięcia:

W gronie faworytów wymienia się przede wszystkim Usyka, Breidisa i Gassijeva. Całkowicie się z tym zgadzam. Każdy z nich to wielki, niepokonany zawodnik. Nie spodziewam się, by po trofeum sięgnął ktoś z reszty stawki, choć takich puncherów jak Kudryashov nie należy oczywiście lekceważyć. Pewne jest dla mnie to, że turniej zdominują pięściarze ze „wschodniego bloku”. Jako ostatecznego triumfatora wskażę Usyka. Ukrainiec to zawodnik niemal kompletny, z mistrzowską mentalnością. Według mnie jest to pięściarz najbardziej elastyczny i inteligentny. Bardzo duże znaczenie z puncherami będzie miała jego praca nóg, a jak to dowiedzieliśmy się po gali w Gdańsku, przed 10 miesiącami: „nogi wilka karmią”.


wtorek, 4 lipca 2017

Co tam w boksie? Koniec Pacquiao | To Jest Boks

Zmierzch Pacquiao

To koniec. Legendarny Manny Pacquiao powinien powiedzieć dość. I nie ważne, że wielu widziało go w roli zwycięzcy, a wedle statystyk zadał dwukrotnie więcej celnych ciosów niż jego przeciwnik - Jeff Horn. Na gali w Brisbane nie widzieliśmy "tego" Pacquiao. Można by rozważać jak duży wpływ na słabszą dyspozycję Filipińczyka ma kariera senatora, a jak mocno działa upływający czas. Dla mnie to bez sensu i kariera Pacmana powinna zostać zakończona po "kasowej" walce wszechczasów z Floydem Maywetherem jr. Blisko 39-letni Pacquiao nie powinien już nic nam udowadniać, bo do czego miałby teraz dążyć, czego nie osiągnął wcześniej? Jedyną jego motywacją do boksu mogą teraz być pieniądze, a tych Manny potrzebuje bardzo dużo. Nie na zachcianki i imprezy, a na pomoc innym, spłatę zaległych podatków i inne zobowiązania. Jeff Horn mnie również nie zachwycił. Jego styl był bardzo brudny, mocno chaotyczny. Bez wątpienia dużą rolę w pojedynku z Pacquiao odegrały gabaryty - które zdecydowanie przemawiały za Australijczykiem. Były nauczyciel ma teraz swoje 5 minut, a jego nazwisko wylądowało nawet na pierwszym miejscu bokserskiego portalu statystycznego w wadze półśredniej (boxrec.com). Pewien szacunek należy mu oddać, jednak sądzę że co najmniej 5 pięściarzy tej kategorii Horna pokonuje (Thurman, Garcia, Errol Spence jr, Porter, a nawet Broner). Warto dodać, że australijską galę w Brisbane obejrzało na żywo ponad 50 tys. ludzi, a telewizja transmitowała ją za darmo w każdym kraju. Myślę, że kolejna walka "Szerszenia" również wzbudzi spore zainteresowanie, gdziekolwiek się odbędzie. Kwestia weryfikacji i chęci obejrzenia Australijczyka z kimś młodszym i jednocześnie z czołówki tej dywizji (oby z takim rywalem Horna skonfrontowano).



Dalszy marsz Povetkina

Tymczasem na gali w Rosji kolejną wygraną walkę stoczył Aleksander Povetkin. Uwikłany w afery dopingowe Rosjanin zmierzył się z Ukraińcem - Andreiem Rudenko. Povetkin wysoko wypunktował twardego przeciwnika, choć początek mógł zwiastować szybki koniec ;) Rudenko zdawał się odczuwać ciosy "Saszy", a po niezbyt silnym, przypadkowym uderzeniu w tył głowy nie zamierzał wznawiać walki przez kilka dobrych minut. Ostatecznie wrócił do gry i udało mu się przetrwać pełen dystans, choć Povetkin zwyciężył zdecydowanie. To już 6 wygrana z rzędu Rosjanina, od czasu pamiętnej klęski z Władimirem Kliczko. Jak błyskotliwie zauważył Mateusz Borek - Povetkin Ukraińców nie kończy ;) Czekamy na dalszy rozwój wypadków. "Sasza" młody już nie jest i fajnie, gdyby w końcu dostał kolejną szansę walki o pas (którykolwiek). Oby tylko odstawił już na bok rosyjskie "odżywki".



To Jest Boks

Na koniec chciałbym wspomnieć o bardzo fajnej inicjatywie, która rozkwitła na dobre podczas przygotowań do gali Polsat Boxing Night 7. Mam tu na myśli filmowy kanał internetowy (jakkolwiek to nazwać) o nazwie "To Jest Boks". Filmowcy ze znanego portalu "Łączy nas pasja" uwieczniali na video przygotowania różnych zawodników oraz samą galę od kulis. Chłopaki już wcześniej kręcili się wokół boksu, choć na taką skalę zadziałali dopiero teraz. Super sprawa dla promocji boksu oraz nie lada gratka dla bokserskiego kibica. Znając zarys historii przygotowań pięściarzy do gali, same walki ogląda się potem dużo lepiej, z większym zainteresowaniem. Ciekawie jest też zobaczyć jakimi ludźmi bohaterowie ringów są na co dzień. Co tu dużo mówić. Zachęcam do zajrzenia na kanał w serwisie YouTube: To Jest Boks - kanał . I oby więcej podobnych inicjatyw w przyszłości :)






sobota, 1 lipca 2017

Mini recenzje - Zbożowa Głowa | Życie na ostrzu noża | Lekarstwo na lęk

Ostatnio było tylko o boksie. Z założenia nie jest to blog wyłącznie pięściarski, więc czas na coś innego. Dziś napiszę trochę o książkach, po które było mi dane sięgnąć w ostatnim czasie. Bokserskiego akcentu jednak nie zabraknie ;)



Grain Brain. Zbożowa Głowa - David Perlmutter

Książka miała swoją premierę około roku temu. Jest to więc stosunkowo nowa publikacja. Autor książki to ceniony, amerykański neurolog. W "Zbożowej głowie" porusza przede wszystkim temat wpływu zbóż zawierających gluten na mózg. Perlmutter szczególnie atakuje zboże pszenicy, choć jego książka traktuje o ludzkim zdrowiu bardziej holistycznie niż np. słynna "Dieta bez pszenicy" Williama Davisa. Davis w swojej książce obwinił pszenicę za niemal całe zło współczesnego świata. Perlmutter również nie poleca tego zboża i niejednokrotnie nawet cytuje fragmenty "Diety bez pszenicy". Mimo wszystko amerykański neurolog zwraca uwagę na większą ilość czynników odpowiedzialnych za stan naszego zdrowia. W "Zbożowej głowie" dowiemy się m.in sporo o przebiegu stanów zapalnych, które Perlmutter uważa za jedną z głównych przyczyn wszelakich schorzeń. Autor sporo uwagi poświęca także znaczeniu snu, aktywności oraz diety na ludzkie zdrowie. Można powiedzieć, że Perlmutter jest zwolennikiem aktualnych trendów żywieniowych, zalecających ograniczenie ilości węglowodanów w codziennym jadłospisie. Zdrowe tłuszcze, dobrej jakości białko, żywność niskoprzetworzona oraz zminimalizowanie spożycia cukrów. Tak w skrócie można opisać koncepcje diety autora. Niby nic przełomowego, jednak wszystko w tej książce zostało ujęte w przejrzysty i przystępny sposób. Choć tytuł wskazuje, na to że pozycja jest przede wszystkim o zbożach, to jest to coś więcej. Myślę, że tę książkę można uznać za takie małe kompendium wiedzy nt. żywienia oraz podejścia do ludzkiego zdrowia. Może przydałoby się nieco więcej treści nt. aktywności fizycznej, jednak i tak trudno się do czegokolwiek przyczepić. Książkę czyta się dobrze, pomimo odniesień do wielu badań i używania nie raz nomenklatury typowo naukowo - medycznej. Polecam każdemu zainteresowanemu jakością swojego zdrowia.

Moja ocena: 9/10





Rafał Jackiewicz. Życie na ostrzu noża.

Biografia znanego polskiego boksera. Osobiście nie mogłem się jej doczekać i w sumie się nie zawiodłem. Wedle zapowiedzi miała być to opowieść życia Rafała bez cenzury. Barwne życie "Warrior'a" z Mińska Mazowieckiego to materiał na ciekawy film. Również na książkę. Pomysł zrealizowano bardzo dobrze. Sądziłem, że będzie to taka polska wersja świetnej autobiografii Mike'a Tysona. W tylko nieco skromniejszym formacie. I tak też się stało. Jackiewicz w swoim stylu relacjonuje wydarzenia już od swojego dzieciństwa. Jeśli to wszystko o czym czytamy jest prawdą, to trzeba przyznać, że Rafał dysponuje ponadprzeciętną pamięcią ;) Być może pewne sytuacje zostały dość mocno ubarwione - tego nie można wykluczyć. Szczególnie znając Rafała ;) Ale każdy kojarzący jego osobę nie powinien być zdziwiony treścią książki. Co najwyżej zaskoczony skalą "występków" popełnianych przez Jackiewicza w przeszłości. W książce nie brakuje humoru, barwnych opisów, wartkiej akcji oraz ciekawostek i pikantnych szczegółów. Czytając o młodości Jackiewicza, można poczuć specyficzny klimat lat 90. Z założenia jest to autobiografia typowo rozrywkowa i muszę przyznać, że w tej kategorii to naprawdę dobry tytuł. Czyta się szybko i z ciekawością. Polecę nie tylko sympatykom boksu, ale i każdemu kto chcę się przy lekturze po prostu rozerwać, bez przesadnego wytężania mózgu ;)

Moja ocena: 7/10





Lekarstwo na lęk - Lissa Rankin

Książka angażująca umysł o wiele bardziej niż poprzednia pozycja. Według mnie czasem aż za bardzo :) Autorka to osoba, która przez wiele lat była związana z medycyną akademicką, lecz nie przyniosło to jej pełni zdrowia i spokoju ducha. Z czasem przekonała się o znaczeniu aspektów mentalnych na stan naszego samopoczucia i zadowolenia z życia. Pierwsza część książki jest według mnie mocno depresyjna i miast pomagać - sprawia że zaczynamy myśleć o lękach, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy. Przyznam, że czytałem tę książkę nieco na raty, a jej poziom bywał dla mnie nierówny. Fragmenty, które dobrze działały na moją świadomość i wyobraźnię przeplatane były tymi, które wydawały mi się bezproduktywne w kontekście "uzdrawiania" własnej duszy. Mimo wszystko jest to książka dobra. Rankin to generalnie osoba mądra życiowo, dzieląca się w swojej publikacji wieloma doświadczeniami. Tak jak to zwykle bywa w przypadku różnych życiowych poradników, autorka ubiera treść którą chce przekazać w wymyśloną przez siebie formę/system. I tak w "Lekarstwie na lęk" możemy przeczytać m.in o "Czterech deklaracjach odwagi". To cztery mentalne zasady, które mają sprawić że będzie nam się żyło lepiej oraz doznamy "duchowego przebudzenia". Brzmią nawet sensownie, choć podane wskazówki nie będą raczej niczym innowacyjnym dla ludzi, którzy po prostu pracują nad swoim podejściem do życia. Niemniej - to co jest dobre zawsze warto powtórzyć. Dość mocno trafiły do mnie niektóre historie, które Rankin zrelacjonowała (czy są prawdziwe, czy nie). Pozwoliły mi choć na chwilę otworzyć umysł, docenić mój obecny stan życia. Są jednak w książce i takie powiastki przez które chce się po prostu jak najszybciej "przelecieć", gdyż ich finał jest i tak z góry znany. Co jeszcze zawiera "Lekarstwo na lęk"? Autorka przytacza np. sporo wyników badań nad wpływem stresu na życie oraz wyjaśnia fizjologiczne podstawy lęku. Zwraca także uwagę na odróżnianie lęku fałszywego od prawdziwego i potrzebę eliminacji tego pierwszego (przydatna sprawa). Przeczytamy też sporo o słuchaniu głosu "wewnętrznego ognika" oraz rozwijaniu odwagi. Jet coś także dla tych, którzy mają tendencję w życiu do kontrolowania wszystkiego. Na koniec Rankin serwuje wykaz innych dzieł/publikacji, które mogą być pomocą w duchowym rozwoju oraz szukaniu życiowych inspiracji. Dorzuca do tego listę zasad, które mają polepszyć jakość naszego życia. Podsumowując krótko: "Lekarstwo na lęk" to niezła książka, która niejednemu pozwoli otworzyć umysł. Nawet jeśli nie wszystko do nas przemówi, a niektóre teorie wydadzą się nadinterpretacją, to i tak znajdziemy w niej coś pożytecznego dla swojego ducha.

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Po Polsat Boxing Night 7



Po krótkiej przerwie, spowodowanej życiowymi zawirowaniami wracam do bloga :) Jednocześnie obiecuję "licznym" czytelnikom nieco częstsze posty. Dziś relacja z gali Polsat Boxing Night 7, która miała miejsce w trójmiejskiej Ergo Arenie.

W Gdańsku byłem krótko. Ograniczony czas nie pozwolił mi na turystykę, choć w przyszłości na pewno to nadrobię. Na kilkadziesiąt minut przed pierwszą walką ustawiła się już pokaźna kolejka ludzi gotowych do szturmowania hali. Może to być kwestia tego, że obiekt został otwarty dla kibiców ledwie pół godziny przed pierwszym pojedynkiem. W każdym razie - pierwszy raz widziałem blisko tysiąc osób, które próbowały wejść do hali jeszcze przed jej otwarciem. A o to moje kilka zdań o każdym ze starć polsatowskiej gali:

Robert Talarek - Norbert Dąbrowski

Pojedynek otwarcia, a zarazem chyba najlepsza walka wieczoru. W tym starciu wyraźnego faworyta nie było, choć więcej ludzi stawiało chyba jednak na "Norasa". Moim faworytem był Talarek i nos mnie tu nie zawiódł. Walka była zacięta, choć ciosy pracownika kopalni wydawały się mieć nieco większą wymowę. To też przechylało szalę zwycięstwa na korzyść Talarka w większości starć. Serce w ringu zostawili jednak obaj. Wysokie tempo walki i wiele efektownych ciosów rozgrzało publiczność bardzo dobrze. Talarek czeka teraz na większą walkę, natomiast Dąbrowski musi chyba już pogodzić się z rolą ekskluzywnego "journeymana" w boksie. 

Rezultat: Talarek PKT

Łukasz Wierzbicki - Robert Tlatlik

Pojedynek dwóch "emigrantów". Publiczność ewidentnie bardziej trzymała jednak kciuki za mocniej związanego z Polską Wierzbickiego. Tlatlik wypowiadał się przed walką, że jego atutem będzie lepsza taktyka. Ciężko było jednak dostrzec jakąś klarowną, skuteczną koncepcję w jego wykonaniu. Walka generalnie nie była za porywająca. Wierzbicki wysoko wypunktował niższego rywala, choć jego bokserski styl jest strawny tylko dla zagorzałego fana boksu. Nie ujmuję mu klasy bokserskiej, jednak zważywszy na dzisiejsze realia, będzie to pięściarz ciężki do wypromowania. Utalentowany Łukasz mocno męczył się z wagą, w związku z czym zapowiedział po walce zmianę kategorii na wyższą. Widać było u niego pewne problemy kondycyjne, ale jego zwycięstwu to nie zagroziło.

Rezultat: Łukasz Wierzbicki PTS



Ewa Brodnicka - Viviane Obenauf

Szacunek dla Brodnickiej za podjęcie rękawicy. Pierwotnie miała zmierzyć się ze znacznie słabszą Marisol Reyes, którą ostatecznie zatrzymały problemy wizowe. Na kilka dni przed galą podpisano więc kontrakt z bardzo solidną Szwajcarką brazylijskiego pochodzenia. Sama walka nie porwała - co żadną niespodzianką nie było. Osobiście przeznaczyłem ten czas na odwiedzenie punktu gastronomicznego. Dwie pierwsze rundy jeszcze obejrzałem, ale to mi wystarczyło. Boks Brodnickiej jest dla mnie niestrawny. Jak pisałem wcześniej - za dużo szumu, za mało konkretów. Ostatecznie "mistrzyni pacania" zwyciężyła na punkty, choć małego smaczku dodał fakt iż po jednej z serii ciosów rywalki, Ewa znalazła się na deskach.

Rezultat: Ewa Brodnicka PTS

Adam Balski - Łukasz Janik

Walka na papierze zapowiadała się ciekawie. Janik wracał po dłuższym rozbracie z boksem, a pierwszy "nokdaun" zaliczył już na ważeniu. Mogło to budzić pewne obawy. Potem uwagę zwracała kipiąca energia z Łukasza - tuż przed wyjściem do ringu. Widać było, że Janik podszedł do tematu poważnie. Mogło mu jednak brakować czasu na przygotowania. Sam pojedynek był dość chaotyczny, dużo szarpaniny. Nieco lepszy był Balski - zgodnie z oczekiwaniami. Nie obyło się bez kontrowersji przy zakończeniu pojedynku. Według Janika Balski uwziął się na jego "jaja". Kamery jednoznacznie tej kwestii nie rozstrzygnęły, sędzia natomiast przymknął oko na burzliwe reakcje Łukasza i zakończył pojedynek po ciosie w okolice pasa. Zataczający się w bólu Janik przez długi czas nie mógł pogodzić się z werdyktem. Rewanż byłby ciekawy - taki do którego Łukasz Janik mógłby się odpowiednio dobrze przygotować.

Rezultat: Adam Balski KO

Maciej Sulęcki - Damian Ezequiel Bonelli

Pojedynek bez większej historii. Zgodnie z oczekiwaniami wielu - była to łatwa walka dla Maćka. Argentyńczyk okazał się rywal z o wiele niższej półki. Jego zamiary były bardzo czytelne, a ciosy obszerne. To woda na młyn dla takiego boksera jak Sulęcki. Po trzech nokdaunach trener latynosa zdecydował się go poddać. Czas, by najlepszy polski (junior) średni zmierzył się w końcu z rywalem ze światowej czołówki. Kimś, kto zmusi Maćka do wspięcia się na wyżyny swoich umiejętności oraz motywacji. Wydaje się, że Sulęcki wchodzi właśnie w swój "prime" i skonfrontowanie go z jakimś markowym zawodnikiem jest bardzo wskazane. Pytanie, czy ktoś z czołówki zdecyduje się podjąć rękawice. Wielkie pieniądze za Maćkiem niestety nie stoją, a ryzyko porażki z nim jest realne dla każdego.

Rezultat: Maciej Sulęcki TKO

Mateusz Masternak - Ismayl Sillakh

Było pewne, że styl Ukraińca stworzy Mateuszowi problemy. Lotny na nogach Sillakh rzeczywiście okazał się ciężkim rywalem. Choć Masternak wygrał, to pozostawił pewne wątpliwości. Żeby nie było - "Master" to bardzo dobry pięściarz. Problem w tym, że jest mało elastyczny. Z ruchliwymi zawodnikami ma duży problem z wydłużeniem serii, podjęciem ryzyka. Te rzeczy ciągną się za nim już od jakiegoś czasu i raczej to się już nie zmieni. Trzeba przyznać, że przy obecnych mistrzach wagi cruiser, szanse Mateusza na światowy tytuł są bardzo małe. Z Sillakhiem pokazał serce, jednak Ukraińca do ścisłej czołówki zaliczyć nie można. Według komentarzy publiki to nawet ręka Sillakha mogłaby powędrować po walce w górę. Masternak musi pomyśleć w jakim kierunku zmierza. Może czas postarać się o odzyskanie tytułu mistrza Europy?

Rezultat: Mateusz Masternak PTS

Krzysztof Głowacki - Hizni Altunkaya

Choć rywal Głowackiego legitymował się nieskazitelnym rekordem, to był jednak dość mocno egzotyczny. Ważący sporo poniżej limitu Turek okazał się być tylko tłem dla powracającego po porażce Polaka. Walka podobna do Sulęcki - Bonelli. Z tym, że boks Głowackiego jest bardziej toporny, mniej w nim finezji. Głowacki to dalej jednak klasa światowa i zasługuje na próbę odzyskana pasa. Altunkaya był tylko przetarciem, jak to określił sam Krzysztof "polowaniem" na zwierzynę.

Rezultat: Krzysztof Głowacki RTD

Tomasz Adamek - Salomon Haumono

Popis byłego mistrza. Przebieg walki w sumie do przewidzenia. Punktujący Adamek i czyhający na jakiś mocny cios Australijczyk. Przewaga szybkości była jednak znaczna, a jak wiadomo - szybki Adamek wygra z każdym ;) Haumono to pięściarz solidny, ale ograniczony. "Góral" powinien teraz się zmierzyć z kimś z czółówki. Trochę szkoda tak profesjonalnych przygotowań jakie przechodzi teraz Adamek na pięściarzy "ledwie" solidnych. Widziałem ostatnie 4 walki Tomka na żywo i przyznam, że w tej prezentował się najlepiej. Także fizycznie, pomimo zaawansowanego jak na boksera wieku. Panie Mateuszu, prosimy o jeszcze jedną, dużą walkę dla Adamka :)

Rezultat: Tomasz Adamek PTS



Kilka słów na koniec:

Myślę, że pierwszą galę MB Promotions można uznać za umiarkowanie udaną. Pomimo bogatych działań promocyjnych zauważyć można było jednak sporo pustych miejsc na widowni. Nie mówię, że zainteresowanie było małe - ale jak na środki marketingowe i skalę całego przedsięwzięcia mogłoby być lepiej. Boks staje się według (przynajmniej w naszym kraju) sportem trochę snobistycznym. Ogląda go dość wąskie grono osób, środowisko jest dość hermetyczne. Masówka i "Janusze" przenieśli się na MMA, szczególnie KSW. Tak to według mnie wygląda. Jako ciekawostkę dodam fakt, że zamieszczałem przed galą (na 3 oraz 1 dzień przed) ogłoszenie o sprzedaży/ODDANIU biletu, na trójmiejskiej grupie ogłoszeniowej na Facebooku (kilkanaście tys. członków). Chętnego nie było żadnego... Mateusz Borek twierdził, że ta gala odpowie nam na pytanie, czy boks interesuje Polaków. Odpowiedziałbym, że tak.. ale mało kto chciałby za to zapłacić. Myślę, że zdecydowana większość chętnie obejrzy galę tego formatu, nie przejdzie im jednak przez myśl żeby za tego typu rozrywkę płacić. Boks to u nas sport przede wszystkim dla pasjonatów (stety lub niestety). System PPV tego stanu raczej nie zmieni. To co sprawdza się w przypadku MMA nie musi działać w boksie.

piątek, 16 czerwca 2017

Co tam w boksie? Zmiany, zmiany w PBN | Ward - Kowaliow II


Przed nami ciekawy bokserski weekend. Głównie za sprawą gali w Las Vegas i wielkiego rewanżu w wadze półciężkiej, pomiędzy Andre Wardem, a Sergiejem Kowaliowem. Poza tą potyczką ujrzymy w Mandalay Bay kilka innych przyzwoitych walk. Zacznę jednak od komentarza nt. ostatnich zmian w undercardzie nadchodzącej co raz wielkimi krokami gali Polsat Boxing Night w Ergo Arenie.



Niemal równocześnie zmieniono rywali Maciejowi Sulęckiemu i Krzysztofowi Głowackiemu, czyli prawdopodobnie najciekawszym obecnie polskich bokserów. Z jednej strony martwi, że takie roszady zdarzyły się na ledwie ok. 2 tygodnie przed galą. Z drugiej - jak twierdzi dziennikarz/promotor Mateusz Borek nowo anonsowani przeciwnicy, byli ciągle w treningu i gotowi na taki obrót spraw. Jeśli to prawda, to pokazuje to jak wielką robotę wykonał w ostatnich tygodniach Borek. Prócz zakontraktowania i opłacenia 16 bohaterów gali, "załatwienie" ewentualnych zastępstw - i to niekoniecznie ujmujących wartości tej imprezy. Daje to obraz kontaktu i kontraktu z ponad 20 sportowcami, co robi wrażenie. Szczególnie zważywszy na to, że Borek ciągle pozostaje aktywnym dziennikarzem, a to przecież "tylko" fightcard gali, czyli jedna z wielu składowych pracy promotora.

Nasz najlepszy obecnie junior średni zmierzy się ostatecznie z Damianem Bonellim. Argentyńczyk to 39-letni pięściarz obdarzony mocnym uderzeniem. Co ciekawe zawodową karierę zaczął dopiero w wieku 35 lat. Legitymuje się bardzo dobrym rekordem - 24-1 (21 KO). Nie ma jednak na swoim koncie wielkich skalpów. Jego najpoważniejszym przeciwnikiem był Australijczyk Rohan Murdock 18-1 (14 KO), który w październiku ubiegłego roku wysoko wypunktował Argentyńczyka. Pozostałych rywali Bonelli zwyciężył, choć byli oni miernej klasy, a aż 7 z nich w walce z Bonellim debiutowało na zawodowych ringach. Jednym słowem - rekord Bonellego dość nadmuchany, choć z pewnością będzie wyglądał dobrze w bilansie walk Maćka. Bo innej możliwości tu nie ma. To czego nie można zabrać Argentyńczykowi to na pewno serce do walki, z tego zresztą latynosi są znani. Zobaczymy jednak ile go wystarczy w starciu z zawodnikiem z szerokiej, światowej czołówki. Zmiana raczej na minus, Jerkic wydawał się nieco lepszym bokserem. Poczekajmy jednak do 24 czerwca.

Rywalem Krzysztofa Głowackiego będzie natomiast Hizni Altunkaya 29-0 (17 KO). Niepokonany Turek z niemieckim paszportem to pięściarz ofensywny i efektowny. Gwarantuje to emocjonującą dla widza walkę. Choć podobnie byłoby pewnie, gdyby rywalem "Główki" pozostał Brian Howard. Zatrzymały go jednak problemy wizowe. Faworytem będzie oczywiście Głowacki. Altunkaya ma nieskazitelny rekord i pokonał kilku solidnych bokserów, jednak w poważnym boksie wciąż musi coś udowodnić. 29-letni Turek największe swoje zwycięstwo odniósł w starciu z Salvatore Aiello 29-0 (14 KO). Zdobył wtedy pas WBF Interim. Według mnie jest to zastępstwo na plus. Altunkaya jest młodszy, niepokonany, a zarazem bardziej doświadczony w zawodowym boksie niż pierwotnie anonsowany Amerykanin. Szykuje się dobra walka dla widza, tu nikt nie odpuści, a mocnych ciosów nie powinno brakować. Powinien zwyciężyć jednak Polak. I to prawdopodobnie przed czasem.

------------------------------------------------------------------------------------------



Andre Ward - Sergiej Kowaliow II

Wisienka na torcie jeśli chodzi o ten weekend. Nie każdy wierzył, że do tego rewanżu dojdzie, jednak stało się. Tu należy oddać szacunek Amerykaninowi - że nie spękał. W pierwszym pojedynku znalazł się na deskach, a jego zwycięstwo było bardzo kontrowersyjne. Ward to zawodnik bardzo sprytny i inteligentny. Zapewne wierzy, że po doświadczeniach z pierwszego pojedynku będzie potrafił rozszyfrować Rosjanina od samego początku. Kowaliow to rzeczywiście bokser dość prosty, ale w swojej prostocie niesamowicie skuteczny. Jego największe atuty to mocny, precyzyjny cios oraz wyczucie dystansu. "S.O.G" to z kolei artysta boksu. Nie uderza tak potężnie jak rywal, jednak zawsze znajduje sposób, by zwyciężyć. Andre Ward nie przegrał od kilkunastu lat (ring amatorski), a jego najcięższą walką, była właśnie ta z Kowaliowem. Czy uda mu się wyciągnąć wnioski i pokonać Rosjanina w sposób nie pozostawiający wątpliwości? Faktem jest, że sam "Krusher" podszedł do rewanżu nieco inaczej. Jak twierdzi jego obóz - Kowaliow był wówczas przetrenowany - trenował zbyt dużo i ciężko. Miało być to przyczyną tego, że tempo boksu Rosjanina znacznie spadło w drugiej części pojedynku. To wtedy według sędziów i niektórych obserwatorów Ward wydarł swoje zwycięstwo. Ja co do teorii przetrenowania Kowaliowa nie jestem w pełni przekonany. Według mnie duże znaczenie miały tu także nerwy związane z tym, że nie potrafił on wykończyć "naruszonego" już wcześniej Warda. Poza tym przyjmował więcej ciosów niż zwykle (co nie jest dziwne, zważywszy na to z kim boksował), co mogło mu odebrać trochę oddechu, ale i stłamsić psychicznie. To co może martwić ludzi świata boksu to mierne zainteresowanie owym pojedynkiem. Ward, mimo że niepokonany od dawna, to nie przekonuje swoim stylem wielu amerykańskich ekspertów. Niektórzy dziennikarze osobę Warda po prostu ignorują, co jest w mojej opinii nieco żenujące. Owszem - prezentuje on styl zrozumiały przede wszystkim dla bokserskich koneserów, jest to jednak równocześnie boks na najwyższym, światowym poziomie. Podobnie sprawa ma się w sumie z Floyd'em Mayweatherem. Ward to jednak nie typ krzykacza, ani medialnego potwora. Stąd w amerykańskich, ale też światowych mediach dużo więcej mówi się o nieco cyrkowej walce Mayweathera Jr z Conorem McGregorem (jej oficjalne ogłoszenie to kolejny głośny news ostatnich dni, moją opinię na ten temat wyrażę w późniejszym czasie)...



W Las Vegas zaprezentuje się także znakomity Guillermo Rigondeaux 17-0 (11 KO). Wciąż trochę niespełniony i niedoceniony Kubańczyk zmierzy się z groźnym i niepokonanym Moisesem Floresem 25-0 (17 KO). W innym ciekawym pojedynku rękawice skrzyżują Luis Arias 17-0 (8 KO) i Arif Magomedov 18-1 (11 KO). Na ringu w Mandalay Bay zaprezentuje się także niezwykle utalentowany Dmitrij Biwol 10-0 (8 KO). Jego przeciwnikiem będzie bardzo solidny Cedric Agnew. 29-2 (15 KO). Transmisja gali w Polsacie Sport od godz. 3:00. 

wtorek, 6 czerwca 2017

Co tam w boksie? Król Adonis | World Boxing Super Series


Nie był to udany weekend dla Andrzeja Fonfary. Pomimo hucznych zapowiedzi Polaka jego walka o mistrzowski tytuł była bardzo krótka. Adonis Stevenson znokautował Andrzeja już w drugiej rundzie, a i w pierwszej miał Polaka mocno naruszonego. Dużo mówiło się o tym, że przed pierwszym ich pojedynkiem Stevenson po prostu zlekceważył Fonfarę. Teraz nie zlekceważył, zrobił swoje i umocnił się na mistrzowskim tronie. Jednak według mnie to zbyt prosty odbiór tej rywalizacji, a w związku z walką mam kilka refleksji.

Co daje Hunter?

Virgil Hunter to bez wątpienia świetny fachowiec, choć osobiście wydaje mi się, że bardziej skrojony dla bokserów technicznych, takich jak jego najznamienitszy wychowanek -  Andre Ward. Faktem jest, że Andrzej po raz 3 z rzędu daje przeciętną/słabą walkę. Pytanie ile w tym jest wpływu kwestii szkoleniowych, a ile samego Andrzeja. Fonfara to bardzo ambitny człowiek, jednak pewnego pułapu według mnie nigdy nie przeskoczy. Jest po prostu zbyt prostym bokserem, bez żadnego ogromnego atutu (największymi są niezły cios i dobra psychika do walki i pracy). Hunter cudów Polaka nie nauczy, choć z pewnością sam nie jest całkowicie bez winy (prowadził Andrzeja w dwóch ostatnich walkach). Amerykański trener dał "popis" swojego podejścia do tematu mistrzowskiej szansy Fonfary. Otóż zjawił się w miejscu walki (Montrealu) ledwie kilka godzin przed wyjściem do ringu Polaka... Jakie to miało znaczenie dla przebiegu walki? Tego już się nie dowiemy.

Fonfara już rozbity?

Andrzej mimo wciąż niezbyt zaawansowanego wieku przyjął już w swojej karierze bardzo dużo ciosów. W dużej mierze wynika to z jego luk defensywnych. Kilkukrotnie mogliśmy już widzieć Polaka na nogach z żelatyny (jakby to powiedział Andrzej Kostyra). Owszem, Stevenson bije piekielnie mocno, choć trzeba przyznać, że w pierwszym pojedynku Polak zniósł dużo więcej i ciągle parł do przodu. W tej wadze większość bije już bardzo mocno, szczególnie w czołówce. O ile ciosy Cleverly'ego mogły nie robić na Andrzeju wielkiego wrażenia, o tyle kumulacja ciosów z całej kariery (w tym od takich puncherów jak Joe Smith jr, czy właśnie Stevenson) z pewnością wywiera już jakiś wpływ na Polaka. Także psychiczny. Fonfara pieniądze ma, ale ma także rodzinę. Ma dla kogo żyć, nie jest człowiekiem, który musi walczyć w ringu żeby przeżyć. Inna sprawa, że Fonfara nigdy nie miał według mnie tytanowej szczęki. Na pewno to w dużym stopniu kwestia jego budowy ciała (długa szyja i raczej ektomorficzna budowa). Warto przypomnieć, że Andrzej w trakcie kariery bardzo poszedł w górę z kilogramami. To nie jest naturalny, silny byk. Raczej tytan pracy, który wykuł się swoim uporem. Ciężka praca to jednak za mało, by być w tym najściślejszym topie.

Forma Stevensona

Abstrahując od osoby Andrzeja. Adonis wyglądał naprawdę dobrze. Jego motoryka budziła wrażenie, a trzeba dodać, że ma on blisko 40 lat. Inna sprawa, że ktoś z tak potężnym uderzeniem szanse ma zawsze. Nawet jeśli na jego dyspozycji pojawi się już rdza. U Kanadyjczyka tego starzenia jednak nie widać. Jedyne czego ciągle brakuje to jego starć z naprawdę największymi - czyli na ten moment Kovalevem i Wardem. Potyczka Stevensona ze zwycięzcą walki byłaby czymś naprawdę wielkim i swego rodzaju ukoronowaniem kariery Adonisa (której bądź co bądź, można co nieco zarzucić). Ten pojedynek pokazałby nam ile tak naprawdę wart jest "Superman" w starciu z kimś naprawdę wybitnym. Czas już naprawdę najwyższy. Jeśli nie pod koniec tego roku to już chyba nigdy.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

World Boxing Super Series

Jeszcze kilka słów o nadchodzącym turnieju w wadze cruiser. "Polską" kategorię będzie reprezentował w tej imprezie Krzysztof "Diablo" Włodarczyk. Trzeba przyznać, że taki event spadł mu jak manna z nieba. Nieumiejętnie gospodarujący w przeszłości finansami Polak szuka ostatnich szans na zarobienie w boksie poważnych pieniędzy. Takie oferować będzie ten turniej, a zwycięzca zgarnie także prestiżową statuetkę z podobizną Muhammada Alego, którego imieniem jest sygnowana impreza. Włodarczyk nawet w przypadku porażki już w pierwszej walce drabinki, wzbogaci się o bagatela 400 tys. dolarów (a porażki "Diablo" wykluczyć nie można). Nie wiadomo jeszcze kto będzie jego pierwszym rywalem, wiadomo natomiast że w turnieju wystąpią także znakomici Murat Gassiev i Mairis Breidis. Pozostałe nazwiska zostaną podane w niedalekiej przyszłości. Turniej zapowiada się pasjonująco, a obsada powinna zadowolić każdego kibica. Zgodzę tu się jednak z ekspertami programu "Puncher", że aby to wydarzenie miało sens, konieczny jest udział Oleksandra Usyka - uważanego przez wielu za najlepszego obecnie "Cruisera". W innym wypadku ta impreza nie zweryfikuje kto ostatecznie jest najlepszym pięściarzem tej kategorii.

To tyle na dziś, nadchodzący weekend pod względem bokserskich wydarzeń zapowiada się dość miernie, toteż nie będę się na jego temat rozpisywał. Od biedy można jednak obejrzeć takie walki jak Thabiso Mchunu vs. Johnny Muller (10.06), czy Brandon Rios vs. Ander Herrera (11.06).