czwartek, 19 kwietnia 2018

O motywacji, cz. 2

Dziś postanowiłem zająć się tematem motywacji i przedstawić kilka moich refleksji na jego temat. O motywacji pisałem już przed rokiem (link do tego wpisu zamieszczę na końcu), ale tym razem podejdę do tego zagadnienia z nieco innej strony. Lato powoli się zbliża i wiele osób (szczególnie tych skupionych na celach sylwetkowych) wykuwa już od jakiegoś czasu swoją formę w pocie czoła. Kto ma podobne plany, ale wciąż nie potrafi się jeszcze do tego zabrać - niech nie przerywa lektury. Być może mój wpis uświadomi mu kilka rzeczy i w końcu zmotywuje do działania. Niezależnie, czy szuka motywacji treningowej, czy jakiejkolwiek innej. 

Hipotetyczna sytuacja: postanowiłeś/-aś w tym roku wziąć udział w publicznym biegu długodystansowym. Do startu pozostało kilka tygodni, ale Tobie wciąż daleko do pokonania planowanego dystansu (nie mówiąc już o jakimś sensownym czasie). Wybrałeś się na jedną z przygotowujących przebieżek. Po 2 kilometrach czujesz, że nie masz sił i najchętniej przerwałbyś bieg - choć to nawet nie półmetek. W sumie to przerywałeś już wiele razy, i nic takiego się przecież nie działo. No poza tym, że znów Ci się nie udało, wróciłeś z ulgą do domu i zacząłeś sam siebie poklepywać (mentalnie) po plecach. W końcu wstałeś i zrobiłeś coś pożytecznego. No, ale zaraz, zaraz... jeszcze nie przerwałeś. Zaczynasz się bić z myślami, bo gdzieś z głębi ducha wkracza do gry ten wojownik, coś co pozwala przetrwać siłą woli w trudnych warunkach i nie ulegać pokusom - coś co u wielu ludzi jest głęboko uśpione. Ogólnie rzecz biorąc,  to od siły przebicia tego wojowniczego impulsu (o ile w ogóle się pojawia) zależy to, czy będziemy w stanie kontynuować wysiłek. 

Z analogiczną sytuacją mierzy(ł) się praktycznie każdy z nas. Czy to w kontekście wysiłku fizycznego, czy w obliczu realizacji jakiegoś innego zadania. Nie ma dwóch identycznych psychologicznie osób, ale mogę zawsze przedstawić własny punkt widzenia i sposób reakcji w podobnej sytuacji. W dziedzinie motywacji dużo mówi się o sile wizualizacji. Ja również jej nie raz używam, ale w podobnym przypadku częściej jest to wizualizacja... negatywna.  Na czym to polega? Prowadzę wtedy wewnętrzny dialog, a w zasadzie bardziej monolog w kierunku tej swojej słabej strony osobowości, która namawia do odpuszczania. Co w tej kwestii jest ważne? Przede wszystkim to, żeby nie identyfikować się i nie utożsamiać całkowicie z tą "odpuszczającą stroną". To nie jesteś Ty. Ty to ten, który przemawia, a więc osoba ganiąca poddawanie się. "Nie chce ci się, czy nie jesteś w stanie zrobić czegoś tak prostego, co wykonało już wielu ludzi? To wypi*rdalaj do domu w tym momencie, zrób to na co masz ochotę. Usiądź, połóż się, włącz sobie coś i zjedz do tego jakiś syf. Wtedy będziesz szczęśliwy, ty nic nie musisz i nic się przecież nie stanie". Tak to mniej więcej wygląda w moim wypadku 🙂 

Może się wydawać, że spełnienie tego sarkastycznie proponowanego scenariusza dla wielu ludzi jest naprawdę przyjemną i uszczęśliwiająca opcją. Według mnie to jednak tylko pozorne i chwilowe szczęście, a takie permanentne odpuszczanie tylko dorzuca cegiełki do muru oddzielającego nas od świata w którym tak naprawdę chcielibyśmy się znaleźć. Takie ulegające osoby często twierdzą i przekonują, że dobrze im tak jak jest... jednakże w głębi ducha noszą i pielęgnują w sobie poczucie niespełnienia i żalu. Ich wizerunek traci na wiarygodności w swoich własnych oczach. Nie można sobie w pełni ufać i polegać na swojej osobie. Żeby mieć motywację do osiągania sukcesów, trzeba mieć też do tego odwagę. Wielu ludzi zwyczajnie jej nie posiada. A czego się konkretnie obawiają? Sądzę, że przede wszystkim tego że musieliby sobie odmówić od czasu do czasu tych "uszczęśliwiających" rozrywek, tj. jakiejś gry komputerowej, programu w tv, czy odcinka kolejnego serialu na Netflixie. Wielu boi się też w swoim życiu zmian. Wszak każda znacząca zmiana w życiu to jakiegoś rodzaju stres i konieczność adaptacji. U niektórych nawet drobne zmiany (np. ograniczenie oglądania TV z 3 godzin do 2 w ciągu dnia) wywołują wręcz panikę. To zdecydowanie pewien problem psychologiczny i należy nad tym pracować. Przede wszystkim trzeba mieć jednak jego świadomość - a to samo w sobie jest często największym problemem.  

Tak naprawdę wprowadzanie pewnych zmian jest i powinno być jednym z najpoważniejszych narzędzi ku temu by wywołać, lub utrzymać odpowiedni poziom motywacji. Często brak motywacji lub bodźca do działania wynika właśnie ze stagnacji, mającej miejsce w naszym bezpośrednim otoczeniu. To zmiana warunków zewnętrznych i konieczność przystosowania się do nich jest tym, co czyni człowieka silniejszym i bardziej świadomym. Często prosta zmiana  środowiska potrafi zdziałać cuda. Jeśli mówimy o treningu ciała, to proponuję w tym miejscu, żebyś np. zmienił godziny ćwiczeń, rodzaj treningu, czy fizyczne otoczenie. Jeśli dotychczas nie prowadziłeś zbyt aktywnego trybu życia, to motywacji powinna Ci dodać zmiana miejsca ćwiczeń, ludzi którzy Cię otaczają, i praca nad nieco innym podejściem mentalnym do tego, czego chciałbyś się podjąć. Niby banalne, ale skuteczne. Jednocześnie często zapominane. To czego ja sam używam do utrzymania/podbijania mojego poziomu motywacji w aktywności fizycznej to mój autorski system, tzw. "bodźcowanie stopniowe". Teoretycznie też nie jest to żadne, rewolucyjne narzędzie, jednakże zdecydowanie efektywne. Bazuje ono na odpowiednim nagradzaniu naszej psychiki, oraz przemyślanym rozbiciu naszych działań na pewne etapy. Jak to wygląda w praktyce? Przykładowo: moim celem jest zrzucenie 10 kilogramów masy ciała w ciągu 3 miesięcy.  Wiem, że wraz z upływem czasu zmęczenie całym planem będzie rosło, a moja psychika będzie potrzebować co raz większej "rekompensaty" za podjęty trud i co raz większe poświęcenie. W tym celu decyduję się, by po każdych 2 tygodniach pojawiał się element, który zachęci nas do kontynuacji planu, a równocześnie nieco zmniejszy koszta (psychiczne jak i fizyczne) naszego dążenia do osiągnięcia założonego celu. Żeby to bardziej uzmysłowić: 

 Cel: Redukcja 10kg masy ciała, czas: 12 tygodni 

 >>> działanie (wedle ustalonego planu) 
 2 tygodnie za nami - bodziec: wdrożenie suplementacji: Witaminy + ALC + Omega 3 
 >>> działanie 
4 tygodnie za nami – bodziec: zakup stroju sportowego 
>>> działanie 
6 tygodni za nami – bodziec: zmiana treningu (regeneracja psychiki i układu nerwowego, kojąca perspektywa czegoś nowego/lepszego) 
>>> działanie 
8 tygodni za nami – bodziec: dodanie filiżanki/kubka kawy przed treningiem 
>>> działanie 
10 tygodni za nami – bodziec: wdrożenie dodatkowej suplementacji - dobry spalacz tłuszczu 
>>> działanie 
12 tygodni – realizacja celu 

Tak to wygląda w praktyce, a system można dostosować do celów o różnym charakterze oraz procesów o różnym czasie trwania. Nie da się jednak ukryć, że bodźcowanie stopniowe szczególnie sprawdzi się u tzw. "zadaniowców", czyli osób, które najefektywniej działają w z góry ograniczonym czasie i przed jego upływem muszą zrealizować zamierzenia. Jeśli ktoś musi utrzymać efektywność przez naprawdę długi okres to również może skorzystać z dobroci tej strategii, jednak w takim wypadku bardziej sensowny może być nacisk na kształcenie stałych nawyków, o czym szerzej pisałem w moim poprzednim poście, traktującym o motywacji i podejściu do tego tematu. 

Z tego co zauważyłem, to jeśli chodzi o ludzi powszechnie uważanych za wysoce zmotywowanych można dokonać pewnego prostego podziału - na 2 typy. Jeden z nich nazwę typem "energetycznym", drugi zaś "wizjonerem". Pierwszy typ to ludzie naturalnie i fizycznie predysponowani do żwawego działania i realizacji różnych projektów. To typ, którym wielu zazdrości niekończących się pokładów energii o bliżej nieznanym źródle 🙂 To co charakteryzuje tego typu osoby to fakt, że mają naturalną potrzebę działania, angażują się w rozmaite sprawy, które niekoniecznie są najbardziej istotne z punktu widzenia dążenia do jakiegoś celu. Z uwagi na wysoki poziom energii nie tracą przez ten sposób bycia wiele. Wadą tego typu jest czasem brak analitycznego myślenia i odpowiedniego przykładania uwagi do szczegółów, co może działać negatywnie na ich ogólny poziom kompetencji (vide trenerzy, którzy bardzo chcą i motywują, ale nie zawsze mają pojęcie teoretyczne o tym co robią). Typ "wizjoner" to w pewnym sensie przeciwny biegun. Tak jak w przypadku "energetycznego" głowa zostaje trochę za ciałem, tak w przypadku wizjonera głowa nakreśla pewien obraz (wizję), a ciało stara się za nią nadążać i zmierzać ku realizacji nakreślonej wizji. Cechą charakterystyczną tego typu jest ekonomia działania i dążenie do maksymalnego skupienia na celu. Takie osoby starają się nie marnotrawić energii na rzeczy niezwiązane z planem, którego się podejmują. Są na nim maksymalnie skoncentrowane, do tego stopnia, że często mogą sprawiać wrażenie nieobecnych i niezainteresowanych specjalnie życiem i sprawami nie dotyczącymi wizji, która ich zajmuje. Wady? Tak jak w przypadku "energetyka" zawodzić może czasem głowa, tak w wypadku "wizjonera" przeszkodą w realizacji celu może być organizm nie do końca będący w stanie spełnić ambitne oczekiwania głowy. Takie osoby często są spokojniejsze i nie raz postrzegane jako mniej charyzmatyczne, a zarazem nie cieszą się wśród większości społeczeństwa równie dużym poważaniem i estymą co ci "energetyczni". 

To oczywiście dość subiektywny i umowny podział (jak każdy praktycznie).  Myślę, że osoby osiągające najwięcej sukcesów są mixem tych dwóch typów, czyli kimś w rodzaju energetycznego wizjonera 🙂 Grunt, to poznać samego siebie i dopasowywać sposób działania typowo pod swoją osobę, nasze zalety, wady i rzeczywiste pragnienia. Uczmy się siebie, rozwijajmy swojego ducha, pamiętając, że wszyscy się jakoś różnimy. M.in. tym jak silnych bodźców do utrzymania określonego poziomu motywacji potrzebujemy. Jest np. rodzaj osób, których inspirują wyłącznie rzeczy uznawane powszechnie za nieprzeciętne i ciężko im się zmotywować do pomniejszych zadań. By być efektywnymi w działaniu i czuć, że żyją, potrzebują wyzwań i zaangażowania się w osiąganie celów całym swoim życiem. Być może jesteś jedną z takich osób. Niezależnie od tego, pamiętaj że jedyny człowiek, do którego należy decyzja, czy kiedykolwiek poznasz swój prawdziwy, pełny potencjał - to właśnie Ty. 

Tyle na dziś, mam nadzieję że niniejszy wpis da do myślenia, czy nawet pomoże choć jednej osobie. Starałem się w nim przedstawić nieco odmienne spojrzenie na kwestię motywacji niż zrobiłem te zaprezentowane przed rokiem, we wpisie znajdującym się pod poniższym linkiem: 






niedziela, 8 kwietnia 2018

Mini recenzje - "Dlaczego zebry nie mają wrzodów?", "Doktor Ty", "Każdy kęs ma znaczenie"

Czas na kolejny wpis w ramach odsłony "Mini recenzje". Dziś wybitnie prozdrowotnie. Zdecydowałem się krótko zrecenzować trzy tytuły,  z których każdy traktuje o poprawie własnego samopoczucia i porusza tematy powszechnych schorzeń i problemów zdrowotnych. Do dzieła. 


Dlaczego zebry nie mają wrzodów? - R. M. Sapolsky 

Klasyk gatunku i chyba najpopularniejsza książka o szeroko pojętym zjawisku stresu, jaka została kiedykolwiek napisana. Zanim sięgnąłem po ową lekturę, wielokrotnie miałem styczność z jej rekomendowaniem – czy to na szkoleniach/kursach, czy też w różnych zakątkach internetu, a szczególnie tych związanych ze zdrowiem, oraz branżą "fit". Co charakteryzuje najsłynniejsze dzieło amerykańskiego naukowca? Jak się zapewne już domyślacie - naukowe podejście do tematu, a zarazem dość... niestandardowe. Czemu tak? Ano dlatego, że specyficzny, pisarski styl Sapolsky'ego wyróżnia się na tle tysięcy innych, naukowych publikacji. Autor przytacza dziesiątki zapadających w pamięć analogii i zdecydowanie nie stroni od humorystycznych klimatów. Przy tym wszystkim, "Dlaczego zebry nie mają wrzodów?" oferują naprawdę potężną dawką wiedzy na temat psychofizjologii ludzkiego (i nie tylko ludzkiego) stresu. Książka podchodzi do tematu z perspektywy 4 dziedzin: psychologii, neurologii, immunologii i endokrynologii. Kolejna zaleta tego tytułu to naprawdę pomysłowe i zgrabnie skomponowane przypisy. Lektura obowiązkowa dla wszystkich związanych z wymienionymi wyżej dziedzinami, oraz zainteresowanych tematyką zdrowia i jego poprawą.

Ocena: 8/10 


Doktor Ty – J. Howick 

Książka, w której początkowo najbardziej spodobała mi się okładka. Na szczęście treść okazała się równie atrakcyjna, choć podejście do tematu lekko mnie zaskoczyło. Tytuł może wielu zasugerować, że jest to kolejna książka traktująca o zdrowym żywieniu, suplementach i poradnik wyjaśniający jak powinniśmy żyć. No dobra, po małej części może i tak, ale nie to jest w tym wypadku sednem lektury. "Doktor Ty" zgrabnie łączy trzy dziedziny: medycynę, filozofię oraz psychologię. Co może być nieco zaskakujące, większa część książki kręci się wokół zjawiska... placebo. Tak, to nie pomyłka i mogłoby się wydawać, że pewna sprzeczność. Bo jak w takim razie skutecznie zastosować efekt placebo na sobie samym? Niby nielogiczne, jednak autor zapewnia (i popiera to badaniami naukowymi), że strategię tę można wdrożyć do własnego życia. Ciekawa koncepcja i na pewno warta zainteresowania. To co rzuciło mi się jeszcze w oczy to stylowe podobieństwo tej książki w pewnych fragmentach do... poprzednio opisanej pozycji, czyli "Dlaczego zebry nie mają wrzodów?". Czy mam rację? Najlepiej przekonajcie się sami. Niezależnie od tego, "Doktor Ty" to bardzo sympatyczna lektura, z której dowiemy się sporo na temat ludzkiej psychiki w procesie rekonwalescencji zdrowotnej oraz licznych grzechów medycyny konwencjonalnej. Gorąco polecam. 

Ocena: 8/10 


Każdy kęs ma znaczenie – G. Pająk 

Czarny koń dzisiejszego zestawienia, choć tradycyjnie każda z opisywanych przeze mnie książek jest przynajmniej niezła (nie ma w tym przypadku - robię przed zakupem rozeznanie). Świeżo wydana pozycja autorstwa legendy polskiej dietetyki przebiła jednak moje i tak całkiem spore oczekiwania. W zalewie dziesiątek (setek?) nowych pozycji z działu o zdrowym żywieniu, "Każdy kęs ma znaczenie" zdecydowanie się wybija. Jeśli ktoś z was szuka czegoś konkretnego, podsumowującego wiadomości o odpowiednim odżywianiu, a przy tym proponującego gotowy plan oczyszczająco - regenerujący, to książka Grażyny Pająk będzie na pewno bardzo dobrym wyborem. To co wyróżnia ją na tle podobnych tematycznie pozycji to fakt, że znajdziemy tu solidną, teoretyczną podbudowę pod wszystkie praktyczne wskazówki udzielane przez autorkę. A trzeba przyznać, że kompetencje autorki są nieprzeciętne. "Dr Grace" to dietetyk z około 25-letnim doświadczeniem, a przy tym... doktor biologii, naturoterapeuta, endoekolog, health coach, wykładowca, czy ekspert telewizyjny. Jeśli uczyć się zdrowego żywienia to właśnie od kogoś takiego i z takiej książki. Nie mówię tym samym, że jest to lektura bezbłędna - bo znalazło się w niej m.in. nieco literówek (nawet powtarzanych w tym samych nazwach), czy dość silnie sponsorowanych produktów. Niemniej - "Każdy kęs ma znaczenie" to świetna książka o żywieniu i jedna z najlepszych tego typu pozycji na rynku. Tytuł, który z czystym sumieniem mogę każdemu zarekomendować. 

Ocena: 9/10 

niedziela, 1 kwietnia 2018

KSIĄŻKA MIESIĄCA, MARZEC: ''Cesarz wszech chorób. Biografia raka"


Był kolejny post z cyklu "Mózgowa literatura", czas na kolejny wpis w ramach "Książki miesiąca". Choć Święta Wielkanocne w toku, to korzystając z chwili wolnego czasu zdecydowałem się na napisanie recenzji książki miesiąca marca. Mój wybór padł na dość głośną pozycję pióra Siddharty Mukherjee. Mukherjee to amerykański (z pochodzenia Hindus) naukowiec, onkolog, hematolog i pisarz jednocześnie. W literackim świecie zasłynął przede wszystkim z dwóch wysoko cenionych i często nagradzanych książek. Na myśli mam oczywiście tytuły "Gen. Ukryta historia" oraz "Cesarz wszech chorób. Biografia raka". Dziś zajmę się tą drugą pozycją, choć po historię genu - również z pewnością sięgnę. 

Choć chyba nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, to historia chorób nowotworowych u ludzi sięga naprawdę zamierzchłych czasów. Pierwsze wzmianki na temat tego podstępnego schorzenia datuje się na przeszło 2 i pół tysiąca lat przed naszą erą. To wtedy, słynny egipski lekarz Imhotep uwiecznił na papirusie opis "dziwnych, napęczniałych guzów na piersi". Niewykluczone jednak, że choroba nowotworowa nękała gatunek ludzki (i nie tylko ludzki) już znacznie wcześniej. Mimo upływu tysięcy lat i nieprzeciętnego postępu cywilizacyjnego rak nadal pozostaje dla nas ciężkim i podstępnym przeciwnikiem. W tym wypadku terminologia bitewno-wojenna nie jest przypadkowa. "Wojna z rakiem" to hasło przewijające się również od bardzo dawna, a wojowniczych analogii nie uniknął także Mukherjee. W swoim dziele opisał on wszystkie  lata zmagań ludzkości z nowotworami, z naciskiem na ostatnie stulecie, czyli okres pod tym kątem najlepiej znany i mimo wszystko - najbardziej rozwojowy. Myślę, że sam pomysł na tego typu książkę to przepis na hit, ale to jak amerykański autor zabrał się do tematu, budzi zachwyt już od pierwszego kontaktu z "Cesarzem wszech chorób". Wydanie lektury nie budzi żadnych zastrzeżeń - twarda, estetyczna oprawa oraz przyjazny dla oka układ treści. To co jednak najważniejsze - dzieło Mukherjee to grubo ponad 500 stronic wciągającej, niebanalnie napisanej historii. Choć tematyka do najprzyjemniejszej nie należy to autor doskonale zadbał o to, by czytelnik chciał pochłaniać kolejne rozdziały i poznawać kolejne elementy układanki. Równocześnie z opisem długotrwałego procesu dążenia ludzkości do pokonania nowotworu, Amerykanin wplata współczesne wątki, związane z doświadczeniami, z jego codziennej praktyki lekarza-onkologa. Mukherjee przedstawia historie kilku ze swoich pacjentów i co jakiś czas powraca do tematu, opisując ich dalsze zmagania z chorobą. To jeden z tych zabiegów, który sprawia że książkę czyta się szybko i z nieustającym zaciekawieniem. To co charakterystyczne dla dzieła amerykańskiego onkologa to także spora liczba cytatów i nawiązań do innych tekstów kulturowych - związanych z chorobami nowotworowymi bezpośrednio lub pośrednio - w sensie metaforycznym. 

Książka jest nieprzeciętna, ale czy to że Mukherjee po prostu świetnie ją napisał jest jedynym co przemawia za jej wartością? Absolutnie nie. "Cesarz wszech chorób" to przede wszystkim tytuł, który otwiera oczy i pozwala użyć ich w znacznie szerszej perspektywie. W dzisiejszych czasach styczność z rakiem miał, ma, lub będzie mieć praktycznie każdy. To historia, która dotyczy nas, historia ludzkiego rozwoju oraz cierpienia (częściowo właśnie z rozwojem związanego). W związku z tym lektura budzi silne emocje – od smutku i współczucia, przez zadumę, po nadzieję i wiarę. Mimo, że nowotworowa tematyka przewija się przez media dość regularnie, to wiele rzeczy, które przeczytałem było dla mnie zaskoczeniem. Myślę, że to samo czeka każdego kto sięgnie po "Cesarza wszech chorób". Kolejne uczucie, które towarzyszyło mi w czasie pochłaniania lektury to wrażenie, że już za moment, już za chwilę mitologiczny rak zostanie przez nas zdemaskowany i pokonany. Książka uczy jednak pokory i daje do zrozumienia, że prawda jest o wiele bardziej złożona niż często się wydaje. To nie kwestia wynalezienia jednej substancji (abstrahując już od tego, że każdy nowotwór jest nieco inny). To kwestia znacznie obszerniejszych horyzontów  myślowych i tak naprawdę - powrotu do korzeni, z jednoczesnym zaprzęgnięciem wszystkich możliwych, współczesnych środków i wynajdowaniem kolejnych.  To co przede wszystkim dała mi ta książka - to znacznie lepsze zrozumienie mechanizmów powstawania chorób nowotworowych oraz dużo większa świadomość co (kto) jest czym (kim) na polu bitwy z rakiem.  Dzieło Mukherjee zostało obsypane licznymi literackimi nagrodami, m.in. Nagrodą Pulitzera w kategorii literatura faktu, Literacką Nagrodą PEN/E.O. Wilson dla Książek Naukowych, nagrodą za najlepszy debiut przyznawaną przez dziennik "The Guardian" oraz nagrodą "Książki dla Lepszego Życia". Takie uznanie nie jest przypadkowe i sam nie widzę też powodu, by wytykać tej książce jakieś błędy. W zasadzie to ich nie dostrzegłem i sądzę, że Siddharta Mukherjee wykazał się w swojej pracy bardzo dużym obiektywizmem i pisarską pokorą. 

Unikatowa, nietuzinkowa, w pewnym stopniu rewolucyjna – tego typu określeniami mógłbym ocenić moją książkę miesiąca marca. "Cesarz wszech chorób. Biografia raka" to z pewnością jedna z kilku najlepszych lektur jakie było mi dane w życiu przeczytać (a przeczytałem ich blisko dwie setki). Mukherjee wykonał kawał naprawdę niesamowitej roboty, robiąc przy okazji coś bardzo pożytecznego dla ludzi. Ten tytuł wprowadza na wyższy poziom świadomości, dotyczącej postępu medycyny i walki ludzkości z mitologicznym już rakiem. Rekomenduję go wszystkim zainteresowanym poszerzaniem horyzontów myślowych, ale także tym poszukującym nadziei. Zawieść nie powinien się nikt.