piątek, 15 września 2017

Canelo vs. GGG - zapowiedź


To już za parę chwil. W nocy, z soboty na niedzielę (ok. godziny 5:00 - transmisja w Polsacie Sport) odbędzie się jak dla mnie – najbardziej oczekiwana walka tego roku. Saul „Canelo” Alvarez 49-1-1 (34 KO) podejmie na gali w Las Vegas Giennadija „GGG” Golovkina 37-0 (33 KO). W stawce tej walki znajdą się aż 4 pasy mistrzowskie wagi średniej. Na ten pojedynek czekaliśmy tak naprawdę kilka lat. W końcu obóz Meksykanina podjął rękawice, za co należy im się szacunek. Bez zbędnego owijania w bawełnę, przystępuję do małej analizy/zapowiedzi jutrzejszej walki. Tekst podzielę na analizę tej rywalizacji w kilku aspektach (tak jak zrobiłem to w przypadku pamiętnej batalii Joshua – Kliczko). Zapraszam do lektury.

Doświadczenie/kariera

Jeśli rzucimy okiem na karierę amatorską, to zauważymy że w zasadzie nie ma tu czego porównywać. Alvarez jej praktycznie nie miał, podczas gdy GGG to srebrny medalista olimpijski, a przed przejściem na zawodostwo stoczył ponad 350 walk (oczywiście zdecydowaną większość wygrał). Spójrzmy jednak na całokształt i karierę zawodową. Canelo, pomimo wciąż stosunkowo młodego wieku (27 lat) osiągnął już naprawdę wiele i wiele także widział. Rudowłosy Meksykanin karierę zawodową rozpoczął w wieku… 15 lat, co już samo w sobie jest ewenementem i dowodem na nieprzeciętny talent „Canelo”. Jeśli weźmiemy pod lupę sam etap kariery zawodowej to nie można powiedzieć, że 35-letni już Kazach jest zawodnikiem bardziej doświadczonym. Wielu twierdzi również, że Alvarez ma w swoim bilansie potyczki z lepszymi zawodnikami. Czy rzeczywiście? Być może. Daleki jestem jednak od twierdzenia, że „GGG” walczył głównie z przeciętnymi rywalami. Przed walkami Golovkina z Murray’em, Geale’m, Macklinem, Lemieux, Jacobsem, czy nawet… Proksą mówiło się, że są to rywale którzy mogą sprawić pewne problemy Kazachowi i po walce będziemy mądrzejsi - co do klasy „Triple G”. Golovkin wszystkich ich rozbił (no z wyjątkiem Jacobsa), a potem nagle ci przeciwnicy stali się przeciętnymi bokserami w oczach wielu kibiców. GGG po prostu „zmiatał” tych, którzy stanęli mu na drodze, aż do ostatniej walki. Uważam też, że zmiótłby każdego z pokonanych rywali Alvareza, nawet jeśli nazwiska przeciwników Meksykanina były nieco bardziej medialne. Niemniej nie ujmuję nic Canelo. Mierzył się z naprawę klasowymi rywalami i pomimo młodego wieku jest już pięściarzem bardzo doświadczonym. Zaznał już także smaku porażki (w 2013 roku, z Floydem Maywatherem), ale od tamtego czasu poczynił spore postępy.



Ostatnie walki

Jeśli spojrzeć tylko na ostatni pojedynek obu pięściarzy, to obaj wypadli w nich jak na siebie – stosunkowo przeciętnie. Nikt tu jednak nie ma wątpliwości co do rzeczywistej klasy tych mistrzów i rangi jutrzejszego wydarzenia. Canelo wypunktował Chaveza jr, zaś Golovkin Jacobsa. Forma Chaveza jr, a Jacobsa w tych walkach to jednak przeciwległe bieguny. Pojedynek Alvareza z Chavezem był farsą – głównie za sprawą beznadziejnej dyspozycji syna legendy. Mimo tego Canelo nie potrafił rywala poważniej naruszyć. Trzeba jednak przyznać, że Chavez jr walczył w sposób bojaźliwy i bardzo dla siebie bezpieczny. Wydawało się, że jego jedynym celem w tej walce jest dotrwanie do ostatniego gongu. Daniel Jacobs stoczył natomiast walkę życia i pokazał jak mocnym jest pięściarzem. Jestem zdania, że Jacobs w takiej dyspozycji miałby duże szanse na zwycięstwo z Alvarezem (lepsze warunki fizyczne i praca nóg). Golovkin tak dysponowanego Chaveza jr by zmasakrował – tu nie mam żadnych wątpliwości. Żeby nie było – dostrzegam w postawie Kazacha jakiś mały regres, głównie szybkościowy. Wiek jest jednak nieubłagany. Przeglądałem ostatnio archiwalne walki Golovkina i rzuciła mi się w oczy nieco większa swoboda ruchów i szybkość, kiedy GGG był młodszy. Spora ilość ciosów przejęta od Jacobsa i wcześniej Brooka nie do końca chyba jest przypadkiem (abstrahując od wysokiej klasy tych rywali). Nie będę jednak psioczył, Golovkin to wciąż wielki zawodnik, a jego głównymi atutami od zawsze była siła ciosu, precyzja oraz ringowa agresja. Alvarez przed przyzwoitym występem z Chavezem zanotował 2 znakomite walki (Liam Smith, Amir Khan). Golovkin przed Jacobsem przejechał się po Dominicku Wade, a następnie zastopował po 5-rundowej wojnie w wspomnianego już Brooka. Lekki regres GGG? Może delikatny, ale dwaj ostatni rywale świetni. Alvarezowi również nie można zarzucić zbyt wiele.


Umiejętności

Wielu ekspertów (w tym pięściarzy) stawia na Alvareza. Jego przewagi upatruje natomiast w umiejętnościach czysto bokserskich. Ja się z tym nie zgadzam. Owszem, Meksykanin to kontr-bokser, a jego styl jest bardziej stonowany i wyważony. Golovkin to z kolei ofensywna maszyna wojenna – a przynajmniej z takiej strony pokazywał się w większości walk. Chciałbym tu zwrócić uwagę na pewną kwestię. W tej zdecydowanej większości pojedynków Kazach zwyczajnie mógł sobie pozwolić na skrajnie ofensywny styl o prostej koncepcji. Jego przewaga fizyczna była na tyle duża, że nie czuł ze strony rywali większego zagrożenia. Wyjątkiem jest np. walka z bardzo silnym Lemieux. Kazach nie oddał się w niej radosnej ofensywie (przynajmniej nie w pierwszej fazie) i podszedł do bardzo mocno bijącego rywala z pewnym respektem. Boksował więcej lewym prostym, był ostrożniejszy i bardziej uważny. Do czego zmierzam? Do tego, że nie uważam Golovkina za słabszego technicznie od Alvareza. Warto tu jeszcze raz przypomnieć karierę amatorską Kazacha. W boksie olimpijskim silny cios nie ma aż tak wielkiego znaczenia jak na zawodostwie, tu umiejętności czysto bokserskie są konieczne by sięgać po laury. Golovkin udowodnił tam, że jest znakomitym bokserem, ale na zawodostwie często po prostu nie był zmuszony do tego, by korzystać ze swojego pełnego repertuaru pięściarskiego. Meksykanin to bokser również znakomity. Jego atutami są kombinacje, mocne ciosy na tułów i timing, który mocno w ostatnich latach poprawił. Wiele z walk Canelo wygrywał jednak w dużej mierze z uwagi na przewagę fizyczną nad rywalami. Nie każdy o tym pamięta, ale do pewnego momentu Alvarez był konfrontowany z wyłącznie mniejszymi rywalami. Okej – skoro zbijał do danej wagi to miał prawo w niej walczyć. Z jakiegoś jednak powodu „Cynamon” katował się tym ostrym zbijaniem wagi i pilnowaniem tego, by w ringu mieć koniecznie jak największą przewagę gabarytów. Przyznać trzeba, że w dniu jutrzejszym Meksykanin będzie pozbawiony tej przewagi. Golovkin co prawda nie wydaje się większy i prawdopodobnie nie będzie też w ringu cięższy, ale jego siła „robi robotę”. To może mieć kluczowe znaczenie.



Taktyka

Dało się niedawno usłyszeć wieści, jakoby Kazach na 2-3 tygodnie przed walką był już blisko lub nawet poniżej limitu wagowego. Zwykle dobrze poinformowany Przemysław Garczarczyk zainsynuował tym samym, że czeka nas mała niespodzianka taktyczna. Bazujący do tej pory przede wszystkim na sile fizycznej Kazach prawdopodobnie postanowił wraz ze swoim sztabem postawić w tej walce większy akcent na szybkość. Nie da się ukryć – szybkość będzie miała w tej walce duże znaczenie. Myślę, że 8 lat młodszy Alvarez swoich szans mógłby upatrywać właśnie w tym, w wyprzedzaniu Kazacha. Obóz Kazacha nie jest jednak głupi i najwyraźniej postanowił wytrącić ten atut z rąk Meksykanina. Myślę, że to słuszne posunięcie, zwłaszcza w obliczu tego że w ostatnich walkach szybkość i refleks Golovkina zdawały się momentami zawodzić. Co ciekawe, obóz Canelo również zapowiada stosunkowo niską, ringową wagę Meksykanina. Jak będzie w rzeczywistości i kto kogo przechytrzy? Zobaczymy. Wydaje mi się, że Alvarez powinien swoich szans upatrywać w wyprzedzaniu nacierającego rywala i obijaniu jego tułowia. Optymalną taktyką dla GGG wydaje się natomiast strategia z walki z Lemieux – czyli uważna obrona i rozbijanie rywala przede wszystkim lewym prostym, by potem dobrać mu się ostatecznie do skóry.

Przygotowanie fizyczne

Nie ma wątpliwości, że obaj na swoich obozach treningowych się nie obijali. Obaj są tytanami pracy. Przeczytałem gdzieś nawet sugestię któregoś pięściarza, że Canelo wygląda na nieco przetrenowanego. Ja nic takiego nie zauważyłem, według mnie prezentuje się bardzo dobrze, prawdopodobnie najlepiej w swojej karierze. Jak już zostało wspomniane – ważnym aspektem w przygotowaniu obu zawodników będzie szybkość. Alvarez jest w kwiecie wieku, ma przez swojego promotora (Oscara de la Hoyę) zapewnione najlepsze możliwe warunki do treningu i rozwoju. Golovkin, który tradycyjnie przygotowywał się do walki w Big Bear również nie może na nic narzekać. Jedynym, małym znakiem zapytania w wypadku Kazacha jest wiek. GGG ma już 35 lat i mimo, że zapewne będzie przygotowany jak najlepiej, to jego możliwości będą już powoli spadać. Według niektórych spadły już zauważalnie. Conor McGregor, który widział Kazacha na początku obozu miał nawet stwierdzić, że Golovkin wyglądał na ok. 2 miesiące przed walką z Alvarezem bardzo słabo. Mimo wszystko traktuję te wieści z przymrużeniem oka, tak jak i bokserskie kompetencje Irlandczka w ogóle. Swoją drogą – myślę, że nawet tak „zapuszczony” Golovkin nie dałby przetrwać McGregorowi w ringu jednej rundy ;) Na ostatnio publikowanych zdjęciach Kazach wyglądał naprawdę dobrze. W kwestii dyspozycji fizycznej dużo mądrzejsi będziemy jednak dopiero po walce. Pewne jest, że obaj dali z siebie wszystko przygotowując się do tej batalii.



Głowa/mentalność

Obaj są mocni psychicznie, ciężko szukać u nich jakichkolwiek oznak mentalnej słabości. Sam jestem pewny, że obaj dadzą z siebie wszystko. Ciekawi mnie mimo wszystko jak Alvarez będzie reagował na ciosy Golovkina – coś „wyłapie” na pewno. Co ciekawe – obaj nigdy nie leżeli na deskach, obaj dysponują też na pewno dużą odpornością na ciosy. Meksykanin tak mocne uderzenia przyjmie jednak po raz pierwszy. Niektórzy mogliby stwierdzić, że skaza na psychice Canelo już się pojawiła – w walce z Floydem Mayweatherem jr. . Czy „Cynamon” rzeczywiście nie wytrzymał wtedy presji i przegrał walkę już w szatni? Myślę, że nie. „Money” okazał się po prostu na tamten moment znacznie lepszym bokserem, a Meksykanina ograł przede wszystkim pracą nóg. Reasumując – obaj mają bardzo mocną głowę (w przenośni i dosłownie). To dodaje tej potyczce dodatkowego smaczku, bo każdego z nich złamać będzie bardzo ciężko.

Trenerzy

Canelo jest trenowany przez rodzinny duet – Jose „Chepo” Reynoso oraz jego syna, Eddy’ego. Można powiedzieć, że ulepili oni Alvareza od podstaw (na początku ojciec, potem pałeczkę przejął syn). Ten sztab zna Saula jak nikt inny i z pewnością będzie dla niego taktycznym i mentalnym oparciem. Podobnie jest jednak w przypadku Golovkina i trenującego go Abela Sancheza. Sanchez to z jednej strony na pewno świetny trener, a z drugiej również szczęściarz. Nie każdemu jest dane mieć pod opieką takich „genetyków” jak Gennady Golovkin, czy przyszły rywal „Diablo” – Murat Gassiev. Duet Reynoso zawsze wydawał się stać nieco na uboczu – to gwiazda Alvareza świeci w tym teamie zdecydowanie najbardziej. Wydaje się, że Meksykanin to naprawdę spory indywidualista, a sztab jest dla niego bardziej oparciem, aniżeli kimś ciągnącym za uszy. Bez wątpienia wpływ ma na to silny charakter Alvareza. Sanchez jest bardziej medialny – uwielbia przemawiać, uwielbia chwalić i promieniuje przy tym optymizmem. Jego pewność co do swojego podopiecznego zawsze była niezachwiana i podobnie jest przed tym pojedynkiem. Sanchez przewiduje, że Canelo nie wytrzyma presji GGG i zostanie w końcu zastopowany. Czy trenerzy odegrają tutaj kluczową rolę? Być może, ale myślę, że równie ważne co taktyka będzie tu oparcie mentalne, w obliczu rangi tego wydarzenia.



Sędziowie

Punkt bonusowy, czyli kwestia arbitrażu tej walki J Canelo jest trzymany pod kloszem, nie czarujmy się. Kilka z jego walk (Trout, Lara, Cotto) mogło być wypunktowanych w obie strony, jednak zawsze anioł stróż (De la Hoya) wraz ze swoim zastępem czuwał nad „odpowiednim” werdyktem. Do historii boksu przeszła już też punktacja sędziowska z walki Mayweather jr – Alvarez. Była to tzw. „walka do jednej mordy”, w której ciężko było przyznać młodemu Meksykaninowi więcej niż jedną rundę. Jeden z sędziów, a w zasadzie sędzina widziała natomiast w tej walce remis. :) Niestety nie można wykluczyć, że podobnie może być i tutaj. W przypadku względnie wyrównanej walki i rozstrzygnięcia na pełnym dystansie przewaga jest po stronie Canelo. Golovkin prawdopodobnie musi wygrać ten pojedynek bardzo, bardzo wyraźnie – najlepiej przed czasem. W związku z tym nie spodziewam się wielkiej kalkulacji ze strony Kazacha, prawdopodobnie będzie dążył do złamania Meksykanina. Taki już jest boks, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu i nie przesądzajmy. Poczekajmy jeszcze parę chwil, z nadzieją że sędziowie punktowi nie zostaną głównymi bohaterami tego wydarzenia. Sędzią ringowym będzie z kolei charakterystyczny Kenny Bayless. Myślę, że to dobry wybór. Gość generalnie jest zdecydowany i ma łeb na karku. Sądzę jednak, że za wiele pracy go nie czeka, a sama walka będzie ostra, ale czysta. Zarówno Golovkin, jak i Alvarez nie należą do faularzy i propagatorów brudnych zagrywek, co jest tutaj kolejnym, fajnym akcentem.

Słowo końcowe

Tak naprawdę nie będzie to pierwsza konfrontacja pomiędzy GGG, a Canelo. Obaj krzyżowali już rękawice na jednym sparingu. O tej potyczce chodziły już różne głosy, głównie takie że Alvarez nie radził sobie zbyt dobrze. Warto jednak zaznaczyć, że było to już bardzo dawno, a Meksykanin był jeszcze młokosem. Od tamtego czasu poczynił niewątpliwie spore postępy, zresztą sparing pozostaje tylko sparingiem. Dziś Canelo jest czołowym bokserem, bez podziału na kategorie wagowe. Podobnie jak Golovkin. Ciekawą anegdotę przytoczył na konferencji prasowej trener Gennadija – Abel Sanchez. Wspomniał, że przed paroma dniami Kazachowi urodziło się dziecko. Można by pomyśleć, że taka sytuacja to spore rozstrojenie psychiczne i emocjonalne na chwilę przed tak ważną walką. Czy Golovkin czasem zbyt nie zmięknie przez te wydarzenie? Cytując klasyka - raczej nie. Wróćmy do anegdoty Sancheza. Polecił on, aby jego podopieczny udał się do żony, by być przy narodzinach córki. Kazach jednak z porady nie skorzystał. Odparł, że ma przecież do przeprowadzenia trening, a „dziecko i tak się urodzi”. Brzmi może brutalnie, i być może cała historia Sancheza jest lekko podrasowana, ale mimo wszystko wskazuje to na koncentrację, która towarzyszy „Triple G”. Nie ma wątpliwości, że podobne podejście ma Canelo. Meksykanin wyznał, że nokaut na Golovkinie wizualizuje sobie każdego wieczora, przed udaniem się do snu. Mentalność bohaterów, mistrzowskie pasy na szali, wielka klasa bokserska i nieprzeciętna siła fizyczna. Bardzo dużo do stracenia, jak i zyskania. Ta batalia zdefiniuje kariery GGG i Canelo. To wszystko sprawia, że z pewnością będziemy świadkami wielkiej wojny, która napisze nowy rozdział w historii boksu.

Mój typ: Golovkin wygra przed czasem


niedziela, 10 września 2017

Co tam w boksie? Po gali w Radomiu, czyli Zimnoch wraca na ziemię (dosłownie)


Za nami gala na stadionie w Radomiu. Poniżej kilka moich słów o rozstrzygnięciach walk na tej mocno promowanej imprezie.

Mateusz Tryc – Remigiusz Wóz

Faworytem był Tryc. Naprzeciw niego wystawiono ambitnego, ale dość mocno ograniczonego technicznie reprezentanta „Silesii Boxing”. Od samego początku Tryc próbował zdominować rywala i z każdą mijającą minutą szło mu to co raz lepiej. Z rundy na rundę co raz więcej ciosów było lokowanych na głowie lub korpusie Woza. Koniec nastąpił w rundzie 5, kiedy sędzia zdecydował się poddać Remigiusza po 3 liczeniu. Słuszna decyzja, gdyż „Remi” był już mocno rozbity. Tym samym Tryc dopisał do swojego bilansu 3 wygraną, w 3 zawodowym występie. Jego występ był dobry, choć nie perfekcyjny. Do poprawki na pewno w pewnym stopniu defensywa. Niemniej – myślę, że czas podnieść poprzeczkę Mateuszowi. Osobiście chętnie zobaczyłbym go z innym, niezłym (do niedawna) amatorem – Jordanem Kulińskim.

Przemysław Runowski – Twaha Kiduku

Pierwotnie „Kosiarz” miał się zmierzyć z innym rywalem, jednak na niedługo przed walką doszło do zmiany. Ostatecznie na przeciwnika Przemka anonsowano „Ksiącia z Tanzanii” – Twahę Kiduku. Sądziłem, że taki Afrykanin z doskoku nie zagrozi Runowskiemu w większym stopniu (pomimo niezłego bilansu – 11-1). Okazało się inaczej. Była to jedna z trudniejszych walk „Kosiarza”, w drugiej rundzie był nawet liczony. Co sprawiło największe problemy Polakowi? Styl rywala. Kiduku był „luźny”, szybki, niekonwencjonalny i ruchliwy na nogach. Runowski poczynił pod okiem Łapina spore postępy, lecz wydaje się być trenowany na podobieństwo innych „łapinowskich” zawodników –tj. stabilna pozycja, ekonomiczne poruszanie się i dobre technicznie, dokręcane ciosy. Ta koncepcja ma jednak jeden minus – przysparza problemy, kiedy przychodzi się zmierzyć z zawodnikiem dobrej klasy, a w dodatku lotnym na nogach. Tutaj klasa Runowskiego jeszcze przeważyła, ale może być tak, że „Kosiarz” w końcu trafi na swojego nieuchwytnego tancerza. Tak jak „Diablo” trafił na Drozda, i tak jak „Główka” trafił na Usyka. Kolejnym materiałem do analizy jest obrona Przemka. Na pewno trzeba popracować nad szczelnością gardy i trzymaniem w górze lewej ręki. Na szczęście Runowski to chłopak inteligentny i wierzę, że jeszcze się rozwinie, a ta walka dużo go nauczy. Ma tylko 23 lata, więc wszystko przed nim.


Sergei Werwejko – Nagy Aguilera

Walka, która okazała się niewypałem. Przed walką dochodziły głosy jakim to odważnym posunięciem jest dobór takiego rywala dla Ukraińca. Sam Aguilera miał się dziwić, że jest łączony z rywalem o bilansie 6-1, który wciąż na zawodostwie stawia pierwsze kroki. Bokser z Dominikany miał rzekomo zatrudnić przed walką specjalistę od przygotowania fizycznego, a cały pojedynek miał zakończyć w ciągu 6 minut. Tymczasem Aguilera w ringu nie pokazał nic. Kilka razy próbował skrócić dystans, ale znacznie wyższy Werwejko nie pozwolił mu na dobranie się sobie do skóry. Potem przyjezdny pięściarz zmienił taktykę i postanowił poszukać zwycięstwa w inny sposób. Owszem, Ukrainiec „pacnął” kilka razy rywala w okolice tyłu głowy, aczkolwiek nie był to ciosy destrukcyjne, a na pewno już nie ten kończący walkę. Aguilera po „puknięciu” w okolice karku postanowił upaść na matę i spróbować się w roli aktorskiej. Sędzia nie przyjął tego przedstawienia z entuzjazmem i ogłosił zwycięzcą Werwejkę. Ukrainiec nieco podreperował swoją reputację, a Dominikanin zrobił sobie wycieczkę do Europy, a przy okazji trochę dorobił. Co ciekawe, przyszłość Werwejki w boksie stoi pod znakiem zapytania. Wygrany wyznał po walce, że boks nie jest dla niego dochodowy i myśli nad porzuceniem tej dyscypliny. Jak potoczy się jego kariera? Zobaczymy. Sam jakimś wielkim zwolennikiem talentu Sergieja nie jestem. Dla mnie to trochę taki Wach dla ubogich, bazujący przede wszystkim na warunkach fizycznych. Brakuje mu natomiast odporności Mariusza (co pokazała walka z Nascimento). Życzę mu jednak powodzenia w dalszej karierze. Wobec posuchy w polskiej wadze ciężkiej, mógłby dać na naszym podwórku jeszcze kilka ciekawych walk. Ważny jest jednak w jego przypadku odpowiedni matchmaking.


Albert Sosnowski – Łukasz Różański

Albert znów powrócił na ring. Po co? Okazało się, że na pożegnanie z kibicami, oby już ostateczne. Walka skończyła się w pierwszej rundzie, więc nie ma się co specjalnie rozpisywać. Już pierwszy, celny cios Różańskiego wydawał się podłączyć „Dragona”. Z byłego mistrza Europy nie zostało już dzisiaj nic. To, że Albert ma najlepsze lata za sobą widać już było ewidentnie w jego walce z cieniem (nie te ruchy co kiedyś). Czas już naprawdę zawiesić rękawice na kołku. Zwłaszcza, że Sosnowski to człowiek zaradny, potrafiący zarabiać poza ringiem. Różański zrobił co miał zrobić, choć na pewno żadnym wirtuozem nie jest. Jego sygnalizowane „cepy” mogą okazać się niewystarczające, kiedy przyjdzie mu zmierzyć  się z kimś przyzwoitym, w kwiecie wieku. Różański umie się promować, ale podejrzewam że jego kariera skończy się po walce z kimś typu Wawrzyk, Werwejko, czy powracający Cieślak. Jego atutem jest mocny cios, ale to trochę za mało.

Krzysztof Zimnoch – Joey Abell

Kiedy ogłoszono tę walkę, pomyślałem w pierwszym momencie: „znów dają Zimnochowi kogoś przeciętnego, w wieku 35+”. Ten przeciętniak okazał się jednak przeszkodą nie do przejścia. Mieliśmy powtórkę z pierwszej walki z Mollo. Polak został brutalnie znokautowany w 3 rundzie i trzeba przyznać, że takie rozstrzygnięcie wisiało w radomskim powietrzu od samego początku tej konfrontacji. W sumie, im bliżej było pojedynku tym większe miałem wątpliwości co do Krzysztofa. Abell, mimo że przeciętny boksersko – to jednak kawał silnego zwierza. Myślę, że ktoś o takiej charakterystyce jest dla Zimnocha największym zagrożeniem. Z jednej strony – brawo dla promotora za odwagę. Z drugiej – ten matchmaking był jednak mało udany. Rywal, który nie gwarantuje wielkiego prestiżu w przypadku wygranej, a jednocześnie ktoś kto waży kilkanaście kilogramów więcej i posiada w pięściach potężne argumenty. Zimnoch jak na wagę ciężką jest dość kruchy fizycznie. Ni jak nie można go porównać pod względem atletyzmu do największych w tej kategorii. Podobno przez ostatnie miesiące Zimnoch trenował 2x dziennie i nie miał w głowie niczego innego niż boks. Myślicie, że taki Anthony Joshua, czy Deontay Wilder trenują więcej? Niekoniecznie. Ale na pewno inaczej. Ja wiem, że genetyka ma spore znaczenie. Mimo wszystko – jeśli ktoś trenuje 2x dziennie, jest zawodowcem i wygląda tak jak Krzysztof.. to chyba coś w jego procesie treningowym jest nie tak. To waga ciężka i tężyzna fizyczna jest praktycznie równie ważna co umiejętności czysto bokserskie (ich też Zimnoch nie ma nie wiadomo jak rozwiniętych). Mam wrażenie, że Krzysztof aspekt fizyczny zbyt mocno ignoruje, a zarazem zbyt mocno wierzy w swoją wartość bokserską – tu można by przytoczyć jego buńczuczne obwieszczenia, jakoby był nr 1 wagi ciężkiej w Polsce, czy chciał się zmierzyć z Tomaszem Adamkiem. Zimnoch zapewnił, że wróci silniejszy.. sęk w tym, żeby nieco zmienił tok myślenia i podejście do boksu. Osobiście sądzę, że gdyby podszedł poważnie do diety to mógłby wylądować w wadze cruiser. Zdaje się, że w czasach amatorskich Zimnoch oscylował właśnie blisko takiej wagi. Muskulatury od tamtego czasu za wiele nie przybrał... Reasumując – taka wersja Zimnocha jest bez szans z kimkolwiek ze ścisłej i chyba nawet szerokiej czołówki tej dywizji.


czwartek, 7 września 2017

Po kursie trenera personalnego - relacja

W dniu wczorajszym oficjalnie uzyskałem tytuł trenera personalnego. Podobne plany miałem już od dłuższego czasu, i w końcu udało się je zrealizować. Egzamin zaliczyłem pomyślnie – co wcale nie było formalnością, gdyż część osób go niestety oblała. Miano trenera personalnego zdobywałem podczas tygodniowego kursu w Łodzi. Szkolenie realizowałem poprzez Akademię Mistrzostwa Sportowego, a moimi szkoleniowcami byli Paweł Głuchowski, Marta Sikora oraz Jarosław Skura. Poniżej krótka relacja z kursu oraz moja opinia o nim.

Pierwsze 5 dni kursu to pogadanki oraz demonstracja ćwiczeń z Pawłem Głuchowskim. Bardzo pozytywne zaskoczenie, już od samego początku. Pawła kojarzyłem już wcześniej z aktywności w mediach społecznościowych. Nie, żebym nie miał o nim dobrego zdania.. ale naprawdę zaimponował mi wiedzą i zaangażowaniem w prowadzenie zajęć. Gość ma łeb nie od parady i wiedzę o dietetyce większą niż większość dietetyków, oraz wiedzę o anatomii i biomechanice większą niż większość fizjoterapeutów (bez cienia przesady). Od Pawła nauczyłem się na kursie najwięcej – głównie na tematy związane z techniką ćwiczeń i strategią treningową. Oczywiście – siedząc w temacie od paru lat niektóre rzeczy były dla mnie po prostu przypomnieniem, lub potwierdzeniem nabytej już wiedzy. Niemniej – szczerze polecam szkolenia prowadzone przez Pawła Głuchowskiego, zainteresowani mogą przejrzeć ich ofertę na stronie www.ams.wroclaw.pl (nie, nie jest to wpis sponsorowany). Z pewnością się nie zawiedziecie, a wasze ewentualne pytania zostaną wysłuchane. Dodam, że piszę to jako nie-zwolennik kulturystycznego podejścia do treningu, które Paweł prezentuje.

W weekend pałeczkę przejął duet od treningu funkcjonalnego w postaci Marty Sikory (znanej m.in. z fan page’a „Ze sztangą jej do twarzy”) oraz Jarosława Skury. Formuła zajęć nieco się zmieniła i był to fajny, nowy bodziec po 5-dniach bombardowania wiedzą ze strony Pawła. Nie oznacza to, że poziom kursu spadł. Było po prostu inaczej, a nowością okazały się grupowe treningi, które przeprowadzili nam wykładowcy. Pierwszego dnia mały zajazd na przywitanie, czyli tabata + "crossfitowy", ok. 20-minutowy WOD. Drugiego dnia było nieco lżej i przeprowadzono nam krótką jednostkę treningową z naciskiem na eksplozywność. Co do samych wykładów. Ktoś dla kogo wizyta na siłowni = kulturystyka mógł się poczuć mocno zagubiony. W 2 dni przerobiliśmy bardzo dużo terminów zaczerpniętych z CrossFitu, jak i ogólnie pojętego treningu funkcjonalnego. Z jednej strony – mocny zwrot akcji, z drugiej – odczułem że Paweł dobrze przerobił z nami podstawy fizjologii oraz okołotreningowego przygotowania ciała do wysiłku. Mimo goniącego czasu udało nam się też omówić sporo ćwiczeń, niektóre były dla mnie zupełną nowością (nigdy w CrossFit jako taki się mocniej nie zagłębiałem). Spora dawka wiedzy, w stosunkowo krótkim czasie. Kto nie był skupiony musiał żałować…

Musiał żałować, ponieważ egzamin końcowy w większej części oparty był o pytania związane z treningiem funkcjonalnym. Jeśli ktoś nie był dość uważny ostatniego dnia to prawdopodobnie nie zaliczył egzaminu i trochę takich osób wedle mojej wiedzy było (choć bardziej polegli chyba na zadaniu opisowym z anatomii, aniżeli zamkniętych pytaniach). Taka była pewnie strategia – by maksimum materiału z egzaminu przerobić na końcu, na świeżo. Z jednej strony to dobre, a z drugiej ktoś kto słuchał uważnie przez 6 dni, a ostatniego z jakiegoś powodu się zdekoncentrował – nie miał szans zdać egzaminu. Na szczęście dla mnie – ja nie byłem taką osobą. Taką formułę egzaminu można by uznać za mały minus, ale trzeba przyznać że pytania dotyczyły naprawdę istotnych zagadnień w pracy trenera personalnego (fizjologia wysiłku, metodyka treningowa, anatomia). Fajnie, że Akademia Mistrzostwa Sportowego w jakiś sposób dba o swoją reputację i nie wręcza certyfikatów trenerskich za samo wniesienie opłaty i pojawienie się na szkoleniu. To jeden z czynników, który sprawia że można uznać ten ośrodek szkoleniowy za warty uwagi.

Co mi dał ten kurs i czy mogę polecić go innym? Nauczyłem się dość sporo rzeczy, a pewne przypomniałem. Warto co jakiś czas fundować sobie taki okres skondensowanej weryfikacji własnej wiedzy. Oczywiście nie jest tak, że ktoś kto spędził całe życie na kanapie, tydzień po wstaniu z niej i zrobieniu takowego szkolenia będzie gotowy do pracy trenera. Ale to dotyczy każdego kursu na trenera personalnego. W tej dynamicznie rozwijającej się branży kluczowe jest stałe aktualizowanie i poszerzenie kompetencji. Jest to istotne nawet po zrobieniu najlepszych możliwych kursów. Wiedza przekazana na nich może być za rok już niepełnowartościowa. Choć sam zaliczyłem już 2-cyfrową ilość szkoleń o tematyce treningowej/żywieniowej to mam świadomość, że jest to po prostu koniec pewnego etapu i początek następnego. Dużo się dowiedziałem, ale równie dużo jeszcze przede mną. Z tego kursu jestem bardzo zadowolony (najlepszy w jakim brałem udział) i jeśli ktoś zastanawia się nad zrobieniem podobnego to szczerze mogę polecić Akademię Mistrzostwa Sportowego : ) Dodam, że akademia ta wyszła też z fajną inicjatywą jaką jest „Kurs trenera personalnego PRO”. To rozszerzony kurs trenerski dedykowany tym, którzy chcą jeszcze bardziej pogłębić swoją wiedzę w tym fachu. Pożyteczna i odpowiadająca na potrzeby rynku rzecz. Być może w przyszłości sam się skuszę na udział w takim szkoleniu – pomimo, że „trenera personalnego” traktuję jako pewien etap i uzupełnienie, a docelowo chciałbym się rozwijać szczególnie w temacie przygotowania motorycznego w sporcie.



środa, 6 września 2017

Jak zrzuciłem 20 kilogramów - streszczenie mojej redukcji

Dziś trochę prywaty. Z zachowaniem chronologii, postaram się odtworzyć przebieg procesu redukcji wagi, jaki mam za sobą. Od początku bieżącego roku zrzuciłem z siebie 20 kilogramów. Bez zbędnego przedłużania.  Zapraszam do lektury - o tym, jak to zrobiłem, jakie wyciągnąłem wnioski i co bym ewentualnie zmienił, gdybym cofnął się w czasie.
Na początek warto jednak opisać pokrótce okres poprzedzający etap redukcji. Pomoże to lepiej zrozumieć całą historię.

Czerwiec -Lipiec 2016, „masa”

Po bardzo aktywnej pierwszej połowie 2016 roku (treningi fizyczne, boks, bieganie, długie marsze, rower) doprowadziłem do skrajnej redukcji. Byłem w najlepszej formie wytrzymałościowej w życiu, jednak taki poziom aktywności spowodował także utratę pewnej ilości mięśni oraz wagi w ogóle. Mimo, że ze zdrowotnego punktu widzenia miałem się całkiem dobrze, to „wysuszyłem” się tak po to, by zrobić lepszy fundament pod etap budowania masy mięśniowej. Na przełomie czerwca, jako zwieńczenie redukcji przeprowadzałem „detoks” organizmu. Przez końcowe 2 tygodnie byłem na diecie wegańskiej, a proces redukcji zakończyłem 2-dniowym postem. Po tym poście, dokładnie 4 lipca wniosłem na wagę 73,5 kg. To najniższa masa ciała jaką zanotowałem wtedy od 3-4 lat. Byłem bardzo szczupły, wręcz chudy. Nie powiem jednak, że taka waga była jakaś wielce daleka od mojej „naturalnej”, gdyż jestem typem skrajnego ektomorfika, o bardzo drobnej budowie szkieletowej. Dodam, że mierzę 191 centymetrów. Dla wielu ludzi tego wzrostu podobna waga jest praktycznie nieosiągalna. Po jej osiągnięciu, po 2-dniowym poście przystąpiłem od etapu „masy”. Cel miałem dość szalony – przybrać 30 kilogramów do końca roku, czyli w 6 miesięcy. Takie plany inspirują jednak najbardziej. Nie ukrywam, że chciałem udowodnić coś nie tylko sobie, ale i innym ;) Tak, wiem. To słabe, żeby robić coś z uwagi na zdanie innych. Co innego jednak, kiedy robimy coś żeby się komuś przypodobać, a co innego jeśli chcemy kogoś wyprowadzić z błędu – kiedy wiemy, że mamy rację. Tak więc „chudy” postanowił udowodnić innym, że jest chudy dlatego że tak ma w tym momencie być, nie dlatego że nie potrafi tego zmienić. Moje plany nie były jednak podyktowane zdaniem innych. Sam czułem już chęć zmiany charakteru treningów na takie z priorytetem siłowym. Wspomnę, że kiedyś robiłem już „masę” i osiągnąłem w pewnym momencie 103 kilogramy. Tak więc wiedziałem już jak to jest zejść z wagą prawie 30 kilogramów – choć ten proces był znacznie dłuższy niż redukcja, którą ostatnio skończyłem.

Styczeń 2017 – początek redukcji

Po obfitej w jedzenie oraz odpoczynek przerwie świąteczno-noworocznej wracam do treningów. 4 stycznia wchodzę na wagę, a ta pokazuje liczbę 105. Przybrałem więc 31,5kg – szalony cel zrealizowany z nawiązką (bez wsparcia farmakologicznego ;) ). Obijałem się? Trochę, ale tylko przez ostatnie 1,5 tygodnia. Od 4 lipca do 23 grudnia 2016 roku nie odpuściłem żadnego z zaplanowanych treningów. Choć ćwiczyłem tylko 3 – 3,5x w tygodniu to jest to dla mnie najbardziej udany treningowo okres w życiu. Nie odniosłem w tym czasie żadnych poważniejszych urazów. Wcześniej – kontuzje były moją zmorą, choć głównie za sprawą gier zespołowych. Tu natomiast ograniczyłem aktywność do siłowni. Ale wrócę do stycznia bieżącego roku i początku redukcji. Treningi zaczynam od przeplatania ćwiczeń funkcjonalnych z siłowymi. Trenuję prawie codziennie, raz z większą intensywnością, raz z mniejszą i skupieniem na poprawie dysfunkcji ruchowych. Jeśli chodzi o dietę to nieco ucinam kaloryczność, ale na pewno nie głoduję. W tej początkowej fazie waga ma spadać głównie z uwagi na zwiększenie aktywności (po 1,5 tygodniowym odpoczynku). I rzeczywiście – zacząłem się ruszać, zeszło też ze mnie trochę wody. W styczniu zrzuciłem  4-5kg.

Luty

Wróciłem do boksu. Aktywność znów nieco zwiększona. W miesiącu lutym miałem 3 dni nie treningowe. Niektóre treningi (1 na 3) były jednak lżejsze, oparte bardziej na mobilizacji i stretchingu niż „wypompowaniu się”. W zrzucaniu wagi na pewno pomaga mi też fakt, że pracuję przede wszystkim na stojąco, a w zasadzie chodząco ;) Boks dodał trochę więcej aktywności o charakterze anaerobowym, a więc pomógł  w dalszym przyspieszeniu metabolizmu. Ilość pożywienia podobna do tej w styczniu – 3500-4000kcal dziennie (liczyłem wyłącznie bardzo na oko). Podstawowym wskaźnikiem efektów działań jest lustro i waga. W lutym zrzuciłem ok. 4kg.

Marzec

W pierwszej połowie marca notuję nieplanowaną przerwę – z powodu wybitego palca i „paru innych dolegliwości” (jak zapisałem w dzienniku treningowym) pauzuję przez 5 dni. 9 marca wracam do treningów z wagą 95,5kg. Zaczynam od niezbyt długiego biegu (2,6km) – czyli kolejnej, nowej aktywności w tym okresie. Jest to początek przygotowań do biegu na 5km (Run Toruń), który odbędzie się 30 kwietnia. Na tym dystansie jeszcze w żadnym publicznym biegu nie brałem udziału. Ten pierwszy bieg jest dość ciężki i niezbyt komfortowy dla stawów, ale to normalne biorąc pod uwagę skok wagi i przerwę od tego rodzaju wysiłku. Do końca marca notuję już tylko dwa dni nietreningowe, a co raz dłuższe biegi przeplatam z boksem oraz treningiem siłowym z umiarkowanym obciążeniem. Pod koniec marca ważę ok. 95kg, nieco przyhamowuje tempo mojej redukcji.

Kwiecień

Pierwszy tydzień jest dobry, kontynuuje pomyślną passę z marca, jednak drugi tydzień kwietnia to nieplanowana przerwa od treningów. Przynajmniej od tych intensywniejszych. Zmusza mnie do tego nawracający ból w stawie skokowym. Ból nasila się również przez pracę, gdzie spędzam na nogach nie raz po 12 godzin dziennie - i to w eleganckim, mało wygodnym obuwiu. No nie byłbym raczej sobą, gdybym odpuścił treningi tak totalnie. Każdego poranka wykonuję kilka ćwiczeń stabilizujących oraz pewną ilość pompek i podciągnięć na drążku. Jest to jednak trening lekki i krótki. O bieganiu póki co nie ma mowy. Wracam do niego w po tygodniu, ale długość biegów ulega zredukowaniu. Do biegu ostatecznego pozostały 2 tygodnie, a nie chciałbym rezygnować z niego z uwagi na ból. Do końca tego miesiąca ćwiczę już regularnie, a długość biegów staram się mimo wszystko nieco zwiększać. Odpada mi boks i staram się w miarę możliwości podejść do Run Toruń zregenerowany. Z mojego startu nie jestem do końca zadowolony. Dałem z siebie dość dużo, choć moja ogólna forma pozostawiała jeszcze nieco do życzenia. W kwietniu dopada mnie też lekka stagnacja jeśli chodzi o zrzucanie wagi. W momencie biegu ważyłem ok. 93 kilogramy. W tym miesiącu zrzuciłem tylko ok. 1,5kg.

Maj

Pierwotnie zakładałem, że redukcję skończę już w maju, choć miałem na uwadze że może to być plan zbyt odważny. I taki się okazał. Wiedziałem, że w maju czeka mnie dłuższa przerwa od treningów, spowodowana operacją przegrody nosowej. Trenować mogłem do 7 maja, i tak też było. Mój poziom tkanki tłuszczowej był jednak zbyt wysoki bym mógł uznać redukcję za zakończoną. Przerwa od treningów trwała aż 3 tygodnie (wedle zaleceń lekarza), a potem ustaliłem że wracam ze zdwojoną siłą ;) Żeby jednak odpoczynek nie był za miły – zmagam się w tym okresie z permanentnym bólem zębów. Lekarz wykonujący zabieg musiał naruszyć mi jakiś nerw. Tak długiej przerwy od ćwiczeń nie miałem od kilku lat. Waga znów zaczęła iść w dół, pomimo mocnego zredukowania aktywności fizycznej. Mogę przypuszczać, że był to okres w którym straciłem najwięcej masy mięśniowej (brak bodźców do jej utrzymywania przez organizm). Wróciłem 29 maja i na dobry początek zająłem się treningiem funkcjonalnym (nie mylić z crossfitem). Na koniec maja ważyłem ok. 87,5 kg. Zrzuciłem zatem 5 kg. Owszem, dochodzi tu jeszcze kwestia pozbycia się pewnej ilości wody z organizmu. Odstawiłem bowiem kreatynę. Mimo wszystko poczułem, że ten okres dość istotnie mnie osłabił. Jeśli chodzi o dietę to starałem się jeść nieco mniej, co było naturalne z uwagi na dalszy proces redukcji oraz znaczne zmniejszenie aktywności fizycznej.

Czerwiec

Tu miałem przystąpić do końcowego etapu redukcji, choć moje morale nieco upadło po mało udanym maju. Sprawy znów się nieco pokomplikowały (jeśli chodzi o trening i cele z nim związane). 5 czerwca zacząłem pracę z dala od Torunia. Moja dieta oraz tryb życia zmieniły się diametralnie. Z jednej strony byłem bardzo aktywny pracowniczo (praca stojąco – manualna), a z drugiej dieta nie do końca mi służyła. Na 2 posiłki dziennie byłem skazany w hotelu i choć były smaczne to ich jakość zdrowotna nie zawsze była wysokich lotów. W miarę możliwości starałem się ćwiczyć. Zapisałem się do lokalnej siłowni i zacząłem trenować treningiem siłowym al’a Full Body Workout. Trening był dość intensywny i duży objętościowo, ale trenowałem jedynie co 3 dzień. Potem pojawiła się kolejna przeszkoda – uraz pleców doznany w kuriozalnych okolicznościach. Wracałem na weekend do domu pociągiem i w momencie kiedy wrzucałem walizkę jednej z kobiet na półkę bagażową.. pociągiem gwałtownie szarpnęło. Moje plecy odczuły ten incydent, a każdy obszerniejszy ruch ręką zaczął sprawiać mi ból. Kolejna przerwa, tym razem 10-dniowa. Do końca czerwca moje ręce nie tknęły już ciężaru. Waga na koniec miesiąca – ok. 87kg. Moja waga znów zaczęła hamować, choć nie było to nic strasznego, gdyż wydawałem się już bliski końca tego etapu.

Lipiec

Wracam do treningu FBW. Trenuję mniej więcej co 3 dzień. Żeby nie było za nudno – czeka mnie kolejna zmiana, która nieco utrudnia treningowe życie. Zmieniono mi hotel, w którym przebywałem podczas delegacji pracowniczej. Tym razem wylądowałem w wiosce, liczącej kilkuset mieszkańców. Inspirowany m.in. książką „Spartan up!: bądź jak Spartanin” nie zamierzam rezygnować z treningów. Zwłaszcza, że w ostatnim okresie miewałem za dużo przerw od nich, co negatywnie wpłynęło zarówno na moją formę fizyczną jak i psychiczną. Odbyłem 2 treningi ogólnorozwojowe w plenerze z wykorzystaniem środowiska naturalnego ;) Więcej o nich pisałem już w jednym z poprzednich postów. W połowie lipca wracam do domu, choć tylko na chwilę. Potem wyjeżdżam na kolejną delegację. Miała ona potrwać kilka tygodni, potrwała jednak tylko kilka dni. Całe szczęście, że nie zdążyłem wykupić nigdzie karnetu na siłownię. Wróciłem do domu i rozpocząłem końcowy etap redukcji, z nowym treningiem. Treningi siłowe zacząłem przeplatać z interwałami w postaci naprzemiennego truchtu i sprintów w plenerze. Udało się złapać rytm i od ostatniego tygodnia lipca trenowałem już codziennie systemem dzień siły-dzień interwałów. Aktywność znacznie zwiększona, kaloryczność podobna. Efekt? Kilogram mniej.

Sierpień

Zwieńczenie redukcji. W pierwszej połowie trenowałem dalej codziennie, z dużym zapałem. Towarzyszyła mi świadomość, że ostatnio miałem dużo przerw i teraz muszę dać z siebie wszystko by jakoś to zrekompensować. O ile podczas treningów siłowych pozostawiałem pewien, mały zapas, o tyle interwały wykonywałem zawsze do maksymalnego wyczerpania. Po serii sprintów dobijałem się wówczas jeszcze 30 powtórzeniami „burpeesów”, które były w tym momencie już prawdziwą walką o życie. Nie ugiąłem się jednak, ale być może był to błąd. W połowie sierpnia wylądowałem znów na tydzień z dala od Torunia. Wykonałem wówczas 2 treningi siłowe, ale bez jakiejś większej koncepcji w głowie. Sierpień to czas stagnacji. Zrzuciłem ok. 1 kilograma, ale moja sylwetka optycznie nieco się pogorszyła. Pod koniec sierpnia kolejny tygodniowy wyjazd. Odbyłem w jego trakcie 2 treningi funkcjonalne i uznałem, że nie ma sensu dalej się katować. Zwłaszcza, że ilość spożywanego pokarmu była już dość mała. Waga stanęła na 85 kg i na takim poziomie utrzymuje się do dziś.

Mój ogólny komentarz

Proces redukcji uważam za umiarkowanie udany. Z jednej strony – dużo było w tym procesie nieplanowanych przeszkód. Z drugiej – nie miałem na nie większego wpływu. W miarę możliwości starałem się trzymać obranej przez siebie ścieżki i nie zbaczać z niej zbyt daleko. Jeśli chodzi o kwestie urazów to jest to redukcja dała mi ku zastanowieniu pewien materiał. W drugim półroczu 2016 roku (podczas cyklu masowego) nie odniosłem żadnej poważniejszej kontuzji. Podczas redukowania wagi odniosłem kilka urazów lub też odezwały się sprawy przewlekłe. Miałem większe lub mniejsze problemy ze stawem skokowym, nadgarstkiem, plecami i kolanem. To wszystko hamowało w jakiś sposób moje działania. Warto jednak zauważyć, że podczas etapu zrzucania wagi zakres moich aktywności fizycznych był znacznie szerszy. Sam trening siłowy nigdy nie był dla mnie szczególnie kontuzjogenny. Potwierdziło to statystyki, które mówią że sporty zespołowe/kontaktowe, czy bieganie charakteryzują się znacznie wyższym współczynnikiem kontuzji niż rozsądny trening z wolnym ciężarem.

Co do diety. Kalorie liczyłem przez kilka tygodni w życiu. Wystarczyło mi to, żeby poznać mniej więcej kalorykę danych posiłków. Nie prezentuję też podejścia stricte kulturystycznego. Nigdy sama sylwetka nie była dla mnie wartością najwyższą i najważniejszym wymiernikiem skuteczności działań. Z tego też powodu nie jestem fanem publicznego prężenia się bez koszulki. Przepraszam, jeśli kogoś zawiódł brak zdjęć mojej sylwetki do niniejszego postu. Staram się być jednak samokrytyczny i na pewno nie jest tak, że coś sobie dodaje, a coś próbuję ukryć. Po kilku latach trenowania i „siedzenia” w temacie znam swoje ciało stosunkowo dobrze, dlatego też nie odczuwam potrzeby dokładnego liczenia kalorii i makroskładników. Jedyne na co zwracałem uwagę to: dostarczanie odpowiedniej ilości białka (min. 120g białka zwierzęcego dziennie) oraz dbanie o odpowiednią podaż mikroelementów (też bez skrupulatnego liczenia wartości). Stosowałem więc dietę intuicyjną, zwracając uwagę na zmiany w swojej wadze i pomocniczo – sylwetce.

Co bym zrobił inaczej?

Była to moja pierwsza redukcja, w której waga schodziła mi w takim tempie i z taką regularnością. Starałem się nie stracić przy okazji za dużo masy mięśniowej, choć wiedziałem że nie zachowam jej tyle ile zachowałbym przy podejściu typowo sylwetkowym. Stosunkowo długie biegi i marsze, boks, czy np. 3-tygodniowa przerwa po operacji na pewno nie sprzyjały bodźcowaniu organizmu ku temu, by utrzymał jak najwięcej masy mięśniowej. Tak więc nie było to standardowe „docinanie na lato”. Czy coś bym jednak w swoim podejściu zmienił? Z perspektywy czasu uważam, że mógłbym nieco zredukować ilość aktywności typu cardio. Nie mam tu jednak na myśli takiego typowego cardio kręconego z tętnem na poziomie ~70%, a np. długie marsze, których w gorące lato u mnie nie brakowało. Zdarzało mi się pokonywać po kilkanaście kilometrów dziennie przez kilka dni z rzędu, w upalnym klimacie. Mniej aktywności, a z większą intensywnością – to mogłoby przynieść lepsze rezultaty i samopoczucie.

Porady?

W pierwszej kolejności odradziłbym głodzenie się i drastyczne ucinanie ilości spożywanego jedzenia. Przez pierwsze kilka(naście) tygodni deficyt kaloryczny (a więc warunek konieczny do redukowania masy ciała) można uzyskać przez same zwiększanie aktywności fizycznej. Ucinanie kalorii to już strategia na dalszy etap redukcji. Może być tak, że w pierwszej fazie redukcji będziemy musieli wręcz zwiększyć podaż kalorii w swojej diecie, żeby nie doprowadzić  szybko do załamania metabolicznego – zbyt dużej aktywności fizycznej w stosunku do ilości i jakości naszego pożywienia. Bardzo istotny jest konkretny, mierzalny cel. Kiedy cel nie jest wystarczająco klarowny, łatwiej jest ponieść porażkę. Ten cel musi być jednak realny i rozsądny. Nie zakładajmy np. zrzucania 10 kilogramów w ciągu miesiąca. Nawet, gdybyśmy to zrobili to nie będzie to korzystne dla naszego zdrowia i wyglądu. Oczywiście na początku proces redukcji jest nieco szybszy – to naturalne. Trzeba tu wziąć pod uwagę, że dalszy etap będzie powolniejszy. Warto ustalić sobie jeden cel główny, oraz cele okresowe – na dany tydzień, czy miesiąc. Tak, wiem że to banały, ale bardzo istotne.

Wnioski w punktach

1. Nie warto się „zajeżdżać” nadmierną objętością i częstotliwością treningu (głównie kwestia podwyższonego kortyzolu i neutralizowania bodźców wpływających na zachowanie masy mięśniowej)

2. Nie należy za mocno ucinać kalorii, głodować. Sądzi się, że nigdy nie powinniśmy schodzić z kalorycznością dziennej diety poniżej naszej podstawowej przemiany materii i coś w tym rzeczywiście jest.

3. Lepiej postawić na jakość i skupienie w trakcie ćwiczeń – pozwoli to zminimalizować ryzyko urazów, które mogą bardzo niekorzystnie wpłynąć na nasz progres oraz stan psychiczny.

4. W miarę możliwości trzeba redukować ilość stresu (różnego rodzaju). Zbyt duża ilość wydzielanego kortyzolu jest jednym z największych wrogów skutecznej redukcji.

5. Warto zadbać o odpowiednią się regenerację. Interwały do „odcięcia” po 4-5 godzinach snu mogą nam bardziej przeszkodzić niż wspomóc proces redukcji. Odpowiednio działający, nie przestymulowany układ nerwowy to kluczowa kwestia. Pomocna może być tu także suplementacja, np. ashwagandhą, która ma wszechstronne działanie prozdrowotne.

6. Należy pić dużo wody dobrej jakości, unikać nadmiernej ilości substancji diuretycznych. Schudnięcie przez odwodnienie zdecydowanie nie jest tym o co chodzi nam w zdrowej redukcji. Nie zawsze utrata wagi oznacza sukces. Prawidłowe nawodnienie jest niezbędne, pamiętajmy by pić odpowiednio więcej wody kiedy w naszej diecie nie brakuje kawy i herbaty.


sobota, 26 sierpnia 2017

Lou Duva. Moje siedem dekad w boksie - recenzja


Lou Duva to legenda zawodowego boksu. Choć w swoim życiu (jako trener i menedżer) zajmował się aż 19 mistrzami świata, to w naszym kraju zdecydowana większość osób kojarzyć będzie jego osobę z postacią Andrzeja Gołoty. Obrazek nieprzytomnego Duvy, leżącego pośród rozwścieczonego tłumu po walce Polaka z Bowe, to bardzo często wspomnienie we wszelakich urywkach filmowych z kariery Andrzeja. Temperament to jedna z cech charakterystycznych Amerykanina z włoskimi korzeniami. Tak się niestety złożyło, że autobiografia tego członka galerii sław boksu miała w naszym kraju premierę kilka miesięcy po jego śmierci… Świętej pamięci Lou Duva odszedł od nas 8 marca bieżącego roku. Miał 94 lata.

„Moje siedem dekad w boksie” trafiło w moje ręce jeszcze przed oficjalną premierą. Jest to więc świeżutka pozycja, a nad jej zakupem długo się nie zastanawiałem. Sam tytuł może sugerować, że ta lektura to nie lada gratka dla kogoś lubującego się w historii boksu oraz ciekawostkach i anegdotach z nią związanych. Czy tak okazało się w istocie? O tym poniżej.

W pierwszej części książki Duva opisuje lata swojego dzieciństwa oraz młodości – co w sumie naturalne w przypadku autobiografii. Z tej części dowiemy się m.in. o trudnym dzieciństwie Lou i szeregu różnych zajęć, których musiał się chwytać by zarobić na podstawowe potrzeby – swoje oraz rodziny. Przyznać trzeba, że część poświęcona młodości autora (współautorem tytułu jest były dziennikarz, Tim Smith) jest w książce bardzo obszerna - w stosunku do całkowitej objętości książki. Fakty zawarte w tym fragmencie są dość interesujące, choć nie ukrywam że z niecierpliwością oczekiwałem anegdot związanych z pracą Duvy z mistrzami świata. Bohater książki sporo miejsca poświęca początkom i rozwojowi znanej grupy promotorskiej – Main Events. Lou Duva był jej głównym twórcą, a Main Events można było uznać przez wiele lat za „interes rodzinny”. Jak sympatycy boksu pewnie dobrze wiedzą, ta grupa promotorska wciąż istnieje, a jej główną twarzą jest Kathy Duva – żona syna Lou (Dana Duvy, zmarłego na nowotwór w 1996 roku). Swego czasu barwy Main Events reprezentował sam Tomasz Adamek, a najbardziej znanymi, współczesnymi zawodnikami tej grupy są czołowi „półciężcy” - Sergiej Kovaliow oraz Sullivan Barrera.

Chyba najciekawsze fragmenty książki dotyczą historii związanych z mistrzami królewskiej kategorii. Duva przytacza naprawdę interesujące fakty i anegdoty związane z Joe Louisem, Rocky’m Marciano, czy Evanderem Holyfieldem. Nie mogło zabraknąć oczywiście rozdziału poświęconego Andrzejowi Gołocie. W tym miejscu warto zaznaczyć, że Lou nie szczędzi ciętego języka – jak w życiu, tak i na papierze. W rozdziale dotyczącym Gołoty znajdziemy też kilka przypisów, sugerujących że pewne historie przytaczane przez autora zostały lekko „podrasowane”. Autentyczność tych historii została zweryfikowana przez polskiego wydawcę, który miał najwyraźniej lepszy dostęp do źródeł informacji, związanych z życiem niedoszłego mistrza świata. Czy to oznacza, że inne historie zawarte w tej książce również mogły zostać nieco „przekoloryzowane” ? Być może, ale może już po prostu taki urok tej lektury oraz Lou Duvy. Należy mieć na uwadze, że autor w momencie redagowania tej książki miał już na karku 9 krzyżyków.



W związku z wiekiem oraz stanem zdrowie autora, w bokserskim środowisku pojawiły się pewne plotki. Przynajmniej ja natknąłem się na takowe w środowisku internetowym. Głosiły one, że sam Duva przy redagowaniu tej książki miał niewielki wkład. W momencie jej pisania Lou znajdował się ponoć już w tak kiepskiej kondycji, że według niektórych rzeczywisty autor (Tim Smith) posłużył się głównie nazwiskiem bohatera, by zarobić na wydaniu tej książki. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo… przyznam jednak, że jest pewna przesłanka, która może wskazywać na pośpiech w pisaniu tego tytułu. Tak jak wspominałem, dość obszerną część zajmuje opis młodości autora. Można powiedzieć, że do połowy książki Duva opisuje swoją młodość. Zważywszy na to, że Lou udzielał się aktywnie w boksie do podeszłego już wieku, dalsza część lektury bardzo przyspiesza i jest naprawdę dużym streszczeniem lat, za które boks Lou Duvę pamięta najbardziej. Uważam to za pewien minus tej książki, spodziewałem się jednak nieco więcej szczegółów dotyczących prowadzenia zawodników znanych najlepiej szerszej publiczności. Może to zbyt odważna hipoteza, ale czy Tim Smith nie przyspieszył nagle z redagowaniem tej książki, z uwagi na pogarszający się stan Lou? Zważywszy na datę śmierci jej bohatera, wszystko możliwe…


Jaką książką jest „Moje siedem dekad w boksie” ? Na pewno nie bezbłędną. Tak jak wspominałem, znalazło się w niej kilka błędów merytorycznych. Możliwe, że jest ich więcej ale niektóre naprawdę ciężko będzie już zweryfikować. Na uwadze trzeba mieć, że wiele z opisywanych wydarzeń miało miejsce dobre kilkadziesiąt lat temu i czasem ich jedynym świadkiem miał być sam Duva. Zabrakło mi również trochę więcej detali z pracy trenerskiej autora. Nawet jeśli taka była właśnie koncepcja tej książki - by być tytułem typowo rozrywkowym, zbiorem anegdot o różnych osobach. Faktem jest, że gdyby taka osobistość jak Lou miała wydać szczegółową autobiografię to i 1000 stron mogłoby nie wyczerpać tematu. Mimo pewnych niedociągnięć jest to tytuł, który mogę polecić. Myślę, że każdy fan boksu powinien posiadać tę pozycję w swojej biblioteczce, choć z zainteresowaniem mogą przeczytać ją także ludzie niezwiązani z boksem na co dzień. Czytając „Moje siedem dekad w boksie” przechodziła mi przez głowę przede wszystkim myśl „ten facet po prostu żył”. Żył na całego, ale i z zachowaniem pewnych zasad. Poczytajcie, uważam że warto.

środa, 23 sierpnia 2017

Co tam w boksie? Po gali w Międzyzdrojach | Mayweather jr. - McGregor



Międzyzdroje, 19.08

Za nami dość ciekawa (jak na polskie warunki) gala, z cyklicznej serii „Międzyzdroje Seaside Boxing Show”. W IX edycji tej imprezy w walce wieczoru zmierzyli się Dariusz Sęk 26-3-2 (8 KO) oraz Marek Matyja 13-1 (5 KO). Stawką był pas mistrza Polski w wadze półciężkiej. Przebieg walki nie był zaskoczeniem. Sęk starał się punktować, „obskakując” rywala. Matyja był z kolei stroną ofensywną, próbującą złapać oponenta czymś „mocnym”. Sędziowie wypunktowali ostatecznie remis, choć według mnie (oraz większości ekspertów) na minimalne zwycięstwo zasłużył jednak Matyja. Byłoby to też chyba lepsze dla polskiego boksu. Choć rewanż również będzie miło zobaczyć.

W innej emocjonującej potyczce naprzeciw siebie stanęli bardzo perspektywiczny Paweł Stępień 7-0 (6 KO) oraz niepokonany Kubańczyk Dayron Lester 9-0 (5 KO). Lester okazał się wymagającym rywalem, pomimo nieznanego szerszej publiczności nazwisko. Mieszkający w Finlandii Kubańczyk od początku emanował pewnością siebie i starał się zdominować walkę. Kreowany przez niektórych na następcę polskich mistrzów, Stępień nie pozostawał jednak bierny. Walka obfitowała w mocne uderzenia i wysokie tempo, jednak to Polak zaczął przełamywać rywala. Jego ciosy wydawały się nieco mocniejsze, a jeden z nich (bity na wątrobę) posłał Lestera na deski w 4. Rundzie. Kubańczyk zdołał wstać, lecz niedługo po tym Polak dokończył robotę uderzając w to samo miejsce. Fajny, pożyteczny sprawdzian dla Stępnia. Rywal wyszedł po wygraną i postawił pewien opór. Z ciekawością będę śledził dalszą karierę Pawła.

W innych pojedynkach mieliśmy do czynienia m.in. z drugą zawodową wygraną ciężkiego Pawła Wierzbickiego 1-0 (1 KO), dominacją Mateusza Tryca 1-0 (1 KO) nad Przemysławem Gorgoniem 4-1 (2 KO) oraz Damiana Wrzesińskiego 11-1 (5 KO) nad Tomaszem Królem 4-1-1 (1 KO).



Las Vegas, 26.08

Może nie jestem wielkim zwolennikiem walki Floyda Mayweathera jr 49-0 (26 KO) z Conorem McGregorem 0-0, ale wypada o tego typu wydarzeniu napisać kilka słów. Przede wszystkim – nie widzę tutaj możliwości wygranej Irlandczyka. No może jedynie w przypadku, gdyby Floyda naprawdę mocno dopadł wiek (ale podobno nie dopadł). Wystarczy popatrzeć na trening obu przez kilkanaście sekund. Floyd będzie według mnie szybszy o 2 tempa i porozbija Irlandczyka. Może nie będzie to zwycięstwo w początkowych rundach, ale McGregor zostanie zupełnie zdominowany i poddany w drugiej części walki. Mimo przekonania co do rezultatu tej potyczki to z chęcią bym ja obejrzał. Choć na pewno nie za 40zł płacone Polsatowi ;) Osobiście nie jestem fanem MMA, więc liczę że Mayweather udzieli nadpobudliwemu McGregorowi lekcji boksu. Co ciekawe – statystyczny portal boxrec.com nie przyznaje tej walce żadnej gwiazdki (ranga walki oceniana w skali 1-5), z uwagi na debiut na zawodowych ringach Irlandczyka. Coś w tym jest, myślę że wielu zawodników zdominowanych w przeszłości przez Mayweathera zdominowałoby w bokserskim ringu McGregora.

Interesująco rysuje się undercard tej walki. O mistrzostwo świata WBA w wadze półciężkiej zmierzą się Nathan Cleverly 30-3 (16 KO) oraz Badou Jack 21-1-2 (12 KO). Faworytem bukmacherów jest przechodzący z wagi super średniej Jack, choć ja Walijczyka na pewno bym nie skreślał. Nie będzie jednak zdziwieniem, kiedy przy wyrównanej walce pas Cleverly’ego powędruje do rąk Amerykanina urodzonego w Szwecji. W wadze super piórkowej rękawice skrzyżują błyskotliwy i utalentowany Gervonta Davis 18-0 (17 KO) oraz Kostarykanin Francisco Fonseca 19-0-1 (13 KO). Faworytem jest Davis – podopieczny Floyda Mayweathera jr. Sądzę, że sędziowie punktowi nie będą jednak potrzebni, a młody Amerykanin wykończy rywala przed czasem. Ciekawą potyczką będzie też walka perspektywicznego Andrew Tabiti’ego 14-0 (12 KO) z dobrze znanym polskim kibicom Steve’m Cunninghamem 29-8-1 (13 KO). Cunningham ma już 41-lat, lecz słynie z tego że zawsze znajduje się w wysokiej dyspozycji fizycznej. Jego mankamentem jest słaba odporność. To w połączeniu z mocnym ciosem oraz ambicją Tabitiego stawia w roli faworyta młodszego z Amerykanów. „USS-a” nigdy nie można jednak skreślać.

Warto wspomnieć, że w najbliższą sobotę powróci również słynny Miguel Angel Cotto 40-5 (33 KO). Na gali w Carson zmierzy się on z niezłomnym Japończykiem Yoshihiro Kamegai’em 27-3-2 (24 KO). Ta walka oraz towarzysząca jej gala stanowi alternatywę dla niestety płatnej w naszym kraju gali w Las Vegas. Przewiduję, że wynik PPV Polsatu będzie w tym wypadku prztyczkiem w nos dla „słonecznej stacji”. Innym też odradzałbym zakup takiej usługi.



wtorek, 22 sierpnia 2017

Jak oddychać, aby być zdrowym? Recenzja książki



Czas wrócić po wakacyjnej przerwie oraz czas na kolejną recenzję książki. Tym razem na celownik wziąłem poradnik pt. „Jak oddychać, aby być zdrowym”. Wielu osobom tematyka tej książki może wydać się banalna. Nic bardziej mylnego. Takie czynniki współczesnego życia jak: nieodpowiednia dieta, siedzący tryb życia, stres czy pośpiech mają negatywny wpływ na nasze rdzenne nawyki. Tak jest m.in. z fundamentalną czynnością życiową jaką jest oddychanie. Z drugiej strony nie ma co ukrywać, że tytuł ten jest dedykowany przede wszystkim dla osób, którzy doświadczyli lub wciąż doświadczają jakichś niepokojących objawów, związanych z oddechem. Skorzystać na tej lekturze powinni jednak wszyscy.

Już od najmłodszych lat byłem wysyłany na zajęcia do logopedy. Wizyty te nie okazywały się szczególnie pomocne. Jeśli chodzi o szeroko pojętą aktywność fizyczną to zawsze moją piętą achillesową była wydolność/wytrzymałość. Dopiero 20 lat później zdaję sobie sprawę z pewnych rzeczy. Na przykład z tego, że często nadmiernie oddycham (jak wielu ludzi zresztą). Tzw. hiperwentylacja może prowadzić także do innych schorzeń lub pogarszać ich przebieg. Niestety zespół hiperwentylacji jest przez współczesnych lekarzy diagnozowany bardzo rzadko – mimo, że dotyczy naprawdę sporej rzeszy osób. Powód wydaje się prosty. Hiperwentylację leczy się przede wszystkim przez pracę nad zmianą nawyków oddechowych. Ciężko więc na tym zarobić, a jak wiadomo solą dzisiejszych konsultacji lekarskich jest przepisywanie „wszystkiego na wszystko”. I tak – łatwiej jest  wysłać pacjenta do pulmunologa, by zdiagnozować u niego astmę i przepisać pakiet wziewnych sterydów. Można też wysłać go do kardiologia lub „zwalić” problemy z oddechem na kwestie wyłącznie endokrynologiczne. Po tych latach zdaję sobie sprawę, że moje problemy z wymową w dzieciństwie wynikały właśnie z nadmiernego oddychania, spowodowanego przede wszystkim nawykowym oddychaniem przez usta. Podobnie rzecz miała się z deficytami w wydolności. Nie powiem, że w tym momencie sprawy obróciły się u mnie w tym względzie o 180 stopni, ale na pewno jest lepiej niż kiedyś.

Autorem „Jak oddychać, aby być zdrowym” jest Patrick McKeown. McKeown jest doświadczonym międzynarodowym instruktorem tzw. metody Butejki. Wspomnę w tym miejscu, że nie jest to moja pierwsza lektura o podobnej tematyce. Wcześniej dane mi było przewertować również „Sztukę oddychania” autorstwa Nancy Zi. O tej drugiej książce, porównaniach i podobieństwach obu tytułów napiszę nieco później. Twórcą wspomnianej metody Butejki jest Konstantyn Butejko – rosyjski lekarz. Metoda ta była przez niego opracowywana w latach 60. XX wieku, w laboratorium w Nowosybirsku (Syberia). Główne założenie Dr Butejki było takie, że wiele symptomów chorobowych, uznanych przez lekarską społeczność za odrębne jednostki chorobowe, są wynikiem nadmiernego oddychania. W odpowiedzi na tę hipotezę Dr Butejko opracował system ćwiczeń mających wspomóc wykształcenie lub powrót do prawidłowych nawyków oddechowych. Celem było oddychanie mniejszą ilością powietrza, oddychanie wyłącznie nosem oraz spokojny, cichy oddech. Skuteczność oraz prostota metod Butejki okazały się na tyle duże, że sława doktora rosła w imponującym tempie. Pod koniec lat 80. Metoda Butejki zaczęła zdobywać swoją popularność, także w innych krajach. Dziś naucza się jej praktycznie na całym świecie.



„Jak oddychać, aby być zdrowym” to książka zwięzła i stosunkowo prosta w odbiorze. McKeown nie skupia się w niej na złożonych, naukowych dywagacjach. Co najwyżej przedstawia biologiczne podstawy pewnych mechanizmów oraz przytacza badania na dowód sensu założeń metody Butejki. Autor przedstawia 6 podstawowych ćwiczeń (jedno w kilku wariantach), które poprawią efektywność naszego oddychania. Co ciekawe, McKeown sam dzięki zawartym w książce metodom wyleczył się z przewlekłej astmy. Jak sam zapewnia, wcześniej jakość jego życia była nieporównywalnie niższa. Prócz ćwiczeń znajdziemy w książce trochę teorii oraz praktycznych, życiowych wskazówek. Wskazówki te dotyczą m.in. sposobów zapanowania nad stresem czy działań, które mają wspomóc naszą regenerację i sen. Przeczytamy też parę słów o ćwiczeniach fizycznych, bo to one obok ćwiczeń oddechowych mają największy wpływ na wydłużenie tzw. pauzy kontrolnej, która jest wyznacznikiem efektywności naszego oddychania. Pauza kontrolna to po prostu czas w miarę komfortowego wstrzymania oddechu. Szerzej o metodzie Butejki i polepszeniu oddychania w kontekście sportu wyczynowego, poczytamy w innej książce rekomendowanej przez autora. Jej tytuł to „The Oxygen Advantage”, a jej autorem jest również Patrick McKeown. Jeśli uda mi się ją zdobyć to chętnie zabiorę się i do tej lektury. Książka niestety nie jest dostępna w polskim wydaniu. W „Jak oddychać, aby być zdrowym” znajdziemy też opis związków pomiędzy nieprawidłowym oddychaniem, a różnymi jednostkami chorobowymi. Nie jest to jednak książka wyłącznie dla ludzi uważanych za zdrowych. Na wskazówkach zawartych w tej lekturze skorzysta każdy, pod warunkiem że sumiennie wdroży je w życie. Ku ułatwieniu – autor podaje kilka przykładowych programów ćwiczeń.  Jak pisze McKeown: „Nie istnieje żadne ryzyko związane z postawieniem niepoprawnej diagnozy zespołu hiperwentylacji”. Innymi słowy – poprawnie stosowane zalecenia Dr Butejki nikomu nie wyrządzą krzywdy. Sam ćwiczenia podane książce zaczynam wdrażać od kilkunastu dni i przyznam, że pewne efekty są już zauważalne. Na pełniejszą ocenę całej metody przyjdzie jeszcze czas.



Jak porównałbym obiekt dzisiejszej recenzji do mojej poprzedniej lektury o skuteczniejszym oddychaniu, czyli „Sztuki oddychania” Nancy Zi? Z pewnością obie książki dość mocno się różnią. Wskazówki zawarte w książce McKeowna wydają się prostsze do wdrożenia, po prostu bardziej życiowe. Choć McKeown wspomina o oddychaniu przeponowym, to dużo większy nacisk na taki rodzaj oddychania jest położony w książce Nancy Zi – na co dzień śpiewaczki klasycznej. Ćwiczenia ze „Sztuki oddychania” wymagają więcej pracy oraz czasu. Czy są zatem bardziej efektywne? Ciężko mi powiedzieć. „Sztuka oddychania” na pewno nie jest słabą książką, jednak według mnie wiele osób miałoby problem z systematycznym stosowaniem proponowanych w niej metod. Sam używałem metod z książki Zi przez kilka tygodni i pewne rezultaty zauważyłem. Bardziej trafia do mnie jednak metoda Dr Butejki. Jest prostsza i według mnie bardziej praktyczna. Tym samym „Sztukę oddychania” dedykowałbym bardziej osobom zaawansowanym, np. używającym swojego głosu do śpiewania, tak jak autorka tej pozycji. W książce Nancy Zi stykamy się też z o wiele większą dawką teorii nasyconych ezoteryką, aniżeli w „Jak oddychać, aby być zdrowym”. Przyznam, że wielkim fanem takiego podejścia nie jestem – szczególnie jeśli od książki wymagam praktycznych i skutecznych porad. Zwycięzcą dla mnie jest więc książka, którą dziś recenzuję.

Przechodząc do podsumowania. Nie wiem szczerze mówiąc czemu metoda Butejki jest w naszym środowisku stosunkowo słabo rozpropagowana. Może to kwestia właśnie tego, że ludzie od jakiejkolwiek pracy nad sobą, wolą po prostu zgłosić się po zestaw tabletek u najbliższego internisty? Ćwiczenia na których opiera się ta metoda są jednak stosunkowo proste, mało czasochłonne i skuteczne – tak to mogę póki co ocenić. Książka ta obala również jeden z najpopularniejszych mitów dotyczących oddychania. Mitu, by w celu relaksacji brak głębokie oddechy poprzez usta. Mit ten funkcjonuje w wielu środowiskach i jest trudny do wykorzenienia. Znacznie większe korzyści zdrowotne przynosi nam oddech „nosowy”, cichy i stosunkowo krótki. Szczególnie na dłuższą metę. Taki sposób oddychania w połączeniu z ćwiczeniami dr Butejki może naprawdę pozytywnie wpłynąć na nasze zdrowie, a co za tym idzie – jakość całego życia. Książka jest napisana prosto, zrozumiale i nie odstrasza swoją objętością. Ciężko mi się do czegokolwiek przyczepić. Polecam każdemu – i zdrowym i tym, którzy cierpią na rozmaite dolegliwości zdrowotne.


niedziela, 6 sierpnia 2017

Co tam w boksie? Popis Łomaczenki | Wielcy odchodzą | Pamiętne walki legend


Pokaz boksu w Los Angeles

Stało się to czego wielu się spodziewało. Wasyl Łomaczenko, multimedalista z Ukrainy zdominował Wenezuelczyka Miguela Marriagę. Zgodnie z zapowiedziami samego Ukraińca, jego przeciwnik nie okazał się ciężką przeprawą. Łomaczenko zyskał przewagę od samego początku walki i choć Marriaga starał się odgryzać mocnymi ciosami, to zwycięstwo „Hi-tech’a” nie było zagrożone nawet przez chwilę. Ostatecznie narożnik Marriagi poddał swojego sponiewieranego zawodnika po zakończeniu 7 rundy. Ukrainiec potwierdził tym występem swój niebywały, bokserski kunszt oraz przekazał światu wiadomość, że interesują go już tylko walki z najlepszymi. Rigondeaux, Miguel Garcia, a może Crawford? Łomaczenko jest gotów na pięściarzy tego formatu, a kibice z pewnością ostrzą sobie zęby na podobną rywalizację. Tylko pojedynki o takiej skali są w stanie wycisnąć z Ukraińca coś więcej, postawić przed nim jakieś nowe wyzwanie i sprawić, że mógłby jeszcze podnieść swoją niewątpliwą już wartość sportową.
Wspomnieć można też, że w pojedynku poprzedzającym walkę wieczoru spotkali się Raymundo Beltran oraz Bryan Vasquez. Wygrał Beltran, który zachował pasy NABF oraz WBO NABO w wadze lekkiej. Swojego przeciwnika wypunktował na dystansie 10 rund.

Legendy przechodzą na emeryturę

Warto wspomnieć, że miniony tydzień stał pod znakiem głośnych odejść pięściarzy. Przejście na emeryturę ogłosili oficjalnie wielki mistrz wagi ciężkiej – Władimir Kliczko oraz mistrz świata czterech kategorii wagowych – Juan Manuel Marquez. Niewiele wcześniej swoje odejście ogłosił Timothy Bradley, pogromca tak renomowanych zawodników jak Junior Witter, Kendall Holt, Nate Campbell, Lamont Peterson, Devon Alexander, Joela Casamayor, Ruslan Provodnikow i wspomniany Juan Manuel Marquez.  Nie będę tu redagował jakichś biografii odchodzących legend, natomiast podzielę się moimi głównymi wspomnieniami z nimi związanymi. W przypadku każdego wyróżnię 3 walki z udziałem tych pięściarzy, które najbardziej utkwiły mi w pamięci.

Władimir Kliczko

Vs. David Haye, 2.07.2011, Hamburg

Tę walkę poprzedzała dość długa i irytująca dla rodu Kliczków historia. David Haye długi czas prowokował i ścigał braci, ogłaszając zawczasu swój wielki triumf nad którymś z nich. Potem miał zabrać się za drugiego. W ringu ścigał jednak wyłącznie Władimir. „Hayemaker” nie spełnił szumnych zapowiedzi, a jedyne co pokazał to niezłe uniki, dosłownie kilka zrywów oraz walkę na wstecznym biegu. To było zdecydowanie za mało jak na oczekiwania angielskich kibiców. Również sędziowie nie mieli wątpliwości. Wyraźne, punktowe zwycięstwo odniósł Władimir Kliczko. Sama walka niestety nie porwała.

Vs. Tyson Fury, 28.11. 2015, Dusseldorf
Walka – skaza na rekordzie Władimira. Przed tą walką Kliczko święcił serię 22 walk bez porażki oraz 20 skutecznych obron mistrzowskiego tytułu. Fury był skazywany na pożarcie, ciężko żeby wobec tych liczb Władimira było inaczej. „Dr. Steelhammer” był w tej walce zablokowany psychicznie. „Pajacującemu” Fury’emu udało się wybić mistrza z rytmu. Psychika Kliczki spłatała mu podczas kariery kilka figli. Ostatnim była właśnie porażka z Tyson’em. Jak na ironię – Fury po tamtym zwycięstwie popadł w depresję i nie pojawił się w ringu po dzień dzisiejszy. Wladimir pomimo nieudanego występu powrócił 1,5 roku później. Na jak się miało okazać – ostatnią walkę, z Anthony’m Joshuą.

Vs. Anthony Joshua, 29.04.2017, Londyn

Być może to trochę niesprawiedliwe, ale na 3 najbardziej pamiętne walki wybitnego (bez wątpliwości) mistrza przypadają u mnie 2 porażki. Sprawa dość świeża. Kiedy nie udało się doprowadzić do rewanżu z Fury’m wybrano pojedynek z nowym królem brytyjskiej wagi ciężkiej. Mimo niezbyt dobrej passy Władimira, zestawienie go z jeszcze trochę zielonym Joshuą było dla sporej ilości osób wielkim ryzykiem Eddie’ego Hearna. „AJ” ostatecznie zdał test, choć być może sam rezultat walki nie był tu najważniejszy. Weteran Kliczko i młody mistrz Joshua zgotowali prawdziwą ringową wojnę. W tej batalii każdy cios ważył swoje, a najlepsze akcje będą wspominane jeszcze długo. Takich dwóch atletów w jednym ringu prędko nie zobaczymy. Władimir Kliczko zostaje na razie jedynym, któremu udało się rzucić na deski Joshuę, na zawodostwie.


Juan Manuel Marquez

Vs. Michael Katsidis, 27.11.2010, Las Vegas

Choć dla wielu bardziej pamiętna była walka z Marco Antonio Barrerą to ja lubię sięgać pamięcią do wojny z Katsidisem. Australijczyk był wówczas naprawdę wojownikiem wysokiej klasy. Udowodnił to też na początku pojedynku z Marquezem. W trzeciej rundzie zdołał rzucić Meksykanina na deski po mocnym, lewym sierpowym. Potem sukcesywnie przewagę zdobywał „Dinamita”. Druga część walki to już pokaz boksu Marqueza. Piękne, złożone kombinację rozbijały walecznego, ale gorszego boksersko Katsidisa. Sędzia ringowy, Kenny Bayless zdecydował się przerwać pojedynek w trakcie 9 rundy. Australijczyk był już wówczas mocno porozbijany, a Juan Manuel Marquez dał niezapomniany pokaz boksu.

Vs. Manny Pacquiao IV, 8.12.2012, Las Vegas

Walka, która miała w końcu rozstrzygnąć losy rywalizacji pomiędzy Filipińczykiem, a Meksykaninem. Dotychczas dwa razy górą był Pacquiao (choć po niejednogłośnych decyzjach), a raz Marquez. Tym razem destrukcja wisiała w powietrzu od samego początku. Na deskach lądował i „Pacman” i „Dinamita”. Kiedy wydawało się, że Pacquiao dobiera się już do skóry Marqueza nastąpił przełom. Meksykanin zgasił Filipińczykowi światło jednym uderzeniem. Ten nokaut przeszedł do historii boksu i na stałe wrył się w pamięć bokserskich kibiców.

Vs. Timothy Bradley, 12.10.2013,  Las Vegas

Starcie dwóch wirtuozów pięści. Choć większość pięściarskiego środowiska chyba nieco wyżej stawia notowania Marqueza, to w ich bezpośrednim starciu górą był Bradley. Sama walka miała jednak wyrównany przebieg. Starcie na najwyższym, światowym poziomie. Gratka dla bokserskiego kibica. Sędziowie byli niejednogłośni, a niektórzy w roli zwycięzcy widzieli właśnie Meksykanina. Mi bardziej zaimponował Bradley, który nie miał wówczas najlepszej pracy z powodu bardzo kontrowersyjnej wygranej nad Manny’m Pacquiao (ale co on mógł na to?). Tym pojedynkiem udowodnił jednak, że jest jednym z najlepszych zawodników XXI wieku wadze półśredniej.



Timothy Bradley

Vs. Devon Alexander, 29.01. 2011, Michigan
Nie jest to wspomnienie do końca pozytywne. Obaj byli wówczas bardzo wysoko notowani oraz niepokonani. Wielu w roli faworyta stawiało Alexandra, choć pierwszą porażkę zafundował mu właśnie Bradley. To była bardzo brudna walka, a jej uczestnicy kilka razy zderzyli się głowami. Po tej walce „The Desert Storm” otrzymał łatkę kogoś wspomagającego się często w swoich akcjach właśnie głową. Powtórki wskazywały jednak bardziej na przypadkowość takich zderzeń. Kolejne walki Bradley’a też tej opinii raczej nie potwierdzały. Mniejsza o większość. Walkę przerwano po 9 rundzie, a na kartach prowadził Timothy Bradley i to jemu przyznano zwycięstwo.

Vs. Manny Pacquiao I, 9.06.2012, Las Vegas
Pierwsza walka z Filipińczykiem i kontrowersyjny werdykt, który odbił się echem na całym świecie. Bradley może był precyzyjniejszy, choć mimo wszystko więcej ciosów lokował Pacquiao i to jego wygraną widziała zdecydowana większość. Innego zdania byli sędziowie, który przyznali punktowe zwycięstwo Tim’owi. Według niektórych była to polityczna zagrywka i chęć pozbycia się co raz mniej dochodowego Filipińczyka na rzecz Amerykanina, który właśnie podpisał lukratywne kontrakt z firmą „Nike”. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Mimo wszystko Bradley udowodnił w tej walce swoją wysoką, bokserską klasę. Nie zmienia to faktu, że stał się dla wielu obiektem agresji i jak sam wyznał – grożono mu niejednokrotnie śmiercią.

Vs. Ruslan Provodnikow, 16.03.2013, Carson

Jedna z najlepszych walk w boksie ostatnich lat. Provodnikow był wówczas zawodnikiem ze ścisłego topu, unikanym przez wielu. Mimo wszystko nie była to zbyt medialna postać. Nieco stan rzeczy zmieniła wojna z Bradley’em. „Desert Storm” pokazał w tej walce olbrzymie serce. Nie raz wchodził w wymiany z silniejszym Rosjaninem, a sam znalazł się 3-krotnie na deskach. Pomimo to, udało mu się zwyciężyć na kartach punktowych. Jak sam potem przyznał – ten pojedynek odbił się poważnie na jego zdrowiu. Miał potem sikać krwią oraz odczuwać skutki uderzeń Rosjanina jeszcze przez długi czas. Czapki z głów dla tego wojownika, choć szacunek za dobrą postawę należy się także Provodnikowowi.


Przypominam, że jest to mój subiektywny ranking „pamiętnych walk”. To tyle o boksie na dzień dzisiejszy. W przyszłym tygodniu niestety brak bokserskich gal na dobrym poziomie. Co się jednak odwlecze to nie uciecze.


czwartek, 3 sierpnia 2017

30 pompek dziennie

Tak, post nr 30 na moim blogu będzie o tym, o czym się wydaje, że będzie J O 30 pompkach dziennie, codziennie. Po prostu

Około miesiąca temu czytałem wspominaną już tu i recenzowaną lekturę „Spartan up!: bądź jak Spartanin”. Abstrahując już od samej treści – wywołała ona u mnie kilka refleksji. Ileż ludzi ma w dzisiejszych czasach mniejsze lub większe problemy zdrowotne? Ileż zmaga się z otyłością? Ileż osób nie jest po prostu w najlepszej kondycji fizycznej? Te liczby wciąż rosną w zastraszającym tempie (pomimo pewnych pozytywnych zmian w niektórych środowiskach). To niby oczywiste, ale rzadko ktoś zastanawia się nad tym głębiej. Hipotetycznie: znajdźmy mniejszą lub większą grupę ludzi, którzy nie są zadowoleni ze swojej formy, żyją w szybkim tempie, mają sporo stresu i obowiązków (praca, dom, rodzina itp.). Jakie byłoby najczęstsze wytłumaczenie niesatysfakcjonującej kondycji? No właśnie natłok obowiązków, brak czasu, a być może też brak pomysłu i punktu zaczepienia na jej ulepszenie  w komfortowy sposób.

Weźmy teraz pod lupę zwyczajne pompki, chyba najpopularniejsze ćwiczenie z użyciem własnej masy ciała w historii świata. Konkretnie 30 pompek, robionych ciągiem, w jednej serii. Zakładając, że jesteśmy już w stanie to wykonać (z rzecz jasna prawidłową techniką), przyjrzyjmy się ile taka seria nas kosztuje, a jakie jest w stanie przynieść korzyści.

Koszt codziennnej serii 30 pompek:

- 30-45s naszego czasu w ciągu doby
- tyleż czasu trwający wysiłek
- kawałek gruntu o wymiarach ok. 1x2m

Korzyści z codziennej serii 30 pompek:

+ wzmocnienie mięśni ramion, klatki piersiowej, pleców, brzucha, pośladków (m.in. ważnych dla naszej postawy i funkcjonowania - mięśni posturalnych)
+ lepsze samopoczucie, satysfakcja psychiczna
+ lepszy stan zdrowotny
+ więcej siły
+ więcej energii
+ przyspieszenie metabolizmu na jakiś czas oraz spalenie pewnej ilości kalorii
+ pobudzenie do pracy mózgu (warto zrobić sobie taką serię przed pracą umysłową)
+ robiąc regularnie serię 30 pompek należysz już do grupy będącej w lepszej kondycji fizycznej niż większość społeczeństwa
+ to o czym jakoś się nie mówi, czyli determinacja do prowadzenia takiego stylu życia, który będzie pozwalał na nieschodzenie poniżej pewnego pułapu formy.  Taki pułap wyznacza w tym wypadku rutynowa seria 30 pompek każdego dnia.

Ta ostatnia zaleta jest najistotniejsza, ma bowiem na nas największy wpływ. Zasady proponowanego przeze mnie nawyku są bardzo proste:

1. Zrób serię 30 poprawnych technicznie pompek (jedną w ciągu doby)
2. Miejsce i godzina wykonania są dowolne (to pewne urozmaicenie, które redukuje znużenie)
3. Jeśli pijesz w dany dzień alkohol to winien jesteś jeszcze jedną, dodatkową serię (czyli 2x30 w dowolnych porach dnia)

To wszystko. Oczywiście najważniejsza jest pierwsza zasada, choć tutaj też możesz zmodyfikować liczbę powtórzeń wedle własnego uznania. Bylebyś sobie za bardzo nie ułatwiał, musisz poczuć po takiej serii pewne zmęczenie i lekką zadyszkę. Zmniejszyć ilość powtórzeń mogą kobiety lub mężczyźni o wątłym zdrowiu. Reszta powinna dążyć do takiej właśnie liczby każdego dnia, lub nawet wyższej. Można np. co tydzień dodawać jedną pompkę i w taki sposób progresować do 50 w serii. Potem starać się utrzymać już na tym pułapie. Kwestia godziny, miejsca, karnych serii to już sprawa indywidualna, choć akurat ja taki system sobie chwalę i polecam.

30 pompek dziennie to nawyk, który naprawdę nie wymaga wiele, a motywuje nas w prosty sposób do lepszego prowadzenia się. Jeśli zaczniemy się obijać, za bardzo olejemy regenerację to któraś seria może okazać się spalona. O to chodzi, by żyć tak, żeby być w stanie utrzymywać się na tym poziomie. Nie jest to oczywiście jakiś kompleksowy trening dla kogoś chcącego zbudować dużą ilość masy mięśniowej. Dla kogoś uprawiającego jakiś sport jest to bardziej narzędzie pomiarowe. Jeśli serie idą nam łatwo to wszystko jest w porządku. Jeśli odczuwamy je co raz bardziej to znak, że czas coś lekko w życiu zmodyfikować. Może poprawić odżywianie, może ilość snu, może zredukować czas przebywania w pozycji siedzącej. Pod hasłem „determinowanie do lepszego trybu życia” rozumiem też to, że taki nawyk może być motywatorem do przystąpienia do jakiegoś bardziej złożonego programu treningowego. 30 pompek dziennie to elastyczne narzędzie, w tym tkwi jego genialność. Dla „kanapowców” sam fakt 30 powtórzeń w jednej serii może być inspirujące, jak również jak najdłuższe utrzymanie tego nawyku. 30 pompek dziennie nie wymaga wielu wyrzeczeń, według mnie jedynie ciężka choroba lub kontuzja usprawiedliwia przerwanie tego rytuału. Fajnym „challenge’em” może być po prostu to, jak długo uda nam się ten nawyk kontynuować. Dla sportowców (mniej lub bardziej zaawansowanych) zasada się nie zmienia. Robimy 30 pompek, niezależnie od tego co danego dnia trenujemy. Najlepiej robić to w innej porze niż „trening właściwy”. Dużą zaletą tego nawyku jest na pewno wyważenie. Bo nie musimy być zaawansowanym sportowcem, by być w stanie wcielić go w życie, najwyżej trochę nam to zajmie. Nie burzy on nam też w żaden sposób harmonogramu dnia. Pompki możemy robić gdziekolwiek. Sam wprowadziłem ten rytuał w swoje życie ok. 4 tygodnie temu. Rutynową „trzydziestkę” zdarzało mi się wykonywać już na chodnikach, w lesie, czy dworcu. Niezależnie od tego jaki był mój "trening właściwy" danego dnia. To fajne urozmaicenie, a kolejnym może być zmiana wariantu ćwiczenia. Na np. pompki z nogami wyżej, czy węższym lub szerszym rozstawem rąk.

Przy całej uniwersalności i genialności tego nawyku należy pamiętać oczywiście o poprawnej technice. Lepiej zrobić mniej, a poprawniej niż więcej, a byle jak. Mimo wszystko jest to ćwiczenie bardziej złożone niż wielu osobom się wydaje. Na szczęście po opanowaniu poprawnej techniki (co może zająć do kilku dni) potem wykonujemy już pompki jak z automatu. Nie śpieszmy się jednak i nie traćmy koncentracji. To nie ma być radosne zginanie ramion, ale 30 rzetelnie wykonanych powtórzeń, ze szczególnym zwróceniem uwagi na:

·         Spięcie brzucha oraz pośladków (bez załamywania odcinka lędźwiowego)
·         Utrzymanie odpowiedniej pozycji szyji (w linii kręgosłupa)
·         Nie oddalanie łokci zbyt daleko od tułowia (optymalnie w kącie ok. 45 stopni)
·         Odpowiednią praca łopatek (ściągnięcie ich do tyłu i w dół)
·         Kontrolę oddechu (wdech przez zejściu, wydech przy prostowaniu ramion)


Na koniec jeszcze bardzo fajna pomoc w formie video. Autorem instruktażu jest Adrian Hoffman z kanału Zapytaj Trenera.



30 pompek dziennie może naprawdę polepszyć jakość Twojego życia. Spróbuj i nie zrażaj się początkowymi trudnościami. To naprawdę nie kosztuje wiele, a korzyści są niepodważalne.