środa, 25 października 2017

Pojęcie diety, moje podejście do odżywiania osoby aktywnej


W dzisiejszych czasach, wobec zataczającej co raz szersze kręgi mody „na bycie fit” spotykamy się także z zalewem nowych dietetyków – mniej lub bardziej kumatych. Co raz częściej słyszy się też hasła, że dieta jest najważniejsza, i że trzeba ją trzymać, by aktywność fizyczna miała jakikolwiek sens. Nie neguję tego twierdzenia, ale pochylę się nieco nad interpretacją terminu „trzymanie diety”. Przedstawię też moje podejście do tego zagadnienia i wyjaśnię kiedy zastosowanie precyzyjnie dobranego planu żywieniowego ma sens, a kiedy… niekoniecznie.

Na początku ustalmy sobie, co tak właściwie oznacza termin „dieta”? Otóż dieta jest po prostu sposobem żywienia danego człowieka. Tak więc - „na diecie” jest każdy. Rzecz ma się w tym jak ta dieta w konkretnym przypadku wygląda – jakiego rodzaju produkty spożywamy, w jakich porach i w jakiej ilości. Jeśli  chodzi o liczby to dieta może być doprecyzowana w większym lub mniejszym stopniu.

Czasem da się zasłyszeć, jakim to ktoś nie jest kozakiem z powodu takiego iż „trzyma dietę” i ma wszystko szczegółowo dopięte. Ok, nawet jeśli ktoś skrupulatnie trzyma się planu żywieniowego, w którym ma dokładnie wyliczone kalorie, makro- i mikroskładniki to nie znaczy, że posiada pełną kontrolę nad działaniem swojej diety. Do czego zmierzam? Do tego, że człowiek nie jest maszyną, komputerem. Z tego też powodu NIGDY nie obliczymy dokładnie naszego dziennego zapotrzebowania energetycznego oraz na poszczególne składniki żywieniowe. Takie rzeczywiste zapotrzebowanie jest rzeczą bardzo chwiejną i zależną od ogroma czynników, często takich które w ogóle nie są brane pod uwagę przez dietetyków. Nie ma się co jednak dziwić, gdyż byłoby to zadanie praktycznie nie do zrealizowania. Taki precyzyjny plan może być pozorną kontrolą, czymś dobrym dla naszej psychiki, jednak nigdy to nie będzie pełna kontrola w rzeczywistości. Czy uważam zatem, że dążenie do jak najbardziej precyzyjnego „wyliczania” diet nie ma sensu? Nie. Ma to swoje uzasadnienie w kilku przypadkach, które wyróżniam poniżej:

Jesteś zawodnikiem sportów sylwetkowych – oczywiście nie mam tu na myśli chodzenia na siłownię 2-3x w tygodniu, w celu polepszenia swojego samopoczucia – a już tym bardziej jeśli Twoja wizyta składa się głównie z ćwiczeń aerobowych. W przypadku dyscyplin, gdzie wyznacznikiem sukcesu jest sylwetka, jak największa kontrola żywieniowa jest w pełni uzasadniona, to oczywiste.

Jesteś zawodowcem w innej dyscyplinie – na pewnym poziomie sportowym o końcowym sukcesie często decydują detale. Takimi detalami mogą być np. kwestie dotyczące ilości spożytych węglowodanów, czy czasu spożycia ich w okresie okołowysiłkowym.

Zaczynasz przygodę z siłownią/sportem i jesteś „zielony” – osoby początkujące często nie mają pojęcia ile tak właściwie jedzą, a ile powinny jeść, by ich cele treningowe były możliwe do zrealizowania. Pewne podstawy żywieniowe zawsze warto znać – nawet jeśli nie mamy sztywnego planu żywieniowego. Rozpisanie diety na start ma tutaj spory walor edukacyjny. Taka „zielona” osoba zyska dzięki temu świadomość na temat przybliżonego zapotrzebowania energetycznego, orientacyjnej podaży makroskładników i ich proporcji w rozsądnej diecie. Warto też mieć jakiekolwiek pojęcie na temat kaloryczności poszczególnych produktów spożywczych. Znacznie ułatwi to dobór oraz objętość posiłków w przyszłości.

Po prostu lubisz to robić, masz ku temu możliwość i dobrze się z tym czujesz – Tu chyba nie trzeba nic wyjaśniać. Jeśli dysponujesz taką możliwością, a ważenie każdego produktu i wyliczanie kalorii jest dla Ciebie przyjemnością, to nie ma przecież żadnego problemu, abyś to robił. U niektórych może to być aspekt, który ma duży wpływ na samopoczucie. Może to dawać poczucie kontroli, którego niektórzy potrzebują, by mieć komfort psychiczny.

Słabo znasz swój organizm, a potrzebujesz jak najszybszej poprawy formy – Jeśli przez dłuższy czas byliśmy poza treningiem (np. w okresie roztrenowania, albo rekonwalescencji), to wyczucie przybliżonego zapotrzebowania może być kłopotliwe. Czasem jest tak, że z jakiegoś powodu potrzebujemy jak najszybszego powrotu do formy, ale brak nam punktu zaczepienia jeśli chodzi o sposób żywienia. Wtedy próba jak najdokładniejszego przeanalizowania własnego organizmu pod kątem zapotrzebowania żywieniowego może być zasadna.

Musisz „zrobić” wagę – W niektórych dyscyplinach sportowych zawodnicy mierzą się nie tylko z przeciwnikami, ale i własną masą ciała. Sprawa jest tu o tyle poważna, że sportowców goni czas, a nieosiągnięcie wymaganego limitu może wiązać się z przykrymi konsekwencjami dla zainteresowanego, włączając w to eliminację z udziału w rywalizacji. Kolejna oczywistość.

Jak widać, pomimo mojego punktu widzenia w niektórych przypadkach nacisk na jak najsztywniejszy sposób żywienia jest wskazany. Kiedy w takim razie „trzymanie diety” mógłbyś sobie odpuścić? W przypadku kiedy żadne z powyższych Ciebie nie dotyczy. Jeżeli:

Ø  Masz podstawowe pojęcie (a powinieneś mieć, kiedy trenujesz) o kaloryczności poszczególnych produktów oraz o makroskładnikach i ich mądrym rozdysponowaniu
Ø  Posiadasz już pewien staż treningowy
Ø  Nie jesteś zawodowym sportowcem
Ø  Fakt, że na koniec zaplanowanego cyklu treningowego będziesz mieć 10,3% tkanki tłuszczowej w ciele, a nie 10,0% nie spowoduje u Ciebie załamania nerwowego

… to możesz śmiało odpuścić sobie rygorystyczne plany dietetyczne. W Twoim jak i większości przypadków próba starannego wyliczania diety nie jest konieczna.

Co w takim razie uważam za najistotniejsze przy dopasowywaniu najoptymalniejszego i najpraktyczniejszego sposobu żywienia dla własnej osoby?

Przede wszystkim, obserwuj siebie, obserwuj swój organizm i jego reakcje. Nikt nie powinien poznać i prawdopodobnie nie pozna Twojego ciała niż ty sam. Wiele osób wydaje się nie być, lub nie chcieć być tego świadomym. Uważam, że większość ludzi niedostatecznie dba o swoje zdrowie oraz jakość spożywanego przez siebie pokarmu. Przez lata wykształca się i utrwala nawyki, które mają negatywny wpływ na zdrowie oraz formę „optyczną” (bo to nie zawsze idzie w parze). Zauważyłem, że często dochodzi do swego rodzaju absurdu. Ludzie przez długi czas żyją „byle jak”, niezbyt zwracając uwagę na to w siebie wrzucają, a potem całe swoje zdrowie uzależniają od kilku(nasto) minutowej wizyty u lekarza. Oczywiście, lekarz jest od tego, żeby leczyć, ale jeśli jesteś dorosłą osobą to ostatecznie i tak za swój stan zdrowia odpowiadasz Ty. Przestań więc zrzucać z siebie odpowiedzialność i staraj się żyć tak, by nie dawać lekarzom pretekstu do tego by ich interwencja była konieczna. Mam tu oczywiście na myśli przede wszystkim tzw. choroby cywilizacyjne (często da się im zapobiec) oraz inne schorzenia wynikające z nieodpowiedniego trybu życia oraz sposobu żywienia.

Lekarze kwestii żywienia najczęściej w ogóle nie poruszają, a jest to przecież aspekt niezwykle istotny dla naszego stanu zdrowia. Do tego dodajmy fakt, że takich pacjentów jak Ty mają setki. Indywidualne podejście do pacjenta w zasadzie nie istnieje, choć możesz uważać że opieka lekarska jest w naszym kraju kompleksowa : ) Ja tak nie uważam i nie chodzi mi tu nawet o jechanie po lekarzach (choć z nimi też różnie bywa), ale zwrócenie uwagi na to że system opieki zdrowotnej nigdy nie zagwarantuje Ci zdrowia i tzw. holistycznego podejścia do Twojego przypadku. Może ciut „odleciałem” od tematu, ale naszła mnie taka refleksja, więc się nią podzieliłem. Przejdźmy do meritum, a w zasadzie już podsumowania.

W większości przypadków osób trenujących „trzymanie” precyzyjnie wyliczonej diety nie jest konieczne, a może przynieść nawet negatywne skutki, np. w postaci napięcia psychicznego lub podłamania w wypadku odejścia od sztywno ustalonego planu. Kluczem jest uważna obserwacja swojego organizmu oraz odpowiednie reagowanie na zauważane symptomy. Co konkretniej rozumiem przez obserwację organizmu? Zwracanie uwagi jak reagujemy na określone produkty, co nam służy, a co nie. Istotną kwestią może być regularnie ważenie się i dobieranie objętości diety w zależności od naszych celów i aktualnego stanu. Co do wyboru produktów to oczywiście priorytetem jest spożywanie pokarmów jak najmniej przetworzonych, choć nie popadajmy w paranoję. Jeśli jesteśmy osobami aktywnymi fizycznie to jakiś „cheat” raz na jakiś czas absolutnie nam nie zaszkodzi. Może być za to bardzo pomocny dla naszego samopoczucia, a to jedna z najważniejszych jeśli nie najważniejsza składowa naszego zdrowia. Gdzieś kiedyś usłyszałem teorię, że dietę/zapotrzebowanie kaloryczne wylicza się tylko raz – na początku przygody z aktywnością (lub później jeśli nigdy tego nie zrobiłeś/-aś). Potem dokonujemy już tylko pewnych korekt, w zależności od tego jakie efekty przynosi nam aktualny stan żywienia. Myślę, że jest w tym sporo zasadności. Wraz z rozwojem świadomości i wiedzy nt. odżywiania (konsultacja z ogarniętym doradcą żywieniowym może ten proces znacznie przyspieszyć) rozpisywanie sztywnego planu dietetycznego przestanie być nam potrzebne. Będziemy bazować na naszych odczuciach, a to najlepszy wyznacznik tego czego potrzebuje nasze ciało. Jestem zwolennikiem takiego właśnie podejścia.



niedziela, 8 października 2017

Dieta sportowców wytrzymałościowych. Odżywianie i suplementacja - recenzja



Jakiś czas temu, kiedy przeglądałem ofertę internetowej księgarni moją uwagę zwróciła pozycja pt. „Dieta sportowców wytrzymałościowych. Odżywianie i suplementacja”. To jej będzie dotyczyć dzisiejszy wpis.

To co zwróciło moją uwagę to fakt, że o wydaniu tej pozycji w naszym kraju było bardzo cicho. Po dość gruntownym przeczytaniu jej postanowiłem ocenić tytuł na najpopularniejszym „książkowym” portalu w internecie, czyli na lubimyczytac.pl. Ku mojemu zdziwieniu – wyszukiwarka zupełnie nie wiedziała o co mi chodzi. Zarówno jeśli chodzi o tę konkretną pozycję, jak i autorkę tej książki. Ostatecznie sam wzbogaciłem największy katalog książek o obiekt dzisiejszej recenzji. Moje zdziwienie opierało się natomiast głównie na tym, że jest to pozycja w pewnym sensie unikatowa na polskim rynku wydawniczym. Jak dotychczas ciężko było znaleźć jakikolwiek, inny tytuł o analogicznej tematyce i wydany w polskim języku.

Czy uważam zatem, że jest to pozycja obowiązkowa? Niekoniecznie, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę samą grupę „wytrzymałościowców”. Niemniej nie jest to na pewno książka zła. Przechodząc do rzeczy.

Pierwsza część omawianego tytułu to rozdział dotyczący podstaw odżywiania, z naciskiem na kontekst aktywności o charakterze wytrzymałościowym. Mamy tu więc opis makro- i mikro- składników diety, wyróżnienie najpopularniejszych środków odżywczych oraz podstawy fizjologii. Tak jak należy. Część druga to przejście do bardziej praktycznych wskazówek i rad dotyczących projektowania diety sportowca. Mamy tu nakierowanie na rodzaj produktów wartych uwagi, dostosowanie systemu żywienia do danych okresów, czy porady odnośnie zwiększenia ilości tkanki mięśniowej. Znalazło się tu też miejsce na skromny rozdział dotyczący środków ergogenicznych, czyli suplementów. Sugerując się tytułem, liczyłem jednak na znacznie więcej treści dotyczących tego tematu. Cała książka jest dość gruba (przeszło 400 stronic), a na opis wspomnianych środków ergogenicznych przeznaczono ledwie 30 stron. Tutaj ewidentnie widać, że autorka nie jest zwolenniczką sięgania po suplementy i potraktowała temat „po macoszemu”. Ma do tego pełne prawo, jednak w takim wypadku można by jednak pomyśleć nad korektą tytułu książki. Przejdźmy dalej. Część III to wskazówki żywieniowe pod kątem konkretnych dyscyplin. Mamy tu przedstawione schematy żywieniowe dla dyscyplin takich jak triatlon, bieganie, pływanie oraz kolarstwo. Pokrótce opisano też mniej znane sporty, będące pochodną tych dyscyplin. Można powiedzieć, że książka ma konkretnych adresatów. Część IV dotyczy specjalnych względów żywieniowych, tj. diety w obliczu niektórych jednostek chorobowych, lub stanów organizmu wynikających z dojrzewania, czy ciąży. Przydatne rzeczy, ten rozdział przypadł mi do gustu chyba najbardziej. Na końcu książki znajdziemy także „dodatki”, czyli tabele z indeksem glikemicznym, spisy substancji, przykłady posiłków. Zrobione jak należy, chociaż nic rewolucyjnego tam nie znajdziemy.

Ostatnie zdanie jest kluczowe w kwestii ogólnej oceny „Diety dla sportowców wytrzymałościowych”. Książka zawiera zbiór dość podstawowych informacji na omawiany temat. Myślę, że wyjadacze sportu, z „Iron man’ami” , czy maratonami na koncie za wiele nowych, praktycznych rzeczy się nie dowiedzą. O wiele więcej wyciągną z tej lektury początkujący i to przede wszystkim im można by zadedykować ten tytuł. Tytuł, który jest napisany poprawnie oraz uwzględnia sporo istotnych, lecz podstawowych rzeczy. Często wskazówki mają tu postać typu: „nie czekaj aż będziesz odczuwał pragnienie, odpowiednio nawodnij się przed wysiłkiem”, lub „ważniejsza od suplementów jest dobrze skomponowana i przemyślana dieta”. Nic złego w tym nie ma, jednak dla większości zainteresowanych będą to po prostu zbędne banaliki. I to banaliki powtarzane po kilkanaście razy. Książkę przewertowałem sumiennie, bo taki mam zwyczaj w przypadku pozycji o podobnej tematyce, jednak jej treść można by mocno skrócić, bez powtarzania tych samych rad wielokrotnie. Generalnie główny przekaz tego tytułu można by określić w taki sposób: „Spożywaj odpowiednio dużo węglowodanów, dbaj o zaspokajanie zapasów glikogenu i odpowiednie nawodnienie. Podstawą diety mają być produkty pełnoziarniste.” Właśnie. Tytuł nie ustrzegł się kilku błędów, lub po prostu rażących „szczegółów”. Czytając można odnieść wrażenie, że niektóre z głoszonych przez autorkę teorii to już archaizmy i Amerykanka niesłusznie uznaje je za jedyną słuszną drogę do sukcesu. Mocno zarysowuje się dość „konserwatywne” podejście autorki. Widać też, że Ryan za wszelką cenę stara się nie urazić „wegetarian”, natomiast jest dość mocno uprzedzona do suplementacji w sporcie (która w dzisiejszych czasach, wobec wyrównanej rywalizacji ma co raz większe znaczenie). W oczy raził mnie też przekład polskiego tłumacza. Beztłuszczową masę ciała (Lean Body Mass) określił np. jako „chudą masę ciała” i z takim terminem co rusz spotykamy się w tej lekturze. Pan Piotrek Cieślak niestety się tutaj nie popisał.

„Dieta sportowców wytrzymałościowych. Odżywianie i suplementacja” nie jest mimo wszystko tytułem złym. Jak już wspomniałem, na początku recenzji  - jest to pozycja na polskim rynku unikatowa. Jeśli jakiś początkujący adept sportów wytrzymałościowych zechce zgłębić wiedzę na temat odżywiania, to sięgnięcie po ten tytuł wydaje się oczywiste. Dla kogoś średnio zorientowanego w sportowym żywieniu ta książka okaże się przydatną pomocą. Nie radziłbym jednak traktować zawartych w niej rad niczym biblijnych przykazań. 

czwartek, 5 października 2017

Co tam w boksie? Mały przegląd ostatnich wydarzeń

Dzieje się ostatnio w bokserskim środowisku. Trochę mnie tu nie było, więc przedstawię w skrócie moje opinie na temat ostatnich, głośnych wydarzeń na zawodowych ringach.

Parker – H. Fury, czyli waga ciężka jeszcze niekoniecznie rozkwita

23 września na gali w Manchester Arena miała miejsce walka o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, a zarazem potyczka, o której większe pojęcie mieli jedynie koneserzy boksu… Co najgorsze, ci nie-koneserzy nie mają absolutnie czego żałować. Była to niestety jedna z najnudniejszych walk o światowy czempionat wszechwag w ciągu ostatniej dekady. Emocji mógł nadawać jedynie względnie wyrównany przebieg tej walki. Sam spektakl stał jednak na niskim poziomie. Wystraszony bratanek Tysona Fury’ego swój boks opierał na obskakiwaniu mistrza. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że do tego dochodziły najwyżej 2-3 solidne ciosy w ciągu rundy. Parker był stroną dominującą, ale skuteczność jego ataków również stała na bardzo miernym poziomie. Wygrał tę walkę jedynie większą aktywnością. Absolutny minimalizm, choć wygrana zasłużona. Ci, którzy uważają, że wygrał Fury.. no cóż. Nie dopuśćmy, by boks umożliwiał zostanie mistrzem świata w wadze ciężkiej po 12-rundowej ucieczce i 2-3 pacnięciach na rundę. Pominę już tutaj kwestię „atletyzmu” młodego Fury’ego. Dobrze, że wygrał Parker. Nie da się jednak nie zauważyć, że jego boks się nie rozwija. 3-4 lata temu był uznawany za mega-talent. Od tamtej pory nabrał trochę masy (i to niekoniecznie mięśniowej), a jego umiejętności się nie polepszyły. Jeśli Nowozelandczyk czegoś w swoim treningu nie zmieni, to prawdopodobnie spotka go za jakiś czas brutalna weryfikacja – i to niekoniecznie w pojedynku unifikacyjnym.



WBSS w toku, czyli Dorticos – Kudryashov, Briedis – Perez i Głowacki – Bruzzese

Do kolejnych ciekawych potyczek doszło w 1/8 turnieju World Boxing Super Series, w wadze junior ciężkiej. Pojedynek Dorticosa z Kudryashovem budził chyba największe emocje. I takie też przyniósł. Naprzeciw siebie stanęło dwóch chyba najmocniej bijących pięściarzy w tej dywizji. Mocnych ciosów nie brakowało od samego początku, ale nieco sprytniejszy i szybszy był Kubańczyk. Rosjanin to naprawdę kawał silnego „zwierza”, jednak Dorticos obnażył jego wszystkie słabości – tj. niezbyt dużą szybkość, mało efektywną obronę i otwieranie się przy atakach. Walka zakończyła się w drugiej rundzie, po kontrze Dorticosa z prawej ręki. Dynamika, timing i precyzja Kubańczyka są naprawdę godne podziwu. Jego prawdopodobny pojedynek z Gassievem w półfinale zapowiada się ekscytująco. Tydzień później, w Rydze doszło do walki innego mistrza wagi junior ciężkiej. W ramach kolejnego pojedynku 1/8 finału spotkali się Mairis Briedis oraz największa niewiadoma turnieju – Mike Perez. Faworytem był mistrz świata federacji WBC, czyli Łotysz. Licznie zgromadzonej publiczności chyba jednak nie porwał. Mnie tym bardziej. Walkę wygrał zasłużenie, choć na jego boks ciężko było patrzeć. Po każdym ataku wchodził w klincz i przytrzymywał niższego Kubańczyka. Perez nie mógł za wiele zrobić – głównie za sprawą takich właśnie zagrywek rywala. Walka generalnie bez większej historii i do szybkiego zapomnienia. Przed pojedynkiem wieczoru do ringu wyszedł z kolei nasz rodak, były mistrz w wadze cruiser. Krzysztof Głowacki, pomimo wielu problemów zdrowotnych (jak się potem okazało) skrzyżował w ringu rękawice z mało znanym Włochem – Leonardo Damienem Bruzzese. Niepełna dyspozycja „Główki” nie była tu jednak większym problemem, gdyż przeciwnik okazał się bardzo miernym pięściarzem. Od początku zarysowała się przewaga Polaka, który systematycznie przełamywał. Ostatecznie walka zakończyła się w 5 rundzie, kiedy znacznie słabszy fizycznie Włoch dosłownie padł na kolana. Cóż, martwią trochę te ciągłe urazy Krzyśka. Poniekąd wynika to z jego stylu oraz mocnego ciosu. Oby wykurował się już w pełni do następnej walki, a ta ma się odbyć za kilka miesięcy. Głowacki jako zwycięzca zachowuje status pierwszego rezerwowego w turnieju WBSS.



Co ten Wilder i jego rywale, czyli dalszy ciąg telenoweli

Za miesiąc, 4 listopada miało dojść do chyba najtrudniejszej obrony pasy przez mistrza świata wagi ciężkiej federacji WBC – Deontay’a Wildera. Dwumetrowiec z Alabamy miał podjąć rękawice unikanego w tej wadze Luisa Ortiza. Świetna wiadomość dla fanów boksu, ta potyczka rzeczywiście zapowiadała się bardzo interesująco. Zapowiadała.. bo jednak się nie odbędzie. Po raz trzeci walka Wildera w obronie mistrzowskiego tytułu zostaje odwołana z powodu „wpadki” dopingowej jego rywala. Po raz drugi wpadkę zaliczył rywal, który miał być zdecydowanie najsilniejszym rywalem Wildera w karierze i ostatecznie zweryfikować umiejętności mistrza, który wszystkie obrony zaliczył ze stosunkowo przeciętnymi rywalami. Luis Ortiz wpadł na przyjmowaniu leku na nadciśnienie, który może też służyć jako substancja maskująca po sterydowym cyklu. Jego tłumaczenia wydają się dość mało wiarygodne (rzekomo zapomniał zgłosić przyjmowanie takiego leku do organu antydopingowego). Wiadomo, że federacja WBC najmocniej ze wszystkich walczy z dopingiem, a kontrole przed potyczkami o mistrzostwo świata WBC są chyba najskrupulatniejsze. Przekonali się o tym także Polacy (Wawrzyk, Cieślak, Jeżewski). Z drugiej strony, nie wiem czy nie popadamy ze skrajności w skrajność. Lista środków zakazanych przez WADA dynamicznie się rozszerza, a gdybyśmy przebadali zwykłych ludzi, to nawet wśród nich niejeden zaliczyłby pozytywny wynik w badaniu antydopingowym. Wpaść można nawet na lekach na przeziębienie, nie mówiąc już o śladowych zanieczyszczeniach niektórych suplementów. To jednak temat na osobną, dłuższą dyskusję. Wilder ostatecznie zmierzy się w rewanżu z przeciwnikiem, któremu odebrał mistrzowski pas – Bermane’m Stiverne. Walka na pewno mniej atrakcyjna, choć małego smaczku może dodać fakt, że Stiverne to jedyny przeciwnik, którego Amerykanin nie zdołał w swojej karierze znokautować. Czy uda mu się to tym razem? Mam nadzieję, że tak a potem zobaczymy w końcu Wildera z kimś z realnego top 5 w światowym rankingu królewskiej kategorii…


piątek, 22 września 2017

5 książek o treningu fizycznym - mini recenzje

Dziś dość sporo o książkach. W ostatnim czasie skupiłem się na nadrabianiu pewnych zaległości i przeczytałem m.in. 5 pozycji dotyczących ogólnie pojętego treningu fizycznego (koncepcje książek nieco się różnią). Poniżej moje krótkie recenzje tych tytułów – pokrótce o czym książka konkretnie traktuje, ocena jej treści oraz komu bym daną pozycję mógł zarekomendować, a komu nie.


Trening siłowy, J. Giessling

Tytuł mógłby wskazywać na to, że książka jest swego rodzaju kompendium nt. treningu siłowego, ale rzeczywistość jest nieco inna. Autor skupia się tu w zasadzie na jednej metodzie treningowej, której skuteczność potwierdza pewne badanie. Czy jest ono w pełni wiarygodne? Ciężko powiedzieć, dla autora jest to jedyna, słuszna droga do lepszego zdrowia oraz sylwetki. Mowa tu mianowicie o systemie treningowym nazwanym „HIT-fitness”. Jego stwórcą oraz propagatorem jest oczywiście sam autor. Koncepcja jest taka, by trenować rzadko, intensywnie i stosunkowo krótko. Proponowany, podstawowy program treningowy opiera się na 10 ćwiczeniach, które wykonujemy w jednej serii, jedno po drugim i do bycia jak najbliższym upadku mięśniowego. O ile w tym podejściu da się jeszcze zauważyć jakiś sens, o tyle wybór proponowanych ćwiczeń jest już naprawdę dziwny. Jednym z założeń jest to, by do tego owego upadku mięśniowego doprowadzała nas liczba ok. 10 powtórzeń danego ćwiczenia. W niektórych z nich ciężko jednak stosować jakieś rodzaje progresji i są dość niezrównoważone jeśli chodzi o poziom trudności. Nie rozumiem też wyboru sposobu wykonywania danych ćwiczeń. Zamiast uczyć podstaw klasycznych ćwiczeń siłowych (w końcu nazwa zobowiązuje), Giessling zaleca np. robienie przysiadów, czy martwych ciągów.. z hantlami/sztangielkami. Teraz weź sobie człowieku takie sztangielki, żeby móc z nimi zrobić 10 przysiadów do odcięcia i ułożyć się z nimi w jakiejś mało inwazyjnej anatomicznie pozycji… Nie, dla mnie to się kupy nie trzyma. Jest też parę słów o bardziej zaawansowanych metodach i planach treningowych. Opisywane są m.in. ćwiczenia na różnego rodzaju maszynach. W całej książce nie znajdziemy zaś instrukcji wykonania martwego ciągu, czy przysiadu ze sztangą. Podręcznik treningu siłowego? No nie żartujmy. Nie mówię, że książka jest totalnie beznadziejna. Znajdziemy w niej nieco przydatnych wskazówek, ciekawostek o fizjologii, interpretacji przytoczonych badań, czy opisów powszechnie używanych metod treningowych. Rekomendowanego treningu podstawowego próbowałem sam i czułem się po nim dziwnie, tak jakby jego akcenty na dane części ciała były źle rozłożone (a ma być to trening całego ciała). Początkujący prawdopodobnie krzywdy przez podane ćwiczenia sobie nie zrobią, na rynku jest jednak wiele lepszych pozycji nt. treningu siłowego. Dodam, że książka jest wydana trochę w stylu kolorowych pisemek niższego sortu – dużo obrazków i oczojebnych grafik, niekoniecznie przydatnych.

Moja ocena: 4/10


SealFit. W osiem tygodni do sprawności Komando Fok, M. Divine

Książka reklamowana hasłem „niekonwencjonalny trening siły i charakteru”. Ciężko się z nim nie zgodzić, sugerowane podejście treningowe to naprawdę „hardcore”. Autor to komandor porucznik, były członek legendarnej formacji  komandosów Navy SEAL. Twardo jest od samego początku. Po przeczytaniu pierwszego, krótkiego rozdziału Divine zaleca wykonanie treningu weryfikującego twój poziom kondycji fizycznej. Autor oznajmia, że przed jego ukończeniem nie powinniśmy zawracać sobie głowy całą resztą książki. Ja tę zasadę złamałem, bo nawet nie zamierzałem wcielać treningu Divine’a we własne życie. Byłem natomiast ciekaw całej lektury. Jak wygląda trening metodą „SealFit”? Niektórym być może przyjdzie na myśl skojarzenie z nazwą CrossFIt. I słusznie. SealFit to nic innego jak pewna hybryda CrossFitu. Bazujemy tu głównie na ćwiczeniach crossfitowych, ubrane są one jednak w nieco inną formę. Jak się można domyślać, w książce dominuje klimat militarny. Ma to nawet swój urok. Autor odznacza się surowością, jak na dowódcę wojskowego przystało. Fajnym akcentem są przytaczane anegdoty z działań komandosów. Każda z nich ma być jakąś duchową lekcją. Apropos. W tym tytule nacisk na aspekty mentalne jest potężny. Autor karmi nas motywacyjnymi hasłami i życiowymi sentencjami niczym rasowy, amerykański coach (Divine chyba nim nawet jest). To w połączeniu z wysokim poziomem trudności proponowanych jednostek treningowych ma uczynić nas kimś gotowym do skutecznego pokonywania życiowych przeszkód na wszelkich frontach – niczym komandos. Nie jest to z pewnością książka dla każdego. Rekomendowany trening jest naprawdę wymagający. Autor działa w myśl zasady – złamać kogoś, by potem ulepić go na nowo. Jestem jednak pewny, że większość ludzi po przystąpieniu do takiego programu zostałoby wyłącznie złamanych ;) Nie jest to pozycja dla początkujących, za dużo tutaj na starcie ćwiczeń „na wariata”. Nie wiem też  czy jest to lektura dla średniozaawansowanych – tacy prawdopodobnie będą preferować inne metody rozwoju tężyzny fizycznej niż zrobienie 1000 pompek. Lektura spodoba się przede wszystkim prawdziwym twardzielom, lubującym się w militarnych klimatach. Do realizacji programu Divine’a trzeba naprawdę dużo zdrowia i jestem pewny, że >90% ludzi, którzy ją zakupili nie byli w stanie zrealizować treningu „SealFit”. To jedna z książek z serii „użyję powszechnie znanych ćwiczeń i sprzedam je jako coś swojego”. Tytuł ogólnie przyzwoity, ale niestety tylko dla wybranej garstki osób.

Moja ocena: 6/10


Encyklopedia undergroundowego treningu siłowo-kondycyjnego, Z. Even-Esch

Kiedy ktoś nazywa swoją książkę encyklopedią to musi być jej naprawdę pewny. Lektura nie ma formy typowej encyklopedii. Pierwsza, obszerna część książki to biografia jej autora, będącego w USA jednym z guru treningu siłowo-kondycyjnego. Jest nawet ciekawa, Even opowiada o czasach swojego dzieciństwa, pierwszych treningach na siłowni, jak i na macie. Pokazuje jak z czasem zmieniało się podejście treningowe na siłowniach i jakie motywy kierowały ludźmi przy podejmowaniu aktywności. Właściwa encyklopedia znajduje się w drugiej części książki. Mamy tam opis przeróżnych, „undergroundowych” ćwiczeń z wykorzystanie masy własnego ciała oraz wszelakich przyrządów (od kamieni i beczek po tradycyjne sztangi). Autor przedstawia też przykładowe plany treningowe, a całość okrasza dobrymi zdjęciami. Książka spełnia swoje zadanie, jest tym czym powinna być pozycja o tej nazwie J Małym minusem jest dla mnie dość radykalne podejście autora. Wiele z ćwiczeń jest dość ryzykownych. Mam tu na myśli ćwiczenia typu skakanie na ławki w parku, czy wyciskanie kamieni nad głowę. Okej, rozumiem koncepcję i klimat pozycji. Znajdziemy w niej zresztą ostrzeżenie informujące o tym, że proponowane metody treningowe nie mają aprobaty naukowego środowiska sportowego. I słusznie, bo wielu nieodpowiednio przygotowanych ludzi mogłoby szybko wyrządzić sobie krzywdę przy próbie wykonania niektórych z przedstawionych ćwiczeń. Niemniej – jest to tytuł w swojej kategorii bardzo dobry, wyczerpujący temat. Dodatkowym plusem jest fakt, że książka została wydana w bardzo estetyczny sposób. Forma okładki, zastosowane grafiki i czcionki – to wszystko naprawdę cieszy oko. Polecam entuzjastom treningów na świeżym powietrzu, z użyciem wszystkiego co znajdą pod ręką.

Moja ocena: 8/10


Siła bez siłki, M. Lauren, J. Clark

Książka dla entuzjastów ćwiczeń z masą własnego ciała, lub też zupełnych początkujących. Koncepcja jest prosta – autor proponuje robienie 4-5 20-30 minutowych treningów tygodniowo. Nie używamy przy tym żadnych, specjalistycznych sprzętów z siłowni. Czasem sięgamy za to po pomoc jakichś przedmiotów codziennego użytku – typu drzwi, krzesła, miotła itp. System treningowy Marka Laurena powstał na potrzeby amerykańskiej armii. Po pamiętnym zamachu 11 września na wieże WTC, postanowiono w szybkim tempie zwiększyć liczebność amerykańskich żołnierzy. System Laurena miał być praktyczny, prosty i szybki w zastosowaniu. Dodam, że autor nie jest jakimś samozwańczym guru fitnessu tylko gościem odpowiedzialnym za przygotowanie fizyczne w amerykańskich, specjalnych jednostkach uderzeniowych. Mamy tu więc pewne podobieństwo do książki o SEALFIT. Lauren podobnie jak Divine ma za sobą bogatą, militarną przeszłość. Ich podejście jest jednak inne. W książce Laurena nie ma tylu górnolotnych słów, usilnej motywacji oraz hardkorowych systemów treningu. Jest mniej nadęcia i mi to odpowiada. Autor skupia się na konkretach i robi to w sposób zwięzły. Jest część dotycząca teorii, nieco o żywieniu. Najważniejsze podstawy, choć z głoszonymi tu teoriami dietetycznymi nie każdy musi się zgodzić. Ta „działka” zmienia się jednak na tyle dynamicznie, że zawsze oba bieguny znajdą argumenty na swoje tezy. Co do treningu – Lauren dzieli ćwiczenia i programy treningowe na 4 poziomy trudności. Treść książki kierowana jest zarówno do żółtodziobów jak i tych bardziej zaawansowanych. Rzeczywiście, najprostszy program jest w zasięgu każdego, zdrowego człowieka. Opisy ćwiczeń są jasne i przejrzyste. Za minus można uznać ustawiczne kierowanie czytelnika do swojej strony internetowej, gdzie ma znaleźć bardziej szczegółowe informacje. Niemniej, jest to lektura warta polecenia. Prosta, konkretna i praktyczna – tak jak proponowany w niej program treningowy.

Moja ocena: 8/10


Ukryta przewaga. Trening mięśni głębokich, T. Danielson, A. Westfahl

Czarny koń dzisiejszych recenzji. Projekt okładki może wskazywać, że jest to pozycja skierowana do kolarzy. Przyda się jednak każdemu. Autorem jest Tom Danielson, który wespół ze swoją trenerką od przygotowania fizycznego zdecydował się wydać poradnik treningowy dla wszystkich, którzy chcieliby wzmocnić swoje ciało w obrębie korpusu (tzw. mięśnie core). Pierwsza część książki to tradycyjnie teoria. Trochę o anatomii, działaniu naszych mięśni i zarysowanie konceptu tej lektury. Przejrzyście, zrozumiale i stosunkowo zwięźle – to lubię. Kolejna część to przejście do opisu ćwiczeń. Mamy tu zarówno ćwiczenia rozciągające jak i te mające wzmocnić poszczególne segmenty naszego ciała (oczywiście z naciskiem na core). Autor podzielił treningi na 5 rodzajów (zapobieganie kontuzjom i ich leczenie, korygowanie wad postawy, trening stabilności i kontroli nad rowerem, trening wytrzymałości oraz optymalny trening wydolnościowy Tommy’ego D.). Oprócz tego podziału, mamy też rozróżnienie na 3 poziom trudności. Mamy tu więc 15 gotowych jednostek treningowych. Są to krótkie, 10-20 minutowe sesje które możemy wplatać w nasze programy treningowe i korzystać z nich wedle naszych aktualnych potrzeb i poziomu zaawansowania. Pożyteczną rzeczą jest objaśnienie przy każdym z ćwiczeń jaki jest jego cel - np. cel „supermanów” to zwiększenie siły i mobilności dolnego odcinka pleców, nauka angażowania mięśni pośladkowych i kulszowo goleniowych podczas prostowania bioder. Wszystko okraszone jest przejrzystymi ilustracjami oraz jasnymi opisami. Dla mnie rewelacja. Książka nie jest za gruba (ok. 200 stron), ale skorzystanie z rad zawartych w niej może przynieść naprawdę sporo korzyści. Praca nad silniejszym i bardziej funkcjonalnym gorsetem mięśniowym to klucz nie tylko do lepszej dyspozycji sportowej, ale i do lepszego zdrowia w ogóle. Większość z nas prowadzi dziś tryb życia, który działanie tych mięśni osłabia i upośledza. Polecam każdemu, na wskazówkach z tej książki można wyłącznie skorzystać!

Moja ocena: 9/10



niedziela, 17 września 2017

Co tam w boksie? Canelo vs. GGG na remis, czyli ciąg dalszy nastąpi


Hitowa walka nie zawiodła. Byliśmy świadkami pokazu boksu na najwyższym, światowym poziomie. Pojedynek „Canelo” z „GGG” zakończył się ostatecznie remisem. Nie kojarzę, by ktoś tak typował rozstrzygnięcie tej rywalizacji, choć przyznam że przed walką przeszedł mi na chwilę przez głowę taki rezultat. Czemu? Bo to najlepsze posunięcie z biznesowego punktu widzenia. I nie tylko biznesowego, bo zyskał także sport.

Kto lepszy?

Opinie na temat przebiegu walki oraz werdyktu są różne. Jedni twierdzą, że Meksykanin został przez sędziów potraktowany wyjątkowo surowo, inni (chyba większość) doszukują się kolejnego „wałka” na jego korzyść. Punktację 118-110 dla Canelo potraktuję jako gorszy dzień sędziny Adelaide Byrd i nie będę ciągnął tego tematu. Osobiście staję pomiędzy tymi obozami i uważam werdykt za sprawiedliwy. Myślę, że przyznanie wygranej jednemu, lub drugiemu byłoby mocno krzywdzące dla drugiej strony. Canelo zaimponował mi jednak nieco bardziej – pomimo, że od lat jestem fanem Kazacha. Absolutnie nie potwierdziły się opinie jakoby sztab Golovkina postawił w tej walce na szybkość, a przynajmniej nie było tego widać. Dla mnie był to najwolniejszy GGG jakiego widziałem, niestety już nieco nadgryziony zębem czasu. Polecam zerknąć na którąś z walk Kazacha sprzed kilku lat, dla mnie różnica jest zauważalna. Inna sprawa, że być szybkim na tle Meksykanina to nie lada wyzwanie. Canelo może nie zasypywał gradem ciosów, ale jego przyspieszenia i kontry były imponujące. Taki już zresztą jego styl. Statystyki ciosów przemawiają za Golovkinem, zadał on w całej walce blisko 50 celnych ciosów więcej. Spora różnica, która dokumentuje większą aktywność Kazacha. GGG był aktywniejszy, ale skuteczność i precyzja minimalnie po stronie Canelo. Być może nieco inaczej patrzyłbym na przebieg walki, gdyby Golovkin był przed nią „underdogiem”. Może wtedy uważałbym, że został potraktowany przez sędziów nieuczciwe? Oczekiwania względem niepokonanego w 18 obronach mistrza były jednak duże.


O postawie obu

Podsumowując postawę obu w tej walce. Canelo? Dobra praca nóg (spora poprawa w tym elemencie), świetny timing i bardzo dobra obrona – widać, że „Cynamon” ciągle się rozwija. Meksykanin potwierdził również, że posiada betonową szczękę. Wielu z pięściarzy zostałoby naruszonych po którymś z ciosów, które wyprowadził Kazach. Z pewnością na korzyść Canelo działa tu w dużym stopniu jego potężna (jak na tę wagę) budowa. GGG? W sumie nie zaprezentował niczego, czego do tej pory w jego wykonaniu nie widzieliśmy. Nie oznacza to, że zaprezentował się źle. Był aktywny, wywierał presję i kilka razy porządnie trafił rywala. Jego hart ducha w tej walce był nieprzeciętny. Niestety boksersko Golovkin nie rozwija się już od jakiegoś czasu, osobiście widzę tu nawet lekki regres. Ciężko wygrać z upływającym czasem, wszak Kazach ma już 35 lat. Z drugiej strony – mam wrażenie, że wraz z kolejnymi walkami GGG zaczął zbyt mocno opierać swój boks na atucie w postaci mocnego ciosu.

Wnioski i perspektywy na rewanż

Zaraz po końcowym werdykcie podniósł się temat rewanżu. Wydaje się, że słusznie. Chętnie to zobaczymy, ja jednak mam pewną wątpliwość. 27-letni Canelo wciąż robi postępy. Walka przeciwko komuś takiemu jak GGG to zresztą świetna determinacja ku temu. 35-letni GGG lepszy już niestety nie będzie. Momentami kuł mnie w oczy nienajlepszy refleks Kazacha i dość seryjnie przestrzeliwanie prawą ręką. Uważam, że Golovkin sprzed 3-4 lat wygrałby stosunkowo wyraźnie. Doczekaliśmy się jednak tej walki teraz i na dzień dzisiejszy możliwości obu są podobne. Rewanż mimo wszystko chętnie obejrzę. Jak mógłby on wyglądać i co obaj powinni ewentualnie zmienić? Canelo ciężko coś zarzucić, zawalczył naprawdę świetnie. Jedyne nad czym mógłby popracować bardziej to nad większą aktywnością. Z jego stylem będzie to jednak trudne. Boks Canelo bazuje na intensywnych przyspieszeniach uruchamianych co jakiś czas. Takie tempo i intensywność uderzeń ciężko utrzymać przez dłużej niż parę chwil. Kwestia fizjologii. Co mógłby poprawić GGG? Sądzę, że nie do końca jest u niego optymalnie z przygotowaniem fizycznym. Abstrahując już od kwestii wieku – warto spojrzeć tutaj na 2 lata młodszego Miguela Cotto. Pomimo zaawansowanego już jak na boksera tej kategorii wieku, wygląda pod względem fizycznym naprawdę świeżo. Cotto ma przecież za sobą sporo wojen, a nie widać u niego pod tym względem regresu. Golovkin wizualnie wyglądał dobrze, choć osobiście zwróciłem uwagę przed tą walką na jeden fakt. Patrząc po jego twarzy na konferencjach, ważeniu – wydawał mi się zmęczony. Czy tylko ja odniosłem takie wrażenie? Jest to nieco dziwne w obliczu tego, że Kazach problemów z wagą nigdy przecież nie miał. Nie znam dokładnie procesu treningowego GGG, ale mam wrażenie że trenujący od lat podobnym systemem Kazach potrzebuje nowych bodźców. Może warto byłoby przed rewanżem zaangażować jakiegoś dobrego fachowca od przygotowania fizycznego i odnowy biologicznej? Zmiana podejścia pod tym względem mogłaby być tu pozytywnym impulsem i powiewem świeżości. W elementach technicznych GGG lepszy już nie będzie, grunt to koncentracja i nie wystawianie się zbyt często na kontry. Zwróciłbym zatem uwagę na kwestie zmaksymalizowania potencjału motorycznego oraz regeneracji. Być może ten młodszy, nieco „luźniejszy” Golovkin rzeczywiście bił nieco mocniej niż ten dzisiejszy, sprawiający wrażenie dość mocno spiętego przy wyprowadzaniu ciosów?



Słowem podsumowania

Nie ma co psioczyć. Obaj pokazali się bardzo dobrze i zafundowali nam niezapomniane widowisko. Obaj pokazali też, że nieprzypadkowo są mistrzami. Wracając jeszcze do werdyktu i korzyści płynących z niego. Canelo był rozczarowany, ale to rozstrzygnięcie przyniesie mu prawdopodobnie więcej pożytku niż ewentualna wygrana. Zastanówmy się, co by było, gdyby zwycięstwo zostało przyznane Meksykaninowi? Na pewno nie wpłynęłoby to pozytywnie na jego wizerunek, przynajmniej wśród tych bardziej kumatych kibiców. Jeszcze mocniej przylgnęłaby do niego łatka „tego, którego wspierają sędziowie”. Tymczasem teraz Canelo jest chwalony za dobrą postawę, bo wyjątkowo werdykt nie był aż tak dla niego sprzyjający. Kolejna rzecz, która miałaby miejsce, gdyby wygrał Alvarez. Finansowo nie miałby wielkich opcji. Myślę, że z Saundersem, posiadaczem pasa WBA uporałby się stosunkowo łatwo. Anglik w dodatku nie posiada zbyt atrakcyjnego medialnie nazwiska. Większym zagrożeniem sportowym byłby Jacobs – ale tu znów finanse byłyby nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku rewanżu z Golovkinem. Nie ma natomiast wątpliwości, że rewanż po takim werdykcie będzie cieszył się równie dużym zainteresowaniem co pierwsza walka (może i większym, kto wie?). Gdyby wygrał GGG - musiałby przystąpić do rewanżu z uwagi na klauzulę zawartą w kontrakcie. W tym wypadku marka Canelo poważnie by jednak ucierpiała i walka mogłaby się już tak dobrze nie sprzedać. Dodatkowym profitem dla Meksykanina jest zdobywanie doświadczenia w pojedynku z takim mistrzem jak Kazach. Nie można wykluczyć, że Canelo będzie jeszcze w przyszłości niepokonany przez wiele lat, m.in. dzięki właśnie takim doświadczeniom. Jeśli Golden Boy Promotions w jakiś sposób maczali palce przy werdykcie tej walki to trzeba przyznać, że wymyśili to naprawdę cwanie. Kibice nie mogą jednak narzekać, czeka ich prawdopodobnie kolejna wielka uczta. Sporo zyskali także bukmacherzy, wszak niewielu typowało tu remis. Mamy tu więc praktycznie samych zwycięzców – no może prócz tych co sami stawiali pieniądze na jednego, bądź drugiego ;)



Z innych aren

Warto odnotować też rezultaty paru innych sobotnich walk z międzynarodowych ringów. Turniej World Boxing Super Series w wadze super średniej zainaugurowali Erik Skoglund (26-1, 12 KO) oraz Callum Smith (23-0, 17 KO). Zgodnie z oczekiwaniami lepszy okazał się ten drugi. Wypunktował rywala na pełnym dystansie, choć mnie osobiście nie zachwycił (oglądałem większość walki). Tej samej nocy mogliśmy być też świadkami innej potyczki o pas mistrzowski wagi średniej (WBO) – jedyny którego brakowało w stawce walki Canelo vs. GGG. Billy Joe Saunders (25-0, 12 KO) zmierzył się z Amerykaninem, Willy’m Monroe Juniorem  (21-3, 6 KO). Po nudnej walce zwyciężył obrońca pasa. To niewątpliwie najsłabszy mistrz w tej dywizji. Odnotować można także kolejne wygrane perspektywicznych Brytyjczyków – ciężkiego Daniela Dubois (5-0, 5 KO) oraz półciężkiego Anthony’ego Yarde (13-0, 12 KO).

piątek, 15 września 2017

Canelo vs. GGG - zapowiedź


To już za parę chwil. W nocy, z soboty na niedzielę (ok. godziny 5:00 - transmisja w Polsacie Sport) odbędzie się jak dla mnie – najbardziej oczekiwana walka tego roku. Saul „Canelo” Alvarez 49-1-1 (34 KO) podejmie na gali w Las Vegas Giennadija „GGG” Golovkina 37-0 (33 KO). W stawce tej walki znajdą się aż 4 pasy mistrzowskie wagi średniej. Na ten pojedynek czekaliśmy tak naprawdę kilka lat. W końcu obóz Meksykanina podjął rękawice, za co należy im się szacunek. Bez zbędnego owijania w bawełnę, przystępuję do małej analizy/zapowiedzi jutrzejszej walki. Tekst podzielę na analizę tej rywalizacji w kilku aspektach (tak jak zrobiłem to w przypadku pamiętnej batalii Joshua – Kliczko). Zapraszam do lektury.

Doświadczenie/kariera

Jeśli rzucimy okiem na karierę amatorską, to zauważymy że w zasadzie nie ma tu czego porównywać. Alvarez jej praktycznie nie miał, podczas gdy GGG to srebrny medalista olimpijski, a przed przejściem na zawodostwo stoczył ponad 350 walk (oczywiście zdecydowaną większość wygrał). Spójrzmy jednak na całokształt i karierę zawodową. Canelo, pomimo wciąż stosunkowo młodego wieku (27 lat) osiągnął już naprawdę wiele i wiele także widział. Rudowłosy Meksykanin karierę zawodową rozpoczął w wieku… 15 lat, co już samo w sobie jest ewenementem i dowodem na nieprzeciętny talent „Canelo”. Jeśli weźmiemy pod lupę sam etap kariery zawodowej to nie można powiedzieć, że 35-letni już Kazach jest zawodnikiem bardziej doświadczonym. Wielu twierdzi również, że Alvarez ma w swoim bilansie potyczki z lepszymi zawodnikami. Czy rzeczywiście? Być może. Daleki jestem jednak od twierdzenia, że „GGG” walczył głównie z przeciętnymi rywalami. Przed walkami Golovkina z Murray’em, Geale’m, Macklinem, Lemieux, Jacobsem, czy nawet… Proksą mówiło się, że są to rywale którzy mogą sprawić pewne problemy Kazachowi i po walce będziemy mądrzejsi - co do klasy „Triple G”. Golovkin wszystkich ich rozbił (no z wyjątkiem Jacobsa), a potem nagle ci przeciwnicy stali się przeciętnymi bokserami w oczach wielu kibiców. GGG po prostu „zmiatał” tych, którzy stanęli mu na drodze, aż do ostatniej walki. Uważam też, że zmiótłby każdego z pokonanych rywali Alvareza, nawet jeśli nazwiska przeciwników Meksykanina były nieco bardziej medialne. Niemniej nie ujmuję nic Canelo. Mierzył się z naprawę klasowymi rywalami i pomimo młodego wieku jest już pięściarzem bardzo doświadczonym. Zaznał już także smaku porażki (w 2013 roku, z Floydem Maywatherem), ale od tamtego czasu poczynił spore postępy.



Ostatnie walki

Jeśli spojrzeć tylko na ostatni pojedynek obu pięściarzy, to obaj wypadli w nich jak na siebie – stosunkowo przeciętnie. Nikt tu jednak nie ma wątpliwości co do rzeczywistej klasy tych mistrzów i rangi jutrzejszego wydarzenia. Canelo wypunktował Chaveza jr, zaś Golovkin Jacobsa. Forma Chaveza jr, a Jacobsa w tych walkach to jednak przeciwległe bieguny. Pojedynek Alvareza z Chavezem był farsą – głównie za sprawą beznadziejnej dyspozycji syna legendy. Mimo tego Canelo nie potrafił rywala poważniej naruszyć. Trzeba jednak przyznać, że Chavez jr walczył w sposób bojaźliwy i bardzo dla siebie bezpieczny. Wydawało się, że jego jedynym celem w tej walce jest dotrwanie do ostatniego gongu. Daniel Jacobs stoczył natomiast walkę życia i pokazał jak mocnym jest pięściarzem. Jestem zdania, że Jacobs w takiej dyspozycji miałby duże szanse na zwycięstwo z Alvarezem (lepsze warunki fizyczne i praca nóg). Golovkin tak dysponowanego Chaveza jr by zmasakrował – tu nie mam żadnych wątpliwości. Żeby nie było – dostrzegam w postawie Kazacha jakiś mały regres, głównie szybkościowy. Wiek jest jednak nieubłagany. Przeglądałem ostatnio archiwalne walki Golovkina i rzuciła mi się w oczy nieco większa swoboda ruchów i szybkość, kiedy GGG był młodszy. Spora ilość ciosów przejęta od Jacobsa i wcześniej Brooka nie do końca chyba jest przypadkiem (abstrahując od wysokiej klasy tych rywali). Nie będę jednak psioczył, Golovkin to wciąż wielki zawodnik, a jego głównymi atutami od zawsze była siła ciosu, precyzja oraz ringowa agresja. Alvarez przed przyzwoitym występem z Chavezem zanotował 2 znakomite walki (Liam Smith, Amir Khan). Golovkin przed Jacobsem przejechał się po Dominicku Wade, a następnie zastopował po 5-rundowej wojnie w wspomnianego już Brooka. Lekki regres GGG? Może delikatny, ale dwaj ostatni rywale świetni. Alvarezowi również nie można zarzucić zbyt wiele.


Umiejętności

Wielu ekspertów (w tym pięściarzy) stawia na Alvareza. Jego przewagi upatruje natomiast w umiejętnościach czysto bokserskich. Ja się z tym nie zgadzam. Owszem, Meksykanin to kontr-bokser, a jego styl jest bardziej stonowany i wyważony. Golovkin to z kolei ofensywna maszyna wojenna – a przynajmniej z takiej strony pokazywał się w większości walk. Chciałbym tu zwrócić uwagę na pewną kwestię. W tej zdecydowanej większości pojedynków Kazach zwyczajnie mógł sobie pozwolić na skrajnie ofensywny styl o prostej koncepcji. Jego przewaga fizyczna była na tyle duża, że nie czuł ze strony rywali większego zagrożenia. Wyjątkiem jest np. walka z bardzo silnym Lemieux. Kazach nie oddał się w niej radosnej ofensywie (przynajmniej nie w pierwszej fazie) i podszedł do bardzo mocno bijącego rywala z pewnym respektem. Boksował więcej lewym prostym, był ostrożniejszy i bardziej uważny. Do czego zmierzam? Do tego, że nie uważam Golovkina za słabszego technicznie od Alvareza. Warto tu jeszcze raz przypomnieć karierę amatorską Kazacha. W boksie olimpijskim silny cios nie ma aż tak wielkiego znaczenia jak na zawodostwie, tu umiejętności czysto bokserskie są konieczne by sięgać po laury. Golovkin udowodnił tam, że jest znakomitym bokserem, ale na zawodostwie często po prostu nie był zmuszony do tego, by korzystać ze swojego pełnego repertuaru pięściarskiego. Meksykanin to bokser również znakomity. Jego atutami są kombinacje, mocne ciosy na tułów i timing, który mocno w ostatnich latach poprawił. Wiele z walk Canelo wygrywał jednak w dużej mierze z uwagi na przewagę fizyczną nad rywalami. Nie każdy o tym pamięta, ale do pewnego momentu Alvarez był konfrontowany z wyłącznie mniejszymi rywalami. Okej – skoro zbijał do danej wagi to miał prawo w niej walczyć. Z jakiegoś jednak powodu „Cynamon” katował się tym ostrym zbijaniem wagi i pilnowaniem tego, by w ringu mieć koniecznie jak największą przewagę gabarytów. Przyznać trzeba, że w dniu jutrzejszym Meksykanin będzie pozbawiony tej przewagi. Golovkin co prawda nie wydaje się większy i prawdopodobnie nie będzie też w ringu cięższy, ale jego siła „robi robotę”. To może mieć kluczowe znaczenie.



Taktyka

Dało się niedawno usłyszeć wieści, jakoby Kazach na 2-3 tygodnie przed walką był już blisko lub nawet poniżej limitu wagowego. Zwykle dobrze poinformowany Przemysław Garczarczyk zainsynuował tym samym, że czeka nas mała niespodzianka taktyczna. Bazujący do tej pory przede wszystkim na sile fizycznej Kazach prawdopodobnie postanowił wraz ze swoim sztabem postawić w tej walce większy akcent na szybkość. Nie da się ukryć – szybkość będzie miała w tej walce duże znaczenie. Myślę, że 8 lat młodszy Alvarez swoich szans mógłby upatrywać właśnie w tym, w wyprzedzaniu Kazacha. Obóz Kazacha nie jest jednak głupi i najwyraźniej postanowił wytrącić ten atut z rąk Meksykanina. Myślę, że to słuszne posunięcie, zwłaszcza w obliczu tego że w ostatnich walkach szybkość i refleks Golovkina zdawały się momentami zawodzić. Co ciekawe, obóz Canelo również zapowiada stosunkowo niską, ringową wagę Meksykanina. Jak będzie w rzeczywistości i kto kogo przechytrzy? Zobaczymy. Wydaje mi się, że Alvarez powinien swoich szans upatrywać w wyprzedzaniu nacierającego rywala i obijaniu jego tułowia. Optymalną taktyką dla GGG wydaje się natomiast strategia z walki z Lemieux – czyli uważna obrona i rozbijanie rywala przede wszystkim lewym prostym, by potem dobrać mu się ostatecznie do skóry.

Przygotowanie fizyczne

Nie ma wątpliwości, że obaj na swoich obozach treningowych się nie obijali. Obaj są tytanami pracy. Przeczytałem gdzieś nawet sugestię któregoś pięściarza, że Canelo wygląda na nieco przetrenowanego. Ja nic takiego nie zauważyłem, według mnie prezentuje się bardzo dobrze, prawdopodobnie najlepiej w swojej karierze. Jak już zostało wspomniane – ważnym aspektem w przygotowaniu obu zawodników będzie szybkość. Alvarez jest w kwiecie wieku, ma przez swojego promotora (Oscara de la Hoyę) zapewnione najlepsze możliwe warunki do treningu i rozwoju. Golovkin, który tradycyjnie przygotowywał się do walki w Big Bear również nie może na nic narzekać. Jedynym, małym znakiem zapytania w wypadku Kazacha jest wiek. GGG ma już 35 lat i mimo, że zapewne będzie przygotowany jak najlepiej, to jego możliwości będą już powoli spadać. Według niektórych spadły już zauważalnie. Conor McGregor, który widział Kazacha na początku obozu miał nawet stwierdzić, że Golovkin wyglądał na ok. 2 miesiące przed walką z Alvarezem bardzo słabo. Mimo wszystko traktuję te wieści z przymrużeniem oka, tak jak i bokserskie kompetencje Irlandczka w ogóle. Swoją drogą – myślę, że nawet tak „zapuszczony” Golovkin nie dałby przetrwać McGregorowi w ringu jednej rundy ;) Na ostatnio publikowanych zdjęciach Kazach wyglądał naprawdę dobrze. W kwestii dyspozycji fizycznej dużo mądrzejsi będziemy jednak dopiero po walce. Pewne jest, że obaj dali z siebie wszystko przygotowując się do tej batalii.



Głowa/mentalność

Obaj są mocni psychicznie, ciężko szukać u nich jakichkolwiek oznak mentalnej słabości. Sam jestem pewny, że obaj dadzą z siebie wszystko. Ciekawi mnie mimo wszystko jak Alvarez będzie reagował na ciosy Golovkina – coś „wyłapie” na pewno. Co ciekawe – obaj nigdy nie leżeli na deskach, obaj dysponują też na pewno dużą odpornością na ciosy. Meksykanin tak mocne uderzenia przyjmie jednak po raz pierwszy. Niektórzy mogliby stwierdzić, że skaza na psychice Canelo już się pojawiła – w walce z Floydem Mayweatherem jr. . Czy „Cynamon” rzeczywiście nie wytrzymał wtedy presji i przegrał walkę już w szatni? Myślę, że nie. „Money” okazał się po prostu na tamten moment znacznie lepszym bokserem, a Meksykanina ograł przede wszystkim pracą nóg. Reasumując – obaj mają bardzo mocną głowę (w przenośni i dosłownie). To dodaje tej potyczce dodatkowego smaczku, bo każdego z nich złamać będzie bardzo ciężko.

Trenerzy

Canelo jest trenowany przez rodzinny duet – Jose „Chepo” Reynoso oraz jego syna, Eddy’ego. Można powiedzieć, że ulepili oni Alvareza od podstaw (na początku ojciec, potem pałeczkę przejął syn). Ten sztab zna Saula jak nikt inny i z pewnością będzie dla niego taktycznym i mentalnym oparciem. Podobnie jest jednak w przypadku Golovkina i trenującego go Abela Sancheza. Sanchez to z jednej strony na pewno świetny trener, a z drugiej również szczęściarz. Nie każdemu jest dane mieć pod opieką takich „genetyków” jak Gennady Golovkin, czy przyszły rywal „Diablo” – Murat Gassiev. Duet Reynoso zawsze wydawał się stać nieco na uboczu – to gwiazda Alvareza świeci w tym teamie zdecydowanie najbardziej. Wydaje się, że Meksykanin to naprawdę spory indywidualista, a sztab jest dla niego bardziej oparciem, aniżeli kimś ciągnącym za uszy. Bez wątpienia wpływ ma na to silny charakter Alvareza. Sanchez jest bardziej medialny – uwielbia przemawiać, uwielbia chwalić i promieniuje przy tym optymizmem. Jego pewność co do swojego podopiecznego zawsze była niezachwiana i podobnie jest przed tym pojedynkiem. Sanchez przewiduje, że Canelo nie wytrzyma presji GGG i zostanie w końcu zastopowany. Czy trenerzy odegrają tutaj kluczową rolę? Być może, ale myślę, że równie ważne co taktyka będzie tu oparcie mentalne, w obliczu rangi tego wydarzenia.



Sędziowie

Punkt bonusowy, czyli kwestia arbitrażu tej walki J Canelo jest trzymany pod kloszem, nie czarujmy się. Kilka z jego walk (Trout, Lara, Cotto) mogło być wypunktowanych w obie strony, jednak zawsze anioł stróż (De la Hoya) wraz ze swoim zastępem czuwał nad „odpowiednim” werdyktem. Do historii boksu przeszła już też punktacja sędziowska z walki Mayweather jr – Alvarez. Była to tzw. „walka do jednej mordy”, w której ciężko było przyznać młodemu Meksykaninowi więcej niż jedną rundę. Jeden z sędziów, a w zasadzie sędzina widziała natomiast w tej walce remis. :) Niestety nie można wykluczyć, że podobnie może być i tutaj. W przypadku względnie wyrównanej walki i rozstrzygnięcia na pełnym dystansie przewaga jest po stronie Canelo. Golovkin prawdopodobnie musi wygrać ten pojedynek bardzo, bardzo wyraźnie – najlepiej przed czasem. W związku z tym nie spodziewam się wielkiej kalkulacji ze strony Kazacha, prawdopodobnie będzie dążył do złamania Meksykanina. Taki już jest boks, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu i nie przesądzajmy. Poczekajmy jeszcze parę chwil, z nadzieją że sędziowie punktowi nie zostaną głównymi bohaterami tego wydarzenia. Sędzią ringowym będzie z kolei charakterystyczny Kenny Bayless. Myślę, że to dobry wybór. Gość generalnie jest zdecydowany i ma łeb na karku. Sądzę jednak, że za wiele pracy go nie czeka, a sama walka będzie ostra, ale czysta. Zarówno Golovkin, jak i Alvarez nie należą do faularzy i propagatorów brudnych zagrywek, co jest tutaj kolejnym, fajnym akcentem.

Słowo końcowe

Tak naprawdę nie będzie to pierwsza konfrontacja pomiędzy GGG, a Canelo. Obaj krzyżowali już rękawice na jednym sparingu. O tej potyczce chodziły już różne głosy, głównie takie że Alvarez nie radził sobie zbyt dobrze. Warto jednak zaznaczyć, że było to już bardzo dawno, a Meksykanin był jeszcze młokosem. Od tamtego czasu poczynił niewątpliwie spore postępy, zresztą sparing pozostaje tylko sparingiem. Dziś Canelo jest czołowym bokserem, bez podziału na kategorie wagowe. Podobnie jak Golovkin. Ciekawą anegdotę przytoczył na konferencji prasowej trener Gennadija – Abel Sanchez. Wspomniał, że przed paroma dniami Kazachowi urodziło się dziecko. Można by pomyśleć, że taka sytuacja to spore rozstrojenie psychiczne i emocjonalne na chwilę przed tak ważną walką. Czy Golovkin czasem zbyt nie zmięknie przez te wydarzenie? Cytując klasyka - raczej nie. Wróćmy do anegdoty Sancheza. Polecił on, aby jego podopieczny udał się do żony, by być przy narodzinach córki. Kazach jednak z porady nie skorzystał. Odparł, że ma przecież do przeprowadzenia trening, a „dziecko i tak się urodzi”. Brzmi może brutalnie, i być może cała historia Sancheza jest lekko podrasowana, ale mimo wszystko wskazuje to na koncentrację, która towarzyszy „Triple G”. Nie ma wątpliwości, że podobne podejście ma Canelo. Meksykanin wyznał, że nokaut na Golovkinie wizualizuje sobie każdego wieczora, przed udaniem się do snu. Mentalność bohaterów, mistrzowskie pasy na szali, wielka klasa bokserska i nieprzeciętna siła fizyczna. Bardzo dużo do stracenia, jak i zyskania. Ta batalia zdefiniuje kariery GGG i Canelo. To wszystko sprawia, że z pewnością będziemy świadkami wielkiej wojny, która napisze nowy rozdział w historii boksu.

Mój typ: Golovkin wygra przed czasem


niedziela, 10 września 2017

Co tam w boksie? Po gali w Radomiu, czyli Zimnoch wraca na ziemię (dosłownie)


Za nami gala na stadionie w Radomiu. Poniżej kilka moich słów o rozstrzygnięciach walk na tej mocno promowanej imprezie.

Mateusz Tryc – Remigiusz Wóz

Faworytem był Tryc. Naprzeciw niego wystawiono ambitnego, ale dość mocno ograniczonego technicznie reprezentanta „Silesii Boxing”. Od samego początku Tryc próbował zdominować rywala i z każdą mijającą minutą szło mu to co raz lepiej. Z rundy na rundę co raz więcej ciosów było lokowanych na głowie lub korpusie Woza. Koniec nastąpił w rundzie 5, kiedy sędzia zdecydował się poddać Remigiusza po 3 liczeniu. Słuszna decyzja, gdyż „Remi” był już mocno rozbity. Tym samym Tryc dopisał do swojego bilansu 3 wygraną, w 3 zawodowym występie. Jego występ był dobry, choć nie perfekcyjny. Do poprawki na pewno w pewnym stopniu defensywa. Niemniej – myślę, że czas podnieść poprzeczkę Mateuszowi. Osobiście chętnie zobaczyłbym go z innym, niezłym (do niedawna) amatorem – Jordanem Kulińskim.

Przemysław Runowski – Twaha Kiduku

Pierwotnie „Kosiarz” miał się zmierzyć z innym rywalem, jednak na niedługo przed walką doszło do zmiany. Ostatecznie na przeciwnika Przemka anonsowano „Ksiącia z Tanzanii” – Twahę Kiduku. Sądziłem, że taki Afrykanin z doskoku nie zagrozi Runowskiemu w większym stopniu (pomimo niezłego bilansu – 11-1). Okazało się inaczej. Była to jedna z trudniejszych walk „Kosiarza”, w drugiej rundzie był nawet liczony. Co sprawiło największe problemy Polakowi? Styl rywala. Kiduku był „luźny”, szybki, niekonwencjonalny i ruchliwy na nogach. Runowski poczynił pod okiem Łapina spore postępy, lecz wydaje się być trenowany na podobieństwo innych „łapinowskich” zawodników –tj. stabilna pozycja, ekonomiczne poruszanie się i dobre technicznie, dokręcane ciosy. Ta koncepcja ma jednak jeden minus – przysparza problemy, kiedy przychodzi się zmierzyć z zawodnikiem dobrej klasy, a w dodatku lotnym na nogach. Tutaj klasa Runowskiego jeszcze przeważyła, ale może być tak, że „Kosiarz” w końcu trafi na swojego nieuchwytnego tancerza. Tak jak „Diablo” trafił na Drozda, i tak jak „Główka” trafił na Usyka. Kolejnym materiałem do analizy jest obrona Przemka. Na pewno trzeba popracować nad szczelnością gardy i trzymaniem w górze lewej ręki. Na szczęście Runowski to chłopak inteligentny i wierzę, że jeszcze się rozwinie, a ta walka dużo go nauczy. Ma tylko 23 lata, więc wszystko przed nim.


Sergei Werwejko – Nagy Aguilera

Walka, która okazała się niewypałem. Przed walką dochodziły głosy jakim to odważnym posunięciem jest dobór takiego rywala dla Ukraińca. Sam Aguilera miał się dziwić, że jest łączony z rywalem o bilansie 6-1, który wciąż na zawodostwie stawia pierwsze kroki. Bokser z Dominikany miał rzekomo zatrudnić przed walką specjalistę od przygotowania fizycznego, a cały pojedynek miał zakończyć w ciągu 6 minut. Tymczasem Aguilera w ringu nie pokazał nic. Kilka razy próbował skrócić dystans, ale znacznie wyższy Werwejko nie pozwolił mu na dobranie się sobie do skóry. Potem przyjezdny pięściarz zmienił taktykę i postanowił poszukać zwycięstwa w inny sposób. Owszem, Ukrainiec „pacnął” kilka razy rywala w okolice tyłu głowy, aczkolwiek nie był to ciosy destrukcyjne, a na pewno już nie ten kończący walkę. Aguilera po „puknięciu” w okolice karku postanowił upaść na matę i spróbować się w roli aktorskiej. Sędzia nie przyjął tego przedstawienia z entuzjazmem i ogłosił zwycięzcą Werwejkę. Ukrainiec nieco podreperował swoją reputację, a Dominikanin zrobił sobie wycieczkę do Europy, a przy okazji trochę dorobił. Co ciekawe, przyszłość Werwejki w boksie stoi pod znakiem zapytania. Wygrany wyznał po walce, że boks nie jest dla niego dochodowy i myśli nad porzuceniem tej dyscypliny. Jak potoczy się jego kariera? Zobaczymy. Sam jakimś wielkim zwolennikiem talentu Sergieja nie jestem. Dla mnie to trochę taki Wach dla ubogich, bazujący przede wszystkim na warunkach fizycznych. Brakuje mu natomiast odporności Mariusza (co pokazała walka z Nascimento). Życzę mu jednak powodzenia w dalszej karierze. Wobec posuchy w polskiej wadze ciężkiej, mógłby dać na naszym podwórku jeszcze kilka ciekawych walk. Ważny jest jednak w jego przypadku odpowiedni matchmaking.


Albert Sosnowski – Łukasz Różański

Albert znów powrócił na ring. Po co? Okazało się, że na pożegnanie z kibicami, oby już ostateczne. Walka skończyła się w pierwszej rundzie, więc nie ma się co specjalnie rozpisywać. Już pierwszy, celny cios Różańskiego wydawał się podłączyć „Dragona”. Z byłego mistrza Europy nie zostało już dzisiaj nic. To, że Albert ma najlepsze lata za sobą widać już było ewidentnie w jego walce z cieniem (nie te ruchy co kiedyś). Czas już naprawdę zawiesić rękawice na kołku. Zwłaszcza, że Sosnowski to człowiek zaradny, potrafiący zarabiać poza ringiem. Różański zrobił co miał zrobić, choć na pewno żadnym wirtuozem nie jest. Jego sygnalizowane „cepy” mogą okazać się niewystarczające, kiedy przyjdzie mu zmierzyć  się z kimś przyzwoitym, w kwiecie wieku. Różański umie się promować, ale podejrzewam że jego kariera skończy się po walce z kimś typu Wawrzyk, Werwejko, czy powracający Cieślak. Jego atutem jest mocny cios, ale to trochę za mało.

Krzysztof Zimnoch – Joey Abell

Kiedy ogłoszono tę walkę, pomyślałem w pierwszym momencie: „znów dają Zimnochowi kogoś przeciętnego, w wieku 35+”. Ten przeciętniak okazał się jednak przeszkodą nie do przejścia. Mieliśmy powtórkę z pierwszej walki z Mollo. Polak został brutalnie znokautowany w 3 rundzie i trzeba przyznać, że takie rozstrzygnięcie wisiało w radomskim powietrzu od samego początku tej konfrontacji. W sumie, im bliżej było pojedynku tym większe miałem wątpliwości co do Krzysztofa. Abell, mimo że przeciętny boksersko – to jednak kawał silnego zwierza. Myślę, że ktoś o takiej charakterystyce jest dla Zimnocha największym zagrożeniem. Z jednej strony – brawo dla promotora za odwagę. Z drugiej – ten matchmaking był jednak mało udany. Rywal, który nie gwarantuje wielkiego prestiżu w przypadku wygranej, a jednocześnie ktoś kto waży kilkanaście kilogramów więcej i posiada w pięściach potężne argumenty. Zimnoch jak na wagę ciężką jest dość kruchy fizycznie. Ni jak nie można go porównać pod względem atletyzmu do największych w tej kategorii. Podobno przez ostatnie miesiące Zimnoch trenował 2x dziennie i nie miał w głowie niczego innego niż boks. Myślicie, że taki Anthony Joshua, czy Deontay Wilder trenują więcej? Niekoniecznie. Ale na pewno inaczej. Ja wiem, że genetyka ma spore znaczenie. Mimo wszystko – jeśli ktoś trenuje 2x dziennie, jest zawodowcem i wygląda tak jak Krzysztof.. to chyba coś w jego procesie treningowym jest nie tak. To waga ciężka i tężyzna fizyczna jest praktycznie równie ważna co umiejętności czysto bokserskie (ich też Zimnoch nie ma nie wiadomo jak rozwiniętych). Mam wrażenie, że Krzysztof aspekt fizyczny zbyt mocno ignoruje, a zarazem zbyt mocno wierzy w swoją wartość bokserską – tu można by przytoczyć jego buńczuczne obwieszczenia, jakoby był nr 1 wagi ciężkiej w Polsce, czy chciał się zmierzyć z Tomaszem Adamkiem. Zimnoch zapewnił, że wróci silniejszy.. sęk w tym, żeby nieco zmienił tok myślenia i podejście do boksu. Osobiście sądzę, że gdyby podszedł poważnie do diety to mógłby wylądować w wadze cruiser. Zdaje się, że w czasach amatorskich Zimnoch oscylował właśnie blisko takiej wagi. Muskulatury od tamtego czasu za wiele nie przybrał... Reasumując – taka wersja Zimnocha jest bez szans z kimkolwiek ze ścisłej i chyba nawet szerokiej czołówki tej dywizji.


czwartek, 7 września 2017

Po kursie trenera personalnego - relacja

W dniu wczorajszym oficjalnie uzyskałem tytuł trenera personalnego. Podobne plany miałem już od dłuższego czasu, i w końcu udało się je zrealizować. Egzamin zaliczyłem pomyślnie – co wcale nie było formalnością, gdyż część osób go niestety oblała. Miano trenera personalnego zdobywałem podczas tygodniowego kursu w Łodzi. Szkolenie realizowałem poprzez Akademię Mistrzostwa Sportowego, a moimi szkoleniowcami byli Paweł Głuchowski, Marta Sikora oraz Jarosław Skura. Poniżej krótka relacja z kursu oraz moja opinia o nim.

Pierwsze 5 dni kursu to pogadanki oraz demonstracja ćwiczeń z Pawłem Głuchowskim. Bardzo pozytywne zaskoczenie, już od samego początku. Pawła kojarzyłem już wcześniej z aktywności w mediach społecznościowych. Nie, żebym nie miał o nim dobrego zdania.. ale naprawdę zaimponował mi wiedzą i zaangażowaniem w prowadzenie zajęć. Gość ma łeb nie od parady i wiedzę o dietetyce większą niż większość dietetyków, oraz wiedzę o anatomii i biomechanice większą niż większość fizjoterapeutów (bez cienia przesady). Od Pawła nauczyłem się na kursie najwięcej – głównie na tematy związane z techniką ćwiczeń i strategią treningową. Oczywiście – siedząc w temacie od paru lat niektóre rzeczy były dla mnie po prostu przypomnieniem, lub potwierdzeniem nabytej już wiedzy. Niemniej – szczerze polecam szkolenia prowadzone przez Pawła Głuchowskiego, zainteresowani mogą przejrzeć ich ofertę na stronie www.ams.wroclaw.pl (nie, nie jest to wpis sponsorowany). Z pewnością się nie zawiedziecie, a wasze ewentualne pytania zostaną wysłuchane. Dodam, że piszę to jako nie-zwolennik kulturystycznego podejścia do treningu, które Paweł prezentuje.

W weekend pałeczkę przejął duet od treningu funkcjonalnego w postaci Marty Sikory (znanej m.in. z fan page’a „Ze sztangą jej do twarzy”) oraz Jarosława Skury. Formuła zajęć nieco się zmieniła i był to fajny, nowy bodziec po 5-dniach bombardowania wiedzą ze strony Pawła. Nie oznacza to, że poziom kursu spadł. Było po prostu inaczej, a nowością okazały się grupowe treningi, które przeprowadzili nam wykładowcy. Pierwszego dnia mały zajazd na przywitanie, czyli tabata + "crossfitowy", ok. 20-minutowy WOD. Drugiego dnia było nieco lżej i przeprowadzono nam krótką jednostkę treningową z naciskiem na eksplozywność. Co do samych wykładów. Ktoś dla kogo wizyta na siłowni = kulturystyka mógł się poczuć mocno zagubiony. W 2 dni przerobiliśmy bardzo dużo terminów zaczerpniętych z CrossFitu, jak i ogólnie pojętego treningu funkcjonalnego. Z jednej strony – mocny zwrot akcji, z drugiej – odczułem że Paweł dobrze przerobił z nami podstawy fizjologii oraz okołotreningowego przygotowania ciała do wysiłku. Mimo goniącego czasu udało nam się też omówić sporo ćwiczeń, niektóre były dla mnie zupełną nowością (nigdy w CrossFit jako taki się mocniej nie zagłębiałem). Spora dawka wiedzy, w stosunkowo krótkim czasie. Kto nie był skupiony musiał żałować…

Musiał żałować, ponieważ egzamin końcowy w większej części oparty był o pytania związane z treningiem funkcjonalnym. Jeśli ktoś nie był dość uważny ostatniego dnia to prawdopodobnie nie zaliczył egzaminu i trochę takich osób wedle mojej wiedzy było (choć bardziej polegli chyba na zadaniu opisowym z anatomii, aniżeli zamkniętych pytaniach). Taka była pewnie strategia – by maksimum materiału z egzaminu przerobić na końcu, na świeżo. Z jednej strony to dobre, a z drugiej ktoś kto słuchał uważnie przez 6 dni, a ostatniego z jakiegoś powodu się zdekoncentrował – nie miał szans zdać egzaminu. Na szczęście dla mnie – ja nie byłem taką osobą. Taką formułę egzaminu można by uznać za mały minus, ale trzeba przyznać że pytania dotyczyły naprawdę istotnych zagadnień w pracy trenera personalnego (fizjologia wysiłku, metodyka treningowa, anatomia). Fajnie, że Akademia Mistrzostwa Sportowego w jakiś sposób dba o swoją reputację i nie wręcza certyfikatów trenerskich za samo wniesienie opłaty i pojawienie się na szkoleniu. To jeden z czynników, który sprawia że można uznać ten ośrodek szkoleniowy za warty uwagi.

Co mi dał ten kurs i czy mogę polecić go innym? Nauczyłem się dość sporo rzeczy, a pewne przypomniałem. Warto co jakiś czas fundować sobie taki okres skondensowanej weryfikacji własnej wiedzy. Oczywiście nie jest tak, że ktoś kto spędził całe życie na kanapie, tydzień po wstaniu z niej i zrobieniu takowego szkolenia będzie gotowy do pracy trenera. Ale to dotyczy każdego kursu na trenera personalnego. W tej dynamicznie rozwijającej się branży kluczowe jest stałe aktualizowanie i poszerzenie kompetencji. Jest to istotne nawet po zrobieniu najlepszych możliwych kursów. Wiedza przekazana na nich może być za rok już niepełnowartościowa. Choć sam zaliczyłem już 2-cyfrową ilość szkoleń o tematyce treningowej/żywieniowej to mam świadomość, że jest to po prostu koniec pewnego etapu i początek następnego. Dużo się dowiedziałem, ale równie dużo jeszcze przede mną. Z tego kursu jestem bardzo zadowolony (najlepszy w jakim brałem udział) i jeśli ktoś zastanawia się nad zrobieniem podobnego to szczerze mogę polecić Akademię Mistrzostwa Sportowego : ) Dodam, że akademia ta wyszła też z fajną inicjatywą jaką jest „Kurs trenera personalnego PRO”. To rozszerzony kurs trenerski dedykowany tym, którzy chcą jeszcze bardziej pogłębić swoją wiedzę w tym fachu. Pożyteczna i odpowiadająca na potrzeby rynku rzecz. Być może w przyszłości sam się skuszę na udział w takim szkoleniu – pomimo, że „trenera personalnego” traktuję jako pewien etap i uzupełnienie, a docelowo chciałbym się rozwijać szczególnie w temacie przygotowania motorycznego w sporcie.