sobota, 17 lutego 2018

Mniej znaczy więcej

Wpis ten jest niejako uzupełnieniem poprzedniego. Podzielę się w nim moimi inspiracjami, przemyśleniami oraz aktualnymi postanowieniami dotyczącymi podejścia do ogólnie pojętego treningu fizycznego.  

Przed tygodniem brałem udział w 2 poziomie szkolenia z Metodyki treningowej. Prowadzącym szkolenie był Maciej Bielski. To jeden z lepszych specjalistów w naszym kraju, jeśli chodzi o temat przygotowania fizycznego. To zarazem mój autorytet w tej dziedzinie. Jedną z dewiz treningowych Maćka jest tytułowe "mniej znaczy więcej". Podpisuję się pod tą myślą obiema rękami. Na czym to tak naprawdę polega i jak to interpretować? 

Zapewne każdy, lub prawie każdy z "ludzi trenujących" miał do czynienia kiedyś z podobną historią. Niektórzy podobną tendencję przejawiają systematycznie. Chodzi mi o sytuację, kiedy zrodziła się w nas silna motywacja do treningu i osiągnięcia danego celu. Zakładamy wówczas, że będziemy trenować ze wszystkich sił i w jak największym stopniu podporządkujemy życie wybranemu celowi. Wydaje się to logicznym posunięciem, w końcu trening czyni mistrza, a trenować trzeba dużo i ciężko - tak jak najwięksi mistrzowie sportu. Problem polega głównie na tym, że: a) ci mistrzowie mają za sobą szeroki i profesjonalny sztab trenerski i medyczny, b) obserwując ich treningi z boku, czy na urywkach w formie video tracimy z pola widzenia szerszą perspektywę. W punkcie b, chodzi mi mianowicie o to, że to co zazwyczaj widzimy to właśnie fragmenty ukazujące najcięższe i najbardziej widowiskowe elementy treningu sportowych autorytetów. W taki sposób możemy przyjąć nieco zniekształconą perspektywę procesu treningowego. Mniej lub bardziej świadomie. Łatwiej wtedy zapomnieć o fundamentach. Jeśli mowa o zniekształconej perspektywie to można by to zjawisko porównać do dość powszechnego przeceniania sportowej klasy legendarnego Mike'a Tysona. Oczywiście był to pięściarz wybitny i nietuzinkowy. Wielu uważa nawet, że w swoim "prime" absolutnie najlepszy w historii i nie do pokonania. Tu widać jak łatwo może zmanipulować internet, YouTube i tylko powierzchowne zgłębianie tematu. Śmieć twierdzić, że większość tych piejących nad sportową nieskazitelnością "Iron'a" nie widziało żadnej walki Mike'a w całości - no może prócz tych kilkudziesięciosekundowych : ) Urywki z brutalnych nokautów wyglądają wspaniale i łatwo popaść w zachwyt. Jednocześnie wielu zapomina przy okazji (lub nie jest tego w ogóle świadoma), że nie raz ten efektowny nokaut był poprzedzony kilkoma rundami dość wyrównanego pojedynku. Mike w końcu przełamywał rywala swoją fizycznością, jednak z pewnością nie przełamałby w ten sposób każdego (szczególnie atletycznych dwu-metrowców). Do kwestii zapatrzenia w urywki trenujących mistrzów dodam jeszcze jedną myśl, która często nie jest brana pod uwagę. Otóż, nawet mistrzowie często... nie trenują w poprawny i optymalny sposób. I nie chodzi mi tu, żeby coś im odjąć - wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś sięgnął po laury w sporcie, nie ćwicząc najskuteczniejszymi możliwymi metodami, to tym bardziej jest to historia i potencjał sportowy godny podziwu. 

Takie przypadki to jednak ewenementy. Większość z nas jest lata świetlne od sportowych tuzów jeśli chodzi o predyspozycje i ogólną wytrzymałość organizmu do znoszenia obciążeń. To tylko kwestia czasu kiedy "trenując ze wszystkich sił" po prostu się rozsypiemy. Można takie radosne podejście porównać do lotu mitologicznego Ikara. Zwykle im szybciej się wtedy wzbijamy w niebo, tym szybciej spadniemy i  nastanie właściwy czas, by w końcu zmodyfikować swoje podejście. Wielu trenuje jednak "od kontuzji do kontuzji". Jest to zjawisko szczególnie często spotykane w sporcie zawodowym i mimo wszystko nie do końca możliwe do wykluczenia, przy wymogach współczesnej rywalizacji sportowej. Swoje słowa kieruje, jednak przede wszystkim do ludzi trenujących rekreacyjnie, kilka razy tygodniu. Tutaj również kontuzje nie są rzadkością, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy "moda na bycie fit" przybiera co raz większe rozmiary. Za aktywność fizyczną biorą się niejednokrotnie ludzie, którzy od lat nie wykonali jakichkolwiek badań lekarskich, czy tacy którzy 2/3 życia przesiedzieli na kanapie – a na pierwszej wizycie na siłowni chwytają za wolne ciężary.  Motywacja na odpowiednim poziomie jest sprzymierzeńcem, ale często zamiast tego następuje niestety przemotywowanie wynikłe z odbicia się od stanu bezczynności. Mam tu na myśli "entuzjazm świeżaka" - czyli zachłyśnięcie się aktywnym trybem życia, nagła zmiana stylu bycia o 180 stopni, oraz przesadna ambicja w dążeniu do celu. Ten syndrom dotyczy, jednak nie tylko początkujących, ale i bardziej doświadczone osoby - zwykle takie które posiadają dość emocjonalną i impulsywną osobowość. 

Współcześnie ludzie mają tendencję do chwytania się wszystkich nowinek i cudownych, modnych sposobów na poprawę swojej formy. Zapominają przy tym o podstawowych narzędziach jakimi dysponują, które mają pod swoim nosem. Myślę tu przede wszystkim o własnym ciele. Tak, z samym ciałem można wykonać już bardzo dużo ku temu by uczynić nas sprawniejszymi, zdrowszymi i silniejszymi. Często zbyt szybko przestajemy pracować nad świadomością w tej kwestii i pośpiesznie wzbijamy się do lotu, niczym wspomniany Ikar. Potem powtarzające się kontuzje są często nie tyle dziełem przypadku, czy prześladującego pecha, co po prostu efektem zaniedbania fundamentów. Przesadna ambicja to co raz częściej spotykana przeszkoda na drodze do bycia rzeczywiście lepszą wersją samego siebie. Zwolnij, zastanów się, bądź świadomy. Tu chodzi nie tylko o ciało, ale także o psychikę. Przemotywowanie może sprawić, że wypalisz się mentalnie tak samo, jak i fizycznie. Nie mówię oczywiście, by nie trenować ciężko. To często jest niezbędnym komponentem do zaliczenia treningowego progresu. Więcej nie znaczy jednak lepiej.   

Sam od pewnego czasu staram się podejść do tematu w inny sposób. Przede mną jeszcze dużo pracy, ale myślę że kurs został obrany na bardziej odpowiedni efektywniejszy w perspektywie długofalowej. Kiedyś sam trenowałem "od kontuzji do kontuzji". Teraz cofnąłem się o te kilka, wspomnianych w poprzednim poście klas. Na nabranie rozpędu jeszcze przyjdzie czas. Sadzę, że i wielu innym osobom taki zabieg  i zmiana podejścia treningowego wyszłyby na dobre : ) Już niebawem zamieszczę na blogu nieco więcej konkretów i merytoryki. Zdradzę, że szykuję wpis dotyczący odpowiedniego przygotowania do sezonu biegowego. Tymczasem, zamieszczam na koniec kilka myśli podsumowujących niniejszy post, a wyniesionych ze szkoleń z Maciejem Bielskim: 

  • Bądź systematyczny, czas i tak upłynie 
  • Zmęczenie to nie cel treningu, a jego ewentualny efekt uboczny 
  • Oddech to fundament transferu energii i zdrowia 
  • Siła to baza do innych zdolności motorycznych 
  • Mniej znaczy więcej 

wtorek, 6 lutego 2018

Krok w tył

W kręgach związanych z treningiem, rozwojem osobistym, czy też w każdej innej społeczności nie raz powtarza się, jak istotne są nasze nawyki. Powiada się, że to właśnie one mają największy wpływ na sposób naszego codziennego funkcjonowania. Mówi się, że Ci którzy osiągają największe sukcesy to bardzo często tzw. "Zwierzęta nawyku". Tak naprawdę nawyki posiada każdy z nas. Różnica polega na tym, że u jednych przeważają te konstruktywne, a u innych destruktywne. Nie jest to jednak jak "czarne i białe". Często możemy mieć problem, lub nie być świadomi rzeczywistego działania naszych nawyków na zdrowie, poziom satysfakcji i ogólne zadowolenie z życia. Nie raz możemy coś uważać za dobry nawyk, ale w ostatecznym rozrachunku nie wygląda to tak kolorowo. Nie zawsze intuicja jest bezbłędna, a czasem może jest po prostu uśpiona, bo tak nam wygodniej w danym momencie. Łatwo jest wpaść w "trans" i utwierdzać siebie samego, że nasza droga i nawyki, których się trzymamy są najbardziej optymalną drogą do obranego przez nas celu. Problem w tym, że takie dążenie często osłabia naszą czujność. Jest łatwiej, mniej męcząco dla umysłu, ale gdzieś się w tym kursie gubimy i zatracamy. Świadomość naszych rzeczywistych potrzeb zaciera się, a my trwamy w naszych nawykowych rytuałach i nawet nie wiemy kiedy przegapiliśmy moment, kiedy należało dokonać rzetelnej weryfikacji naszych celów i środków jakimi do nich dążymy. 

Dotyczy to rzecz jasna wszystkich życiowych dziedzin. Może to dla wielu banalne, ale warto co jakiś czas zapytać samego siebie: "Dokąd właściwie zmierzam moimi działaniami?", "Kim tak naprawdę jestem, a kim chciałbym być i dlaczego?", "Co mnie tak naprawdę uszczęśliwia?", "Czy podążam za swoimi rzeczywistymi pragnieniami, czy staram się przede wszystkim coś udowodnić innym?", "Co jest dla mnie najważniejsze i co najbardziej cenię u ludzi?", "Jak sobie wyobrażam siebie za kilka lat?". Bądź świadomy i wiedz po co robisz, to co robisz. Jedna z moich ulubionych myśli głosi, że żaden z otrzymanych  przez nas dni już się nigdy nie powtórzy i dlatego powinniśmy wykorzystać go jak najlepiej. Nie działając dla samego działania, ale przeżywać ten dzień prawdziwie, ze znajomością tego co rzeczywiście nas uszczęśliwia i prowadzi do poczucia spełnienia.  

Sam zawsze trzymałem się zasady, żeby nie robić niczego bez celu. Nie potrafiłem np. wyjść po prostu na spacer, bez żadnego konkretnego celu i punktu, do którego muszę po coś dotrzeć (do dziś mam z tym problem). Takie podejście może się jednak okazać zgubne, kiedy zasada ta wymusza na nas kreowanie celu na siłę. Często ten cel jest gwarantem niestety tylko złudnego sukcesu i uszczęśliwienia. Przykładem mogą być ludzie, którzy mają swój wymarzony ideał sylwetki, czy wagę którą za wszelką cenę chcieliby osiągnąć. Choć sprawa wydaje się im słuszna, a satysfakcja z osiągniętego celu nieprzeciętna, to "pomyślna" realizacja tego planu często okazuje się tylko fatamorganą. Cel nie zaspokoił naszego ego (bo o jego nakarmienie tak naprawdę chodziło) i zaczynamy szukać kolejnego. Ok... takie jest życie nie jeden pomyśli. Zdobywasz coś i nie spoczywasz na laurach, tylko działasz dalej. W porządku, ale powinniśmy cieszyć się procesami, w których uczestniczymy i mimo wszystko wartościować osiągnięte sukcesy. Wyciągać z nich lekcje i wnioski, które rzeczywiście uczynią nasze życie lepszym. Ciągła gonitwa za kolejnymi, wyimaginowanymi celami to droga donikąd. Można gromadzić przez lata bogactwo materialne, ale cóż z tego kiedy zapuka do nas śmierć - a ta często "wpada" niespodziewanie. Przytoczyłem mroczną wizję - ale może to być też np. poważna choroba, która uniemożliwi nam wiele działań. Z celem często łatwiej się żyje - ok. Pamiętajmy jednak, że często w praktyce jest tak, że kiedy w końcu nieco przychylniej spojrzymy na nasze odbicie w lustrze, lub wynik na wadze, wcale nie stajemy się kimś lepszym, oświeconym, a nasze życie nie odwraca się o 180 stopni.  

Nie narzucaj na siebie sztucznie zbudowanej presji. Nie szukaj tego co musisz zrobić. Spraw, by bezcelowe stało się celowym. Chodzi mi o to, by zająć się tym co chcemy rzeczywiście robić i sprawia nam satysfakcję. A cel zrodzi się wtedy sam i nie będzie potrzebował naszych odgórnych, sztywnych kryteriów. 

Warto czasem zrobić sobie taką auto-spowiedź i przeanalizować nasze dotychczasowe działania. Nie raz pomocny może okazać się krok w tył, powrót do korzeni. Nadmierna ambicja, czy niecierpliwość nie są dobrymi doradcami, a często sprawiają że tylko krążymy wokół naszego ustalonego celu, ponieważ jego wizja przesłania nam rzeczy fundamentalne. Sam przerabiam teraz okres, w którym z pewnymi rzeczami się cofnąłem. Chciałbym teraz oczyścić umysł i zająć się nimi w bardziej świadomy sposób. Myślę, że w pogoni za czymś "większym" nie poświęciłem wystarczającej uwagi podstawom. Pora przesiąść się do pierwszej ławki i to może nawet szkoły podstawowej. Bo od presji często bardziej wartościowa jest czysta, dziecięca ciekawość. I pozwala zauważyć więcej. Szczególnie pod samą tablicą.  



piątek, 2 lutego 2018

KSIĄŻKA MIESIĄCA, STYCZEŃ: ''Tlenowa przewaga. Trenuj Efektywnie Popraw Wydolność Wzmocnij Zdrowie"



Czas na inaugurację kolejnego, comiesięcznego cyklu : ) Na koniec każdego miesiąca (na początek z lekkim opóźnieniem) będę prezentował książkę, którą uznałem za najciekawszą/najbardziej wartościową w kończącym się miesiącu - nie licząc tych przedstawianych w ramach cyklu "Mózgowa literatura". Tak więc, na książkę miesiąca stycznia, wybrałem tytuł "Tlenowa przewaga. Trenuj Efektywnie Popraw Wydolność Wzmocnij Zdrowie" autorstwa Patrick'a McKeown'a. To książka, do której zakupu przymierzałem się już od dobrych kilku miesięcy, a premiera jej polskiego wydania okazała się dla mnie bardzo miłą niespodzianką. 

Patrick McKeown to postać już dość dobrze mi znana. Kojarzyć go mogą także tłumy śledzące mojego bloga : ) Recenzowałem już na nim bowiem inny utwór tego autora - „Jak oddychać, aby być zdrowym”. Na końcu wpisu zamieszczę do tej recenzji link, jeśli ktoś jest zainteresowany tematem, a owy post przeoczył. Można rzecz, że „Tlenowa przewaga” to bardziej rozbudowana wersja „Jak oddychać, aby być zdrowym”. „Jak oddychać, aby być zdrowym” można uznać za streszczenie obiektu dzisiejszego wpisu. Mamy tam do czynienia z praktycznymi, zwięzłymi wskazówkami, bez zawiłych opisów teoretycznych. „Tlenowa przewaga” to z kolei tytuł, w którym McKeown poruszył też sporo innych kwestii, a temat (nie) poprawnego oddychania jest opisany w szerszym, bardziej holistycznym ujęciu. Momentami odniosłem nawet wrażenie, że omawiana książka została nieco przeciągnięta, a autor w niektórych fragmentach opisywał rzeczy oczywiste, lub przedstawiał coś w znacznie bardziej rozwlekły sposób niż by wystarczyło. Nie uważam tym samym, że „Tlenowa przewaga” to tytuł zły, w końcu nie przypadkiem znalazł się w tym cyklu : ) Te drobne przeciągnięcie to w zasadzie jedyna wada książki, jaką można by znaleźć. Niektórzy mogliby się na upartego przyczepić jeszcze do tendencyjności McKeown’a, który promowane przez siebie metody przedstawia niemal jak odtrutkę na całe zło współczesnego świata i zabrakło jedynie, żeby obwieścił swój program nowym lekarstwem na raka :) No, ale do rzeczy. Przejdźmy do tego o czym właściwie traktuje utwór McKeown’a oraz do zalet „Tlenowej przewagi” - których jest bardzo dużo. Całe podłoże teorii „sprzedawanych” przez Irlandzkiego autora wywodzi się z metod sławnego, rosyjskiego lekarza, Konstantyna Butejki. Wspomniałem już o tym co nieco w recenzji „Jak oddychać, aby być zdrowym”. Pisząc w skrócie – cała koncepcja polega przede wszystkim na tym, by minimalizować ilość wdychanego i wydychanego powietrza, oraz oddychać wyłącznie za pomocą nosaMcKeown uważa, że jest to klucz do wykształcenia prawidłowego sposobu oddychania, a co za tym idzie – poprawy ogólnego stanu zdrowia. Ciężko się z autorem nie zgodzić, a mogę coś o tym powiedzieć, ponieważ testowałem już wskazówki Irlandczyka i rzeczywiście są one skuteczne – pod warunkiem że jest się w ich stosowaniu systematycznym. Ćwiczenia oddechowe oraz odpowiednia „higiena oddechowa” to serce opisywanej książki, ale w odróżnieniu od „Jak oddychać, aby być zdrowym” znajdziemy w niej poglądy i porady autora dotyczące kilku innych kwestii mających niewątpliwy wpływ na fizyczny oraz psychiczny stan człowieka. 

W „Tlenowej przewadze” McKeown dość często odnosi się do sportu, oraz zastosowania swoich technik oddechowych w sportowej rywalizacji. Choć sam nigdy nie był sportowcem, to jak zapewnia – pomógł już niejednemu zawodnikowi w optymalizacji oddechu oraz ogólnej dyspozycji zdrowotnej. I ja mu wierzę. Irlandczyk przedstawił dość sporo historii jego podopiecznych, nie tylko sportowców – ale i „normalnych” ludzi. To dowód na to, że jego metody świetnie sprawdzą się zarówno w kontekście wysiłku fizycznego jak i zwyczajnego, codziennego funkcjonowania. Co ważne i godne uznania, autor poruszył kwestię znaczenia ludzkiej psychiki w dążeniu do poprawy zdrowia. Przeczytamy tu co nieco o sposobach radzenia sobie ze stresem, medytacji oraz treningu uważności – głównie najważniejsze kwestie na te tematy. Znajdziemy tu też sporo opisów zmian fizjologicznych towarzyszących astmie oskrzelowej, czy np. procesowi odchudzania. Irlandczyk poświęcił także kilka słów teorii treningu wysokogórskiego i celowego wprowadzania organizmu sportowca w stan hipoksji tlenowej. Wszystko to czyni „Tlenową przewagę” obszernym podręcznikiem traktującym o poprawie zdrowia oraz wydolności sportowej, przede wszystkim w oparciu o rekomendowane techniki i ćwiczenia oddechowe. 

Przechodząc do krótkiego podsumowania. „Tlenowa przewaga. Trenuj Efektywnie Popraw Wydolność Wzmocnij Zdrowie" autorstwa Patrick'a McKeown'a to świetna książka, która przedstawia naprawdę skuteczne metody poprawy własnego oddychania oraz stanu zdrowia. To tytuł, który mogę z czystym sumieniem polecić każdemu – zarówno zwykłym zjadaczom chleba, jak i zawodowym sportowcom. Sięgnijcie po nią, a na pewno się nie zawiedziecie. Osobiście - często będę do tej książki wracać.  


Link do recenzji książki "Jak oddychać, aby być zdrowym" :