piątek, 2 lutego 2018

KSIĄŻKA MIESIĄCA, STYCZEŃ: ''Tlenowa przewaga. Trenuj Efektywnie Popraw Wydolność Wzmocnij Zdrowie"



Czas na inaugurację kolejnego, comiesięcznego cyklu : ) Na koniec każdego miesiąca (na początek z lekkim opóźnieniem) będę prezentował książkę, którą uznałem za najciekawszą/najbardziej wartościową w kończącym się miesiącu - nie licząc tych przedstawianych w ramach cyklu "Mózgowa literatura". Tak więc, na książkę miesiąca stycznia, wybrałem tytuł "Tlenowa przewaga. Trenuj Efektywnie Popraw Wydolność Wzmocnij Zdrowie" autorstwa Patrick'a McKeown'a. To książka, do której zakupu przymierzałem się już od dobrych kilku miesięcy, a premiera jej polskiego wydania okazała się dla mnie bardzo miłą niespodzianką. 

Patrick McKeown to postać już dość dobrze mi znana. Kojarzyć go mogą także tłumy śledzące mojego bloga : ) Recenzowałem już na nim bowiem inny utwór tego autora - „Jak oddychać, aby być zdrowym”. Na końcu wpisu zamieszczę do tej recenzji link, jeśli ktoś jest zainteresowany tematem, a owy post przeoczył. Można rzecz, że „Tlenowa przewaga” to bardziej rozbudowana wersja „Jak oddychać, aby być zdrowym”. „Jak oddychać, aby być zdrowym” można uznać za streszczenie obiektu dzisiejszego wpisu. Mamy tam do czynienia z praktycznymi, zwięzłymi wskazówkami, bez zawiłych opisów teoretycznych. „Tlenowa przewaga” to z kolei tytuł, w którym McKeown poruszył też sporo innych kwestii, a temat (nie) poprawnego oddychania jest opisany w szerszym, bardziej holistycznym ujęciu. Momentami odniosłem nawet wrażenie, że omawiana książka została nieco przeciągnięta, a autor w niektórych fragmentach opisywał rzeczy oczywiste, lub przedstawiał coś w znacznie bardziej rozwlekły sposób niż by wystarczyło. Nie uważam tym samym, że „Tlenowa przewaga” to tytuł zły, w końcu nie przypadkiem znalazł się w tym cyklu : ) Te drobne przeciągnięcie to w zasadzie jedyna wada książki, jaką można by znaleźć. Niektórzy mogliby się na upartego przyczepić jeszcze do tendencyjności McKeown’a, który promowane przez siebie metody przedstawia niemal jak odtrutkę na całe zło współczesnego świata i zabrakło jedynie, żeby obwieścił swój program nowym lekarstwem na raka :) No, ale do rzeczy. Przejdźmy do tego o czym właściwie traktuje utwór McKeown’a oraz do zalet „Tlenowej przewagi” - których jest bardzo dużo. Całe podłoże teorii „sprzedawanych” przez Irlandzkiego autora wywodzi się z metod sławnego, rosyjskiego lekarza, Konstantyna Butejki. Wspomniałem już o tym co nieco w recenzji „Jak oddychać, aby być zdrowym”. Pisząc w skrócie – cała koncepcja polega przede wszystkim na tym, by minimalizować ilość wdychanego i wydychanego powietrza, oraz oddychać wyłącznie za pomocą nosaMcKeown uważa, że jest to klucz do wykształcenia prawidłowego sposobu oddychania, a co za tym idzie – poprawy ogólnego stanu zdrowia. Ciężko się z autorem nie zgodzić, a mogę coś o tym powiedzieć, ponieważ testowałem już wskazówki Irlandczyka i rzeczywiście są one skuteczne – pod warunkiem że jest się w ich stosowaniu systematycznym. Ćwiczenia oddechowe oraz odpowiednia „higiena oddechowa” to serce opisywanej książki, ale w odróżnieniu od „Jak oddychać, aby być zdrowym” znajdziemy w niej poglądy i porady autora dotyczące kilku innych kwestii mających niewątpliwy wpływ na fizyczny oraz psychiczny stan człowieka. 

W „Tlenowej przewadze” McKeown dość często odnosi się do sportu, oraz zastosowania swoich technik oddechowych w sportowej rywalizacji. Choć sam nigdy nie był sportowcem, to jak zapewnia – pomógł już niejednemu zawodnikowi w optymalizacji oddechu oraz ogólnej dyspozycji zdrowotnej. I ja mu wierzę. Irlandczyk przedstawił dość sporo historii jego podopiecznych, nie tylko sportowców – ale i „normalnych” ludzi. To dowód na to, że jego metody świetnie sprawdzą się zarówno w kontekście wysiłku fizycznego jak i zwyczajnego, codziennego funkcjonowania. Co ważne i godne uznania, autor poruszył kwestię znaczenia ludzkiej psychiki w dążeniu do poprawy zdrowia. Przeczytamy tu co nieco o sposobach radzenia sobie ze stresem, medytacji oraz treningu uważności – głównie najważniejsze kwestie na te tematy. Znajdziemy tu też sporo opisów zmian fizjologicznych towarzyszących astmie oskrzelowej, czy np. procesowi odchudzania. Irlandczyk poświęcił także kilka słów teorii treningu wysokogórskiego i celowego wprowadzania organizmu sportowca w stan hipoksji tlenowej. Wszystko to czyni „Tlenową przewagę” obszernym podręcznikiem traktującym o poprawie zdrowia oraz wydolności sportowej, przede wszystkim w oparciu o rekomendowane techniki i ćwiczenia oddechowe. 

Przechodząc do krótkiego podsumowania. „Tlenowa przewaga. Trenuj Efektywnie Popraw Wydolność Wzmocnij Zdrowie" autorstwa Patrick'a McKeown'a to świetna książka, która przedstawia naprawdę skuteczne metody poprawy własnego oddychania oraz stanu zdrowia. To tytuł, który mogę z czystym sumieniem polecić każdemu – zarówno zwykłym zjadaczom chleba, jak i zawodowym sportowcom. Sięgnijcie po nią, a na pewno się nie zawiedziecie. Osobiście - często będę do tej książki wracać.  


Link do recenzji książki "Jak oddychać, aby być zdrowym" :

wtorek, 23 stycznia 2018

MÓZGOWA LITERATURA, CZ.1 - "Mózg. 41 największych mitów"


Czas na inaugurację nowego, comiesięcznego cyklu : ) W obliczu mojego zainteresowania tematem (a przy okazji jego całkiem sporej popularności medialnej) zdecydowałem się stworzyć cykl pt. „Mózgowa literatura”. Co miesiąc będę przedstawiał na tym blogu jedną, wybraną książkę traktującą o działaniu ludzkiego umysłu, sposobach poprawy jego sprawności, czy też ciekawostkach z nim związanych. Na początek, na celownik wziąłem pozycję, która sprawi że moja weryfikacja treści przeczytanych w kolejnych publikacjach na temat mózgu będzie na pewno efektywniejsza. Mowa o dziele Christiana Jarretta, pt. „Mózg. 41 największych mitów”.  

To o czym warto wspomnieć na samym wstępie recenzji to fakt, że jest to literatura o charakterze typowo naukowym, książka wydana w naszym kraju przez wydawnictwo PWN. Lekturę cechuje multum odniesień i przypisów do przeprowadzonych badań – a także ich interpretacja przez autora. Przyznać jednak trzeba, że Jarrett przedstawia obraz przytoczonych sytuacji w wyjątkowo trzeźwy i rozsądny sposób. Na potwierdzenie wiarygodności i kompetencji autora można wspomnieć, że posiada on stopień doktora w zakresie neuronauki poznawczej na University of Manchester oraz jest redaktorem „British Psychological Society’s Research Digest”. Jarrett to także ceniony ekspert w szeroko pojętej branży „mózgowej”. Wracając do samej książki. Została ona podzielona na 8 rozdziałów, a każdy z nich traktuje o nieco innym typie mitów, pokutujących na temat naszego kluczowego organu. Znajdziemy tu objaśnienie i sprostowanie tak banalnych (jak na dzisiejsze czasy) mitów jak te mówiące o ludzkim sercu jako źródle myśli, po takie, dotyczące różnych schorzeń psychicznych oraz neurodegeneracyjnych. Wspomniane rozdziały poprzedzono wstępem, z którego dowiemy się (lub przypomnimy sobie), m.in. jak zbudowany jest mózg oraz zapoznamy się z opinią autora nt. współczesnych realiów i tendencji panujących w neuro-naukowym środowisku. Fajna sprawa, a szczególnie fragment dotyczący interpretacji publikowanych badań i potrzeby właściwego selekcjonowania treści, przedostających się do mass mediów. To coś czego trochę w dzisiejszych książkach brakuje, ponieważ ludzie często o tych istotnych zależnych zapominają, lub nie biorą ich pod uwagę w ogóle. Duży plus. Książkę uzupełniają bardzo ciekawe zdjęcia, które odnoszą się rzecz jasna do opisywanych w lekturze zagadnień. Generalnie nie poczułem, żeby mi czegokolwiek w dziele Christiana Jarretta brakowało – wręcz przeciwnie. Ta książka jest czymś więcej niż wielu ludziom może się wydawać po tytule. Ona nie tylko rozwiewa mity, ale jest zarazem naprawdę bogatym kompendium na temat współczesnego stanu wiedzy (popartej badaniami naukowymi) o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu. Przyznam, że spodziewałem się w tym przypadku dobrej lektury, ale i tak zostałem zaskoczony na plus. 

  „Mózg. 41 największych mitów” jest bowiem książką rewelacyjną. To jedna z tych lektur, które mogą wpłynąć na zmianę postrzegania wielu spraw, przewijających się w naszym codziennym życiu. To moja pierwsza książka w tym nowym, blogowym cyklu, ale poprzeczka została już na starcie zawieszona bardzo wysoko. Autor przekopując się przez setki badań wykonał kawał naprawdę dobrej roboty, a jak przystało na „mózgowy” autorytet – przy ich omawianiu i interpretacji wykazał się intelektem godnym uznania. Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę każdemu. 

środa, 17 stycznia 2018

5 walk, które chciałbym zobaczyć w 2018 roku

Rok 2018-ty trwa już w najlepsze, choć przed nami jeszcze sporo niewiadomych. W boksie zawodowym zakontraktowano na razie kilka ciekawych potyczek, a szczególnie interesująco zapowiadają się dwie konfrontacje w wadze ciężkiej: Deontaya Wildera z Luisem Ortizem (3 marca), oraz Anthony'ego Joshuy z Josephem Parkerem (31 marca). Dziś zaprezentuję 5 hipotetycznych pojedynków, które sam najchętniej zobaczyłbym na bokserskich ringach w 2018 roku. Co istotne - każdy z nich wydaje się możliwy do zorganizowania.

Vasyl Lomachenko - Jorge Linares

Zacznę od najlżejszych zawodników, przechodząc następnie do co raz wyższych kategorii. Czy genialnemu Łomaczence jest ktokolwiek w stanie zagrozić? Ukrainiec w zaledwie 10 dotychczasowych walkach odprawił już z kwitkiem takich kozaków jak Gary Russel Jr, Nicholas Walters, czy Guillermo Rigondeaux. Jest jednak jeszcze jeden zawodników, który twierdzi, że pokonałby "Hi-Tech'a" bez większych problemów... to Wenezuelczyk - Jorge Linares. Linares to również znakomity pięściarz, jeden z najlepszych w tych okolicach wagowych. Jego postawa w ostatnich walkach była imponująca. Czy wystarczyłaby, jednak na genialnego Łomaczenkę? Raczej nie.. choć jeśli ktoś ma sprawić Ukraińcowi jakieś kłopoty, to mógłby to być właśnie Linares. Sposób, żebyśmy się o tym przekonali jest jednak tylko jeden.

Jermell Charlo - Maciej Sulęcki

Jedyny polski akcent w moim zestawieniu. Sulęcki obecnie ma chyba największe szanse z polskich pięściarzy na potyczkę o światowy tytuł. Dużo się mówi o ewentualnym starciu "Stricza" z mistrzem świata WBC - Jermellem Charlo. Polak na pewno nie byłby w takim starciu zupełnie pozbawiony szans, choć faworytem byłby Amerykanin. Póki co, Sulęcki ma się zmierzyć w eliminatorze do tronu, z niezłym Ormianinem Vanesem Martiryosyan'em. Ten pojedynek również łatwą przeprawą nie będzie. Wymarzony scenariusz? Zwycięstwo "Stricza" z Ormianinem i wielka walka o tytuł WBC  w okolicach jesieni. Dużo też w rękach promotorów, w kwestii tego czy uda się do tej walki doprowadzić.

Gennady Golovkin - Saul Alvarez II

Walka, której specjalnie reklamować już nie trzeba. Pierwszy pojedynek Kazacha z Meksykaniem okazał się świetną bitwą, jedną z najlepszych walk 2017 roku. Sam lubię często do niej powracać i podziwiać kunszt obu pięściarzy. Wrześniowa potyczka zakończyła się remisem i był to raczej uczciwy rezultat. Była ona bardzo zacięta i stworzyła idealne podłoże pod rewanż... na którym powinni wygrać wszyscy. No może prócz przegranego - o ile tym razem będziemy takowego mieć. 

Murat Gassijev - Oleksandr Usyk

Według mnie to potencjalnie jedno z najmocniejszych (o ile nie najmocniejsze) zestawienie w historii wagi cruiser - zwłaszcza jeśli obaj pokonają rywali, z którymi zmierzą się w półfinale turnieju WBSS. A obaj zmierzą się z bardzo wymagającymi przeciwnikami - Gassijev podejmie za 2 tygodnie Yuniera Dorticosa, natomiast Usyk skrzyżuje rękawice z Mairisem Briedisem, już za nieco ponad tydzień. Wobec tak silnego zestawienia turnieju, nie można wykluczyć żadnego scenariusza - włącznie z finałem Dorticos - Briedis. Ja jednak stawiam na duet rosyjsko-ukraiński i już ostrzę sobie na tę wojnę zęby. Chyba podobnie jak większość bokserskich kibiców.

Anthony Joshua - Deontay Wilder

Walka, której boks zawodowy po prostu potrzebuje. Wydaje się, że druga połowa 2018 roku będzie idealnym momentem, by taką batalię w końcu zorganizować. Niebawem obaj zmierzą się z naprawdę wymagającymi rywalami, co wydaje się idealną zagrywką promotorską przed ewentualną unifikacją. Po zwycięstwie "AJ-a" mielibyśmy bowiem wszystkie znaczące, mistrzowskie pasy w stawce. Otoczka otoczką, ale to po prostu na ten moment dwaj najlepsi pięściarze wagi ciężkiej, ze zdecydowanie największym procentem nokautów w bilansie. Ich łączny rekord wynosi obecnie 59-0 (58 KO)! Ta walka 12 rund raczej by nie potrwała - za to wyłoniłaby niekwestionowanego króla wagi ciężkiej. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że Wilder to Amerykanin, a Joshua - Brytyjczyk. Obaj mają blisko 2 metry wzrostu, choć inny styl walki. To musiałoby się udać i na pewno sprzedałoby się jak świeże bułeczki. Świat boksu czeka!


piątek, 12 stycznia 2018

Mini recenzje - "Ja, pustelnik", "Sport nie istnieje", "Prawdziwa historia McDonald's"

Dziś kolejny post z cyklu "mini recenzje". Tym razem na celowniku znalazły się trzy książki. To zarazem pierwsze trzy lektury, jakie dane było mi przeczytać w niedawno rozpoczętym, 2018 roku. Swoją drogą, to chyba mogę z tego tytułu zaliczać się już do elitarnej mniejszości naszego społeczeństwa : ) Wedle statystyk ponad 60% Polaków w ciągu roku nie czyta żadnej książki... zabieram się do recenzowania.


Ja, pustelnik. Autobiografia - P. Trybalski, P. Pustelnik


Jak wskazuje nazwa - to autobiografia jednego z najpopularniejszych polskich himalaistów. Lektura zarazem dość lekka, jak i inspirująca. Pustelnik nie podzielił się w niej zbyt wieloma prywatnymi wątkami, skupiając przede wszystkim na opisie swoich wypraw - głównie tych, które umożliwiły mu zdobycie "Korony Himalajów" jako 3 Polak (po śp. Jerzym Kukuczce oraz Krzysztofie Wielickim). Czyta się szybko i z czystym zaciekawieniem - zwłaszcza jeśli ktoś  nie śledził wcześniej poczynań polskiego himalaisty. Co ciekawe, wnętrze książki jest stylizowane na formę retro. Czcionka, układ tekstu oraz grafiki przypominają wyglądem lektury wydawane przed kilkoma dekadami. Wyszło to fajnie, a całość oprawiono dodatkowo estetyczną, twardą oprawą. "Ja, pustelnik" to książka praktycznie dla każdego - no może poza wytrawnymi himalaistami, gdyż oni pewnie zbyt wiele nowego się nie dowiedzą. Pustelnik we współpracy z Trybalskim raczej zminimalizowali ilość ściśle specjalistycznych opisów na temat techniki pokonywania górskich przeszkód. Cała reszta powinna szybko i z zainteresowaniem przebrnąć przez te ponad 500 stron historii Piotra Pustelnika. 

Ocena: 8/10



Sport nie istnieje - J. Sowa, K. Wolański

Po opiniach internautów zauważyłem, że jest to książka budząca mieszane uczucia, a jej przeciętna ocena nie jest zbyt wysoka. Według mnie nie jest to tytuł pozbawiony wad, ale nie znaczy to że jest słabą książką. To lektura całkiem całkiem niezła, choć parę rzeczy może w niej rzeczywiście nieco irytować. I od nich zacznę. Dzieło  Pana Sowy oraz Wolańskiego jest pisane naukowym, kunsztownym językiem - przynajmniej takie było chyba założenie. W zasadzie wszystko jest napisane trudniej i bardziej zawile niż dałoby się to w istocie przedstawić. Nie mam nic przeciwko literaturze naukowej i samemu zdarza mi się taką czytywać, jednak w tym wypadku można odnieść wrażenie, że jest to przesadne silenie się na komplikowanie sprawy. Widać też, że autorzy mają zasób swoich ulubionych słów, którymi niestety zbyt często i chojnie rzucają - można by je zastąpić prostszym i mniej ostentacyjnym słownictwem. Kolejna wada wiąże się z powyższą i dotyczy, chyba zbyt nadgorliwej interpretacji niektórych zjawisk dotyczących sportu - niektóre kwestie są zbyt przez autorów zdemonizowane. Pomimo tych uwag, uważam recenzowaną lekturą za całkiem dobrą, gdyż rzuca ciekawe perspektywy na wiele sportowych wydarzeń, pozwala lepiej zrozumieć pewne zjawiska, a z racji dość wysublimowanego słownictwa w dużym stopniu stymuluje mózg, każe się nie raz zatrzymać i zastanowić. W książce znajdziemy też trochę mało znanych ciekawostek i anegdot dotyczących świata sportu. Podsumowując - "Sport nie istnieje" to lektura dobra, choć nie tak lekka jak mogłaby niektórym wskazywać jej tematyka. Dużo tu teoretyzowania o podłożu politycznym, społecznym, filozoficznym oraz egzystencjalnym. 

Ocena: 7/10



Prawdziwa historia McDonald’s. Wspomnienia założyciela - R. Kroc

Tematyka książki może być na tym blogu lekką niespodzianką : ) Lubię jednak czasem sięgnąć po historię sukcesu wielkich, światowych marek - niezależnie od ich branży. Przed rokiem miałem przyjemność przeczytania książki "Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twrócy Nike" i okazała się ona z jedną lepszych lektur jakie wpadły w moje ręce w całym 2017 roku. Przed nieco ponad 2 miesiącami na polskim rynku wydawniczym pojawiła się z kolei książka o identycznej koncepcji, choć dotycząca innego giganta sprzedaży. W zasadzie to historia McDonalda była pierwsza, tyle, że ukazała się u nas przeszło 30 lat po premierze w USA : ) Omawiana książka składa się natomiast ze wspomnień jednego z głównych założycieli popularnego "Maca". To on jest głównym twórcą fundamentów sieci amerykańskich restauracji, które nadal pełnią na rynku funkcję hegemona - mimo że R. Kroc nie żyje od 1984 roku. Książkę czyta się szybko, przyjemnie i z zaciekawieniem. To po prostu fragmenty pamiętnika Raymonda Kroca, który markę McDonald's stworzył dopiero w wieku 52 lat. W książce jest wiele ciekawostek, poznamy z niej m.in genezę nazwy gastronomicznego giganta, proces powstawania pierwszych restauracji oraz komponowania jego legendarnego menu. Inspirująca i interesująca lektura, która może dać niejednemu kopa do działania - zdecydowanie polecam.

Ocena: 8/10

środa, 3 stycznia 2018

5 suplementów, które działają


Okres przerwy świąteczno-noworocznej za nami. Nastaje więc czas, w którym wszelkie siłownie i kluby fitness się zapełniają : ) Lud rusza ku realizacji noworocznych postanowień – czy nam się to podoba, czy też nie. Pierwszym krokiem, po zazwyczaj luźniejszej, końcoworocznej przerwie powinna być oczywiście optymalizacja nawyków żywieniowych. Owa optymalizacja, będzie miała rzecz jasna różną formę, u różnych osób – w zależności od aktualnej formy, stanu zdrowia oraz celu treningowego. Zakładając, że ten krok został już poczyniony, można zastanowić się nad wdrożeniem sensownej suplementacji. Sensownej, tzn. uzupełniającej nasz sposób żywienia oraz zwiększającej wydajność treningową. Jak wiemy - w dzisiejszych czasach nawet dobrze zbilansowana dieta może nie dostarczyć nam odpowiedniej ilości niektórych substancji. Czasem, spożywanie pewnych składników w formie suplementacji jest też po prostu bardziej wygodne i praktyczne. Warto tu mieć na uwadze, że z prawnego punktu widzenia suplementy są niczym innym, jak właśnie rodzajem żywności/środkami spożywczymi.  Nie są to więc jakieś „magiczne koksy”, jak czasem co niektórym się wydaje : ) Nie znaczy to jednak, że nie są przydatne – bo zastosowanie odpowiednich suplementów, w odpowiedni sposób przyniesie znacznie więcej korzyści, aniżeli potencjalnych szkód.

Kiedy zdecydujemy się już wspomóc suplementacją, często natłok informacji wypływających z wszelkiego rodzaju mediów uniemożliwia nam dokonanie właściwej oceny – jaki suplement rzeczywiście działa i będzie dla nas odpowiedni. Wychodząc naprzeciw potrzebom „skołowanych”, przedstawię dziś 5 suplementów, a w zasadzie substancji występujących w suplementach (bez reklamowania konkretnych marek), które:

- ciężko jest spożyć w zadowalającej (wywołującej określony efekt) ilości z tradycyjnej żywności
- są bezpieczne dla zdecydowanej większości osób
- poprawią efekty treningowe oraz stan zdrowia
- będą przydatne praktycznie dla każdego
- niewątpliwie działają, co potwierdziły badania naukowe

Wspomnę jeszcze, że skupię się w tym wpisie na substancjach o charakterze typowo ergogenicznym, czyli takich które wywołują określony efekt, mając pozytywny wpływ na wydolność (czy fizyczną, czy umysłową) oraz zdolność do pracy. Przechodząc już do prezentacji:

1. Kreatyna

Królowa suplementów – i nie jest to miano nadane na wyrost. Ćwiczące osoby zadają mi  czasem w pracy pytanie: „a coś zamiast kreatyny?”. Prawda jest jednak taka, że kreatyna jest substancją jedyną w swoim rodzaju i nie znajdziemy dla niej substytutu o podobnym (a jakże szerokim!) spektrum działania. Badania wskazują przede wszystkim na wzrost siły, masy mięśniowej oraz szybszą odnowę zasobów energetycznych wskutek suplementacji kreatyną. Kreatyna sprawdza się szczególnie (choć nie tylko) u ludzi uprawiających aktywność o charakterze szybkościowo-siłowym – a z takim typem wysiłku mamy do czynienia w większości dyscyplin sportowych. Co ciekawe (wielu o tym nie wie, lub nie pamięta) kreatyna wywiera także pozytywny wpływ na funkcje kognitywne, wspomagając tym samym procesy myślenia, zapamiętywania, czy kojarzenia. Kolejną zaletą jest fakt, że jest to suplement stosunkowo niedrogi i łatwo dostępny. Mitem z kolei jest, że kreatynę trzeba „cyklować”. Badania dowodzą (a jest to najlepiej przebadany suplement na świecie!), że stała suplementacja kreatyną jest równie skuteczna oraz nie wywołuje skutków ubocznych. Warto dodać, że spożycie kreatyny w zadowalających ilościach (takich jakie ludzki organizm jest w stanie wykorzystać do podniesienia wydajności) z tradycyjnej żywności jest praktycznie niemożliwe.

2. Arginina

Skoro jesteśmy już przy kreatynie to warto przyjrzeć się również argininie, która bierze udział w syntezie m.in. właśnie kreatyny, a także ornityny, cytruliny, czy tlenku azotu. To właśnie z tą ostatnią substancją arginina jest zazwyczaj kojarzona. Całkiem słusznie, gdyż arginina to główny prekursor wytwarzania NO. Arginina wpływa zatem pośrednio na rozszerzenie naczyń krwionośnych, dzięki czemu zapewnia szybszy transport składników odżywczych, hormonów i tlenu  do mięśni. Arginina ma również swój udział w gojeniu się ran i niwelowaniu stanów zapalnych oraz wpływa na szybszą regenerację mięśniową. Nie każdy o tym wie, ale to właśnie zwiększenie syntezy wspomnianego tlenku azotu stoi najczęściej za działaniem powszechnie reklamowanych środków na impotencję. Tego typu preparaty często cechują się mocno wygórowaną ceną. W tym wypadku sięgnięcie po „czystą” argininę jest nierzadko o wiele bardziej opłacalne i praktyczne. Arginina to aminokwas szczególnie dedykowany osobom aktywnym, gdyż u nich zapotrzebowanie na niego jest podwyższone i często jego pokrycie z dietą jest praktycznie niemożliwe.

3. Omega 3

Temat wałkowany we wszelkich, szerszych publikacjach traktujących o dietetyce oraz suplementacji. Warto go jednak jeszcze raz przypomnieć, gdyż świadomość społeczna na ten temat jest wciąż niezadowalająca. W zależności od źródeł – przyjmuje się, że 80-95% populacji spożywa zbyt dużo (prozapalnych) kwasów tłuszczowych z rodziny Omega 6 względem tłuszczów z rodziny Omega 3. Za optymalny stosunek kwasów Omega 6 do Omega 3 w diecie uznaje się 2:1, lub 3:1, tymczasem… u wielu osób wynosi on >20:1 Problem wynika nie tylko z powszechnej obecności Omega 6, ale również (a może przede wszystkim) z niewystarczającej konsumpcji wybitnie prozdrowotnych Omega 3. Spożywanie ich w wystarczającej ilości z ryb jest problematyczne z kilku powodów. Ryby zawierają ich dziś co raz mniej (za to co raz więcej toksyn), a delikatna struktura tych kwasów powoduje, że ich straty, powstałe w wyniku ekspozycji na ciepło (obróbka termiczna ryb), czy światło są niebagatelne. Poza tym – zwyczajnie nie każdy za rybami i owocami morza przepada. Co sprawia, że kwasy tłuszczowe z rodziny Omega 3 są tak (a w zasadzie powinny być) pożądaną substancją? Wyróżniłbym tu przede wszystkim ich działanie neuroprotekcyjne, antyzapalne, pozytywny wpływ na kondycję mózgu i stan psychiczny oraz znaczny udział w poprawie stanu układu sercowo-naczyniowego oraz gospodarki glukozowo-insuliowej. Suplement dosłownie dla każdego.

4. Beta-Alanina

Suplement chyba wciąż trochę niedoceniany. To aminokwas biorący udział w utrzymaniu równowagi kwasowo-zasadowej (jako substrat karnozyny), częsty składnik tzw. „przedtreningówek”. To beta-alanina odpowiada za spotykane czasem uczucie "mrowienia" na twarzy. Nie wykazano jednak, by spożywanie tego aminokwasu wiązało się z jakimikolwiek innymi skutkami ubocznymi. Beta-alanina przyczynia się pośrednio na kondycję układu sercowo-naczyniowego oraz ma wpływ na hamowanie procesów starzenia. W suplementacji przedtreningowej jej najbardziej pożądanym działaniem jest jednak zmniejszenie/opóźnienie zmęczenia mięśni. Efekt ten dotyczy zarówno sportów siłowych, sportów walki, jak i dyscyplin o charakterze wytrzymałościowym. Co ciekawe – beta-alaninę poleca się także osobom w podeszłym wieku, które podejmują aktywność fizyczną. Badania jednoznacznie wskazują na poprawę zdolności wysiłkowych wskutek suplementacji beta-alaniną, jednak żeby uzyskać pełen efekt należy ten aminokwas suplementować regularnie, przez co najmniej kilka tygodni.

5. Kofeina

Bodaj najbardziej kontrowersyjna substancja z wymienionych w tym wpisie. Osobiście jestem zdania (tak jak i wielu naukowców), że rozsądna suplementacja kofeiną w większości przypadków przyniesie więcej pożytku, aniżeli potencjalnych szkód. Warto tu przytoczyć wyniki niedawno zakończonych badań, które dowiodły wielu korzyści płynących ze spożycia kofeiny. Okazało się, że kofeina ma właściwości nie tylko pobudzające, ale może także zmniejszać ryzyko chorób krążenia, cukrzycy, a nawet nowotworów. Dowiedziono też, że nawet jej duże dawki są stosunkowo bezpieczne (wyjątek – kobiety w ciąży i z osteoporozą). Kofeina to składnik wielu różnych suplementów i warto tu wspomnieć, że w tej formie wykazuje ona większą skuteczność, aniżeli ta spożywana z popularną kawą. Badania wskazują na większą efektywność przyjmowania kofeiny w tabletkach – to raz. Warto mieć również na uwadze fakt, że kawa zawiera także setki innych substancji chemicznych, z których wiele nie wpływa pozytywnie na wydolność (lub nawet wręcz przeciwnie). Kofeina to niewątpliwie skuteczna i stosunkowo tania substancja/suplement.

W tym wpisie - to by było na tyle. Nie są to oczywiście wszystkie suplementy, które działają i są warte uwagi (tych jest znacznie więcej). To po prostu moje propozycje, a post ma charakter typowo orientacyjny – stąd nie wikłałem się w analizy różnych form przytoczonych suplementów i nie podawałem ich dawkowania (które nomen omen jest sprawą mocno indywidualną). W przypadku wątpliwości chętnie jednak doradzę (w razie potrzeby - również w kwestiach dietetycznych) : ) .

Źródła informacji:
- książka „Dietetyka Sportowa. Co jeść, by trenować efektywnie” J. i K. Mizera
- własne




sobota, 30 grudnia 2017

Rób rzeczy, które będziesz pamiętać

Koniec 2017 roku już za chwilę. Dziś moja krótka refleksja na temat kończącego i zaczynającego się roku.

Czy mijający rok był dla mnie dobry? Tak. Wydarzyło się w nim na pewno więcej dobrego niż złego.

Czym wyróżnił się u mnie dobiegający końca rok? Z pewnością był dość intensywny oraz zróżnicowany pod względem działań i wydarzeń, które miały w nim miejsce.

Co prawda nie wszystkie plany udało się zrealizować, ale i tak mogę uznać rok 2017 za bardziej owocny niż 2016-ty.

 Co dla mnie istotne - kończący się rok przeżyłem świadomie. Starałem się nie marnować czasu i każdy miesiąc wykorzystać na coś pożytecznego. Pod tym względem ten rok był dla mnie chyba najefektywniejszym. Starałem się, by czas nie przeciekał mi przez palce zbyt łatwo i mogę powiedzieć, że w 80% mi się udało. Co nie zmienia faktu, że ostatnie 12 miesięcy zleciało mi strasznie szybko – ale może właśnie dlatego, że się generalnie nie nudziłem : )

Tak jak wspomniałem – z każdym miesiącem 2017 roku mam jakieś konkretne skojarzenia i wspomnienia, ale w zdecydowanej większości nie wynikały one z przypadkowości, a danych planów/założeń. Co ważne – te plany nie zawsze dotyczyły ciężkiej pracy. Znalazł się czas także na kontrolowany odpoczynek, przestrzeń do konstruktywnych przemyśleń oraz ładowania baterii.


Chciałbym, by rok 2018 był przynajmniej tak samo udany – to moja motywacja. Życiowego kursu o 180 stopni raczej nie zmienię, choć parę zmian na pewno nastąpi. Powiewu świeżości nie może zabraknąć : ) To konieczne, by czerpać satysfakcję z życia. Planów i perspektyw jest sporo, także wchodzę w 2018-ty z optymizmem – mimo że człeń co raz starszy. Motto na przyszły rok? Jak w tytule - rób rzeczy, które będziesz pamiętać : )

czwartek, 28 grudnia 2017

Rozszyfruj swoją krew - recenzja


Parę tygodni temu furorę w mediach społecznościowych zrobiła premiera książki „Rozszyfruj swoją krew” autorstwa dietetyczek: Pauliny Ihnatowicz i Emilii Ptak-Kasicy. W środowisku „fit” to dość dobrze znany duet. Dziewczyny znane są  przede wszystkim z prowadzenia poradni MedFood z siedzibą w Bydgoszczy, a ich kompetencje chwalił sobie nie raz - sam Jakub Mauricz. Premiera książki odbiła się dość szerokim echem, do zakupu swojego dzieła namawiały wszem i wobec nie tylko jego autorki, ale i wiele innych postaci z branżowego środowiska. Czy te rekomendacje można uznać za uzasadnione? O tym w dalszej części wpisu.

Książka „Rozszyfruj swoją krew” była reklamowana przede wszystkim jako bardzo obszerne, bo aż 800-stronicowe kompendium wiedzy na temat odżywiania i zdrowia, a wszystko oczywiście w powiązaniu z krwią oraz wynikami jej badań. Nie jest to jednak literatura medyczna i autorki tego nie ukrywają. Utwór został podzielony na 10 działów - wszystko w logicznym i przemyślanym porządku.  Znajdziemy to zarówno opisy teoretyczne, jak i sporo praktycznych wskazówek. Książka rzeczywiście wyróżnia się objętością i jest wyczerpująca, choć trzeba tu też dodać, że dość sporo treści jest po prostu cytatami, fragmentami innych książek/artykułów innych autorów. Żeby nie było – nie krytykuję tego. Nie da się być ekspertem od wszystkiego, a jeśli dziewczyny uznały czyjś autorytet w danym temacie - to tym lepiej dla ich wizerunku i pokory. Warto podkreślić to o czym już wspomniałem - książka traktuje nie tylko o badaniach i interpretacji krwi, ale i o zdrowiu oraz odżywianiu w ogóle. Pod tym względem jest to tytuł podchodzący do tematu jeszcze szerzej, niż np. opisywana już przeze mnie na tym blogu książka „Co mówi Twoja krew?” (link do recenzji: https://radzioactive.blogspot.com/2017/05/co-mowi-twoja-krew.html ) . Odniosłem wrażenie, że „Rozszyfruj swoją krew” jest lekturą nieco bardziej praktyczną niż przytoczony tytuł, choć obie są jak najbardziej książkami godnymi polecenia - i to dla każdego. To co cechuje oba tytuły to z pewnością fakt, że ich autorzy nie trzymają się kurczowo wytycznych medycyny akademickiej. Sporo wskazówek, zawartych w obu książkach ma charakter typowo funkcjonalny, empiryczny. Także aspekty psychologiczne nie zostały zlekceważone i bardzo słusznie. To do czego często autorki wracają to kwestia stresu – który ma rzecz jasna niebagatelny wpływ na nasze zdrowie, a co za tym idzie wyniki badań krwi. Kolejną zaletą recenzowanej przeze mnie książki jest jej prosty, zrozumiały język. Dziewczyny starały się unikać w swoim utworze skomplikowanych terminów, znanych jedynie środowisku medycznemu. Ten fakt, w połączeniu z bardzo „życiowym” tematem sprawia, że jest to lektura praktycznie dla każdego. Fajnym akcentem jest również 15-procentowy kupon rabatowy na podstawowe badania krwi. Został on umieszczony w końcowej części książki. Czy jest to zatem książka pozbawiona wad? Nie.

Pierwsze co rzuca się w oczy to dość kiepska oprawa książki. W przypadku grubszych książek (>500 stron) standardem jest sztywna okładka, chyba że mowa o powieściach i innych lekturach „na raz”. „Rozszyfruj swoją krew” to tytuł, do którego warto wracać, jednak częste użytkowanie szybko doprowadzi do zniszczenia książki, a przynajmniej jej okładki – u mnie nosiła ona znaczne ślady użytkowania już po tygodniu czytania i transportowania jej w plecaku. Jestem natomiast osobą, która książki bardzo szanuje. Okej - może trochę się czepiam, a taka a nie inna oprawa to kwestia życzliwości autorek i chęci, by ich dzieło było jak najtańsze. Mimo wszystko książka do najtańszych nie należy – jej obecna cena to 59,99. Co ciekawe, ostatnio wydano też jej bardziej okrojoną wersję – 440-stronicową. Jest ona reklamowana jako „wersja podstawowa dla każdego”. Sam kupiłem wersję pierwotną chwilę po premierze i nie było mi dane wziąć do ręki tej okrojonej, której cena to 39,99zł. Kolejną, nieco poważniejszą już wadą są błędy w treści książki. Osobiście wyłapałem ich kilka i ewidentnie są one powiązane z pośpiechem towarzyszącym ukończeniu utworu. Niestety nie wiem, czy wersja uboższa została ich pozbawiona, ale tak czy tak – minus. Najbardziej w oczy rzuciło mi się mylenie niedoczynności tarczycy z nadczynnością, zdarzyło to się 2-3-krotnie. Szczerze to ciężko mi to zrozumieć. Podejrzewam, że pisanie tego typu książki to kwestia przynajmniej kilku miesięcy. By uniknąć tych dość rażących błędów wystarczyło… dać utwór do przeczytania jakiejkolwiek, ciut bardziej rozgarniętej osobie. To maksymalnie dodatkowy tydzień czasu. Myślę, że wszyscy oczekujący premiery (w tym ja) ten drobny poślizg by wybaczyli.

Pomimo przedstawionych mankamentów, książka „Rozszyfruj swoją krew” to kawał pożytecznej literatury, lektura której wg mnie brakowało na polskim rynku wydawniczym. Paulina Ihnatowicz oraz Emilia Ptak-Kasica stworzyły praktyczny poradnik adresowany do każdego człowieka. Poradnik napisany bez zbędnego nadęcia, oparty na prawdziwych przypadkach, z którymi autorki spotkały się w codziennej praktyce. Zdecydowanie polecam i zachęcam do zakupu. Wasze zdrowie wyłącznie na tym skorzysta.

piątek, 22 grudnia 2017

(moje) TOP 10 książek o boksie

Przed kilkoma tygodniami swoją premierę miała długo wyczekiwana przez sympatyków boksu książka. Mowa tu oczywiście o „Walkach stulecia” autorstwa charakterystycznego i cenionego Andrzeja Kostyry. Pozycja spotkała się z pozytywnym odbiorem w pięściarskim środowisku, wielu „ludzi boksu” zdążyło się już o niej wypowiedzieć – w pochlebnym tonie. Sam jestem świeżo po tej lekturze, ale w tym poście nie skoncentruję się na jej recenzji, ale opublikuję swój ranking „bokserskich” tytułów, które miałem przyjemność dotychczas przeczytać. Oczywiście w rankingu uwzględnię już „Walki stulecia” i będziecie mogli się przekonać, czy według mnie dzieło Andrzeja Kostyry rzeczywiście spełniło pokładane w nim oczekiwania, a pozytywne opinie nie są na wyrost. Warto dodać, że wszystkie z uwzględnionych w rankingu tytułów zostały wydane w bieżącym wieku, a zdecydowana większość z nich jest (auto)biografiami. Nie przedłużając, przechodzę do rzeczy.


10. „Bracia Kliczko”

Ranking otwiera lektura o chyba najpopularniejszych braciach w całej historii boksu. Dziesiąte miejsce nie oznacza bynajmniej, że jest to książka zła. Jest całkiem poprawna i dostarcza o ukraińskich czempionach wielu ciekawych faktów – także tych nieznanych szerszej publiczności. Dużą zaletą „Braci Kliczko” jest też fakt, że jej autor - Leo G. Linder przyjął trzeźwą postawę i nie zamieszcza pochwalnych peanów na cześć braci w co drugiej linijce (na pewno książka nie jest tak cukierkowa jak dość głośny film o takiej samej nazwie). W lekturze znalazło się także miejsce na tę ciemniejszą stronę osobowości braci, choć te epizody nie zostały do końca wyjaśnione – nadal pozostaje tu sporo w kwestii domysłów. Książka niezła, lecz nie porywająca. Można przeczytać.


9. „Saleta. Łowca adrenaliny”

Jedyna w tym rankingu książka polskiego pięściarza wagi ciężkiej (poza klasyfikacją znalazła się m.in. książka Marcina Najmana J ). To dość lekka, momentami zabawna pół biografia – pół autobiografia. Prócz Przemka do napisania książki swoją cegiełkę dorzucił ceniony przeze mnie Przemysław Słowiński. Kupiłem ją w przecenie za 5zł i uważam to za całkiem dobry biznes. Choć nie jest to może dzieło z najwyższej półki, to czyta się je całkiem przyjemnie. Sporo tu ciekawostek, czy barwnych odniesień historycznych (co jest charakterystyczną cechą Słowińskiego). Myślę, że książka może zaciekawić szczególnie młodszych sympatyków pięściarstwa. Ukazuje ona realia boksu sprzed ok. 20 laty i obrazuje jak bardzo zmienił się ten sport w niektórych kwestiach – szczególnie mam tu na myśli powstanie i rozwój boksu zawodowego w Polsce. Bohater książki w pewnym stopniu sam się do tego rozwoju przyczynił, choć momentami jego postać jest być może zbyt mocno gloryfikowana – przez Słowińskiego, lub… samego Przemka J


8.  „Lou Duva. Moje siedem dekad w boksie”

Świeża pozycja, bo wydana u nas w bieżącym jeszcze roku.  Nie będę się jednak tutaj obszernie nad nią rozwodził, bo recenzowałem ją już na łamach tego bloga. W skrócie – całkiem dobra, powinna zainteresować każdego fana boksu. Tutaj link do mojej szerszej recenzji tego tytułu:  http://radzioactive.blogspot.com/2017/08/lou-duva-moje-siedem-dekad-w-boksie.html


7. „Floyd Mayweather. Najdroższe pięści świata”

Kolejna, stosunkowo świeża pozycja, bo wydana przed nieco ponad rokiem. Książka autorstwa Trisa Dixona to kawał dobrej biografii. Nie jest wybitna, ale zawiera wszystko co powinna zawierać rzetelnie napisana książka tego typu. Opisuje czas dorastania „Money’a”, jego burzliwe relacje z familią, oraz oczywiście przebieg walk boksera, który zakończył karierę z nieprawdopodobnym rekordem – 50-0 (27 KO). Lepszej (i jakiejkolwiek innej) książki o Floydzie wydanej w Polsce nie znajdziemy. Lektura którą raczej każdy fan boksu powinien przeczytać.


6. „Bestia. Historia Mike'a Tysona”

Moja pierwsza „bokserska” książka i m.in. z tego względu darzę ją pewnym sentymentem.  W sumie przeczytałem ją chyba 3-krotnie J Jest to też najstarsza z pozycji uwzględnionych w tym rankingu – została wydana w 2003 roku. Autorem tej biografii jest Przemysław Słowiński. Książka jest stosunkowo cienka (208 stron) i pochłania się ją w szybkim tempie. Bardzo dobrze napisana, dostarcza sporo informacji na temat walk „Iron’a” oraz historii wagi ciężkiej w ogóle. Jest tu dużo cyferek, ale wszystko ma swój porządek i zostało zgrabnie wkomponowane. Podsumowując – całkiem fajna książka, dobrze opisująca karierę sportową „Bestii”, choć wielu szczegółów z prywatnego życia Mike’a tu nie znajdziemy.


5. „Jerzy Kulej. W cieniu podium”

Wydana w 2016 roku książka to chyba najbardziej kompletne wydawnictwo dotyczące życia i kariery śp. Jerzego Kuleja. Autorem biografii jest jeden z wielu przyjaciół Jurka – Piotr Szarama. Lektura jest dość obszerna (528 stron) i fajnie oprawiona. Dostarcza wiele informacji, nie tylko na temat Kuleja, ale i historii polskiego boksu. Ukazuje realia dawnego pięściarstwa w Polsce, oraz jego potęgi. Ta książka to jednak przede wszystkim obraz osoby zmarłego w 2012 roku, dwukrotnego mistrza olimpijskiego. Poczytamy w niej o pozaringowych zainteresowaniach Jurka, jego marzeniach, a także osobistych problemach. Ciężko tu się czegokolwiek przyczepić, naprawdę porządna biografia, którą każdy fan boksu powinien w swojej biblioteczce posiadać.


4. „Rafał Jackiewicz. Życie na ostrzu noża”

Choć Rafał nie był tak znakomitym bokserem jak większość bohaterów opisywanych książek, to jego autobiografia jest jedną z lepszych jakie przeczytałem (nie tylko dotyczących boksu). Barwna postać oraz język „Warrior’a” stworzyły lekturę, którą czyta się praktycznie jednym tchem. Jest tu sport, są tu ciekawe historie z życia, a wszystko okraszone sporą dawką humoru – to z pewnością dobra recepta na udaną książkę tego typu. Nieco szerzej o tym tytule napisałem pod wklejonym linkiem:


3. „Muhammad Ali. Moje życie, moja walka”

Jedna z najlepszych sportowych biografii, które wpadły mi w ręce. Przeczytałem ją ok. 3 lata temu, ale myślę że do jej lektury przystąpię niebawem jeszcze raz. To co z pewnością cechuje biografię autorstwa Thomasa Hausera to: obszerność, precyzja, wnikliwość i przystępny język. To przeszło 600-stronicowe dzieło jest najlepszym, dotyczącym „Największego”, które wydano w Polsce. Kawał historii boksu jak i multum szczegółów z życia tego niezwykle barwnego, niedawno zmarłego czempiona. Temu tytułowi ciężko coś zarzucić, Hauser wywiązał się z zadania wzorowo, a klasę książki doceniają także oceny internautów. Znakomita książka, choć raczej ciężka dla kogoś kto boks ogląda od święta, lub w literaturze szuka przede wszystkim rozrywki. Nie uświadczymy tu tanich, zabawnych historyjek, które prawdopodobnie nigdy się nie wydarzyły, lub zostały „lekko” podrasowane – a takie mają miejsce w wielu sportowych biografiach (to się po prostu dziś sprzedaje, choć nie krytykuję tego - wszystko ma swoje miejsce). Pozycja obowiązkowa dla każdego fana boksu oraz ludzi poszukujących tych „ambitniejszych” biografii.


2. „Walki stulecia. Bohaterowie wielkiego boksu”

I tu przyszedł czas na dzieło Andrzeja Kostyry. Dzieło, które zdecydowanie nie zawiodło. Autor w typowym dla siebie stylu opisuje przebieg najgłośniejszych walk w dziejach światowego boksu (+ polskie akcenty). Przyznam, że to pozycja której trochę mi brakowało na polskim rynku wydawniczym – próżno szukać czegoś w podobnej konwencji (przynajmniej wydanego w aktualnych czasach). Na dodatkowy plus – bardzo estetyczna oprawa oraz ciekawe zdjęcia. Książkę czyta się bardzo szybko i aż żal, że nie jest obszerniejsza. To może jedyny, naciągany minus tej pozycji – Kostyra prace nad tą pozycją zaczął już dawno temu i wznowił je po latach. Sam zapowiadał, że książka będzie wyróżniać się nieprzeciętną objętością. Tak jednak nie jest. Jeśli ktoś szybko czyta, może ukończyć lekturę w kilka godzin. Nie jest to jednak pozycja, którą warto „zaliczyć” w taki sposób. Fajnie się czasem zatrzymać, przypomnieć fragment z opisywanej walki, lub odtworzyć sobie te wydarzenia po raz pierwszy w serwisie YouTube. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że Pan Andrzej zdecyduje się na drugą część książki, bo to z pewnością tytuł niepowtarzalny, który każdy kibic boksu (a może i sportu w ogóle) powinien posiadać. Świetna propozycja na wigilijny prezent „Last minute” J


1. „Mike Tyson. Moja prawda”

Zwycięzca rankingu wielką niespodzianką chyba nie jest. Autobiografia „Żelaznego” to książka, która zachwyciła wielu ludzi – także tych niekoniecznie interesujących się boksem na co dzień. To  już chyba wystarczająca rekomendacja, bo nie zauważyłem żeby jakakolwiek inna, „bokserska” książka cieszyła się w naszym kraju taką popularnością. Nie jest to jednak popularność na wyrost. „Moja prawda” zawiera wszystko co powinna zawierać dobrze napisana autobiografia: szczegółowe opisy, dużo ciekawych, prywatnych historii oraz ciekawostek okołosportowych. W dodatku jest dość gruba - także nie jest to lektura na jedno popołudnie (632 strony). To na pewno jedna z tych książek, do których za jakiś czas będę chciał wrócić. „Mike Tyson. Moja prawda” reklamowana jest jako „Najlepsza, najbardziej męska autobiografia w historii sportu.”. Czy to zasłużone miano? Nie wiem, ale z pewnością nie jest mocno przesadzone. Jestem pewny, że kwiecisty język „Żelaznego” oraz charakterystyczna dla niego szczerość przypadną do gustu zdecydowanej większości czytelników. Ta książka budzi silne emocje - od śmiechu, przez niedowierzanie i zszokowanie, po zadumę. Myślę, że to główna rzecz, która zadecydowała o sukcesie tej pozycji.  Kto jeszcze nie przeczytał – niech szybko nadrobi zaległość, a kto chce może autobiografii Tysona również posłuchać. Niedawno została ona wydana także w formie audiobooka, który jest do kupienia w internecie za niecałe 30zł – to całkiem fajna propozycja, choć osobiście zawsze będę zwolennikiem wydań papierowych. Wydanie autobiografii Tysona jest z kolei całkiem zgrabne i estetyczne.

Tyle na dziś, mam nadzieję że post okazał się przydatny i przypadł do gustu. W przyszłości przewiduję tutaj więcej osobistych rankingów, dotyczących nie tylko książek. Tymczasem - Wesołych Świąt wszystkim :)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Getbetter Jump Program - recenzja


Książek traktujących stricte o przygotowaniu motorycznym sportowców jest w Polsce bardzo mało. Jeśli już się pojawiają to wychodzą w małych nakładach, a o ich premierach wiedzą tylko „wtajemniczeni”. Trochę to dziwne, zważywszy na wciąż silną w naszym kraju modę na „bycie fit”. Z własnych obserwacji widzę, że wychodzi mnóstwo fitnessowego misz-maszu, poradników które mają nauczyć Cię życia, książek które są do wszystkiego, ale zarazem do niczego…

Tymczasem, kilkanaście tygodni temu pojawiła się na rynku książka „Getbetter Jump Program” autorstwa Artura Packa. Jak dowiemy się z okładki książki – Artur Pacek to „specjalista przygotowania motorycznego i powrotu sportowców po kontuzjach. Współtwórca i założyciel GETBETTER – stań się zwycięzcą i Strength & Conditioning Education Center – SCEC”. Osobiście kojarzę tę personę już od dłuższego czasu, głównie za sprawą tego ostatniego projektu, czyli SCEC. Autor „Getbetter Jump Program” jest osobą dość aktywną w internetowym środowisku i wspólnie z Mirosławem Babiarzem często publikuje materiały dotyczące przygotowania motorycznego. Sam noszę się z zamiarem wzięcia udziału w jednym ze szkoleń organizowanych przez tę dwójkę pod szyldem SCEC.

Do rzeczy. Jak sama nazwa może sugerować, „Getbetter Jump Program” to lektura skierowana przede wszystkim do koszykarzy. Wyciągnąć coś ciekawego może z niej jednak każdy człowiek uprawiający dyscyplinę, gdzie przygotowanie fizyczne odgrywa jakąkolwiek rolę. Pacek sam uprawiał koszykówkę i głównie z koszykarzami pracuje, także wszelkie ilustracje i odniesienia w książce powiązane są właśnie z piłką koszykową. „Getbetter Jump Program” nie jest żadną encyklopedią, ani kompendium wiedzy o przygotowaniu motorycznym, ale jak wskazuje tytuł – próbuje nam sprzedać jakiś program. Z jednej strony, ten trend jest nieco irytujący – prawie każdy trener uważa, że wynalazł złoty środek do osiągnięcia optymalnej dyspozycji fizycznej. Z drugiej – jeśli mamy wierzyć w uniwersalność i skuteczność jakiegoś sztywnego programu, to propozycja Artura Packa wygląda całkiem sensownie. Autorowi na pewno nie można zarzucić braku pasji i doświadczenia. Trenował on m.in. koszykarzy grających w lidze NBA.



To czym się charakteryzuje układ i przekaz książki to prostota, czyli coś co lubię. Nie mamy tu nie wiadomo jakich kombinacji. Program opiera się przede wszystkim na budowie siły, czyli zdolności motorycznej, która jest punktem wyjścia dla wszystkich pozostałych. Program Packa składa się z 3 faz, ale zanim do niego się dokopiemy mamy co nieco treści dotyczących odpowiedniego przygotowania do jego realizacji, higienicznego trybu życia, regeneracji itp. Na pierwszy rzut oka całość może wyglądać dość skomplikowanie, jednak gdy zagłębić się bardziej – ma to wszystko jasny porządek i swoje logiczne miejsce. Przed przejściem do programu poczytamy więc o fizjologicznych podstawach wysiłku fizycznego, kontuzjach, najczęściej lekceważonych elementach przez sportowców, oraz poznamy odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania - przez ludzi, którzy chcieliby wznieść swoją fizyczną dyspozycję na wyżyny. Metodyki samego programu opisywał nie będę, ale dla każdego kto choć raz zetknął się z osobą autora – większych niespodzianek nie będzie. Wszystko opiera się na budowaniu siły w mądry sposób, a co za tym idzie – ciała maksymalnie funkcjonalnego i jak najlepiej przystosowanego do wymogów dyscypliny sportowej jaką jest koszykówka. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by z programu korzystali także zawodnicy innych gier zespołowych, a także np. sztuk walki.  Warto tu zaznaczyć, że  program Getbetter Jump jest dedykowany dla ludzi, którzy posiadają już pewne doświadczenie treningowe. W tej książce nie znajdziemy szczegółowych opisów dotyczących techniki wykonywania przysiadów, czy martwego ciągu. Nawet w przypadku średniozaawansowanych adeptów treningu siłowego nieodzowna może być pomoc kumatego trenera, by być w stanie precyzyjnie realizować program Packa. Nie jest to więc lektura dla początkujących amatorów, którzy nie wiedzą za co się zabrać zaczynając przygodę z siłownią (choć i tacy po przeczytaniu „Getbetter Jump Program” będą nieco mądrzejsi i bardziej świadomi). Dodać należy, że proponowany program jest wymagający i do jego realizacji potrzeba pewnej, fizycznej bazy. Jeśli ktoś spróbowałby się podjąć programu Packa po jesieni spędzonej na kanapie, to prawdopodobnie rzeczywistość szybko wybije mu ten pomysł z głowy.

Książka „Getbetter Jump Program” zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, a nie ukrywam że jej premiery wyczekiwałem od dłuższego czasu. Nie zawiodłem się, choć jeszcze nie wiem czy sam podejmę się programu Artura Packa. Z pewnością jest to pozycja godna rozważenia – tak jak i lektura recenzowanego tytułu. Szczerze go polecam, a w szczególności sportowcom, którym brak koncepcji w kwestii przygotowania fizycznego/motorycznego. „Getbetter Jump Program” to z pewnością jedna z ciekawszych pozycji na polskim rynku wydawniczym, jeśli chodzi o tę właśnie tematykę.

piątek, 8 grudnia 2017

"Najlepszy" - moja opinia o filmie


Filmu jeszcze na tym blogu nie recenzowałem. Dziś będzie ten pierwszy raz, choć ten post będzie krótki, bardziej przypominający opinię. Przed 3 tygodniami na ekrany kin trafiła polska produkcja pt. „Najlepszy”. Scenariusz od razu mnie zainteresował – zwłaszcza, że jest oparty na faktach.  Film Łukasz Palkowskiego opowiada historię polskiego triatlonisty – Jerzego Górskiego. Jest on postacią wyjątkową nie tylko z tego względu, że w polskich barwach zdobył  tytuł mistrza na dystansie Double Ironman z czasem 24h:47min:46sek. Jego historia jest bezprecedensowa także z uwagi na fakt, że wygrał walkę z nałogiem narkomanii. Wychodzi z tego niewielu, a jeszcze mniej potrafi jeszcze potem odnieść jakikolwiek sportowy sukces. Górskiemu to się udało, wygrywając jedne z najbardziej prestiżowych zawodów sportowych na świecie. Pomimo tego, bohater filmu jest w naszym kraju dalej postacią dość anonimową. Teraz powinno się to nieco zmienić, zwłaszcza że równolegle z premierą filmu do księgarnii trafiła książka opowiadająca historię Górskiego – być może niebawem też po nią sięgnę.

Na szczególną pochwałę zasłużyła gra aktorska Arkadiusza Jakubika (trener) oraz Jakuba Gierszała, który wcielił się w rolę głównego bohatera. Gierszał mimo młodego wieku to naprawdę kawał aktora i choć nie każdy film z jego udziałem spotkał się z pozytywnym odbiorem środowiska, to ja z produkcjami, gdzie grał główne skrzypce mam wyłącznie dobre wspomnienia. Ten film porusza, bawi, posiada także walor edukacyjny. Nie da się ukryć, że jest to produkcja skierowana głównie do młodzieży. To typowy film dedykowany dla szkolnych wycieczek do kina. Z uwagi na sąsiedztwo kina z moim miejscem pracy mogę potwierdzić, że dzieło Palkowskiego rzeczywiście cieszy się sporą popularnością wśród takich grup. Zauważyłem, że zainteresowanie jest jednak spore wśród ludzi w każdym wieku. Dodam, że byłem w kinie 3 tygodnie po premierze, w dzień powszedni, a sala kinowa była praktycznie pełna – przyznam, że tego się nie spodziewałem. Popularność nie jest w tym przypadku na wyrost. Wielkim znawcą kina może nie jestem, ale myślę że seans „Najlepszego” mógłbym zarekomendować każdemu, bez zbędnego spoilerowania. Oczywiście wielu mogłoby ocenić to tak: „kolejny film o gościu, który wygrał coś pomimo przeszkód, przeciwności losu itp. – nic rewolucyjnego”. W taki sposób można by jednak zbanalizować większość filmów, a czy dobry film to koniecznie taki, który posiada rewolucyjną fabułę? Myślę, że nie. Tu istotnym jest, że przedstawiona historia wydarzyła się naprawdę, a wszystko przeniesiono na ekran kina w naprawdę niezły sposób.

„Najlepszy” to jeden z najlepszych dramatów sportowych jakie widziałem. Ciekawa, wciągająca historia, fajne odwzorowanie realiów PRL-u oraz nieprzeciętna obsada aktorska, z niezwykle utalentowanym Jakubem Gierszałem na czele. Polecam wszystkim, niezależnie od wieku, ale w szczególności młodzieży oraz tym, którzy szukają motywacyjnego kopa – ten film daje go niewątpliwie : ) .

wtorek, 5 grudnia 2017

Akcja Czytaj PL - krótka relacja



Przed kilkoma dniami zakończyła się bodaj największa, cykliczna akcja czytelnicza w Polsce – „Czytaj PL”. Jej organizatorami byli: Krakowskie Biuro Festiwalowe oraz platforma e-bookowa Woblink.com. .  Inicjatywa została objęta patronatem Ministra Edukacji Narodowej oraz serwisu lubimyczytac.pl. Towarzyszył jej więc spory rozmach. Tym, którym dalej wspomniana akcja nie mówi za wiele, streszczę jej zamysł oraz wyjaśnię na czym polega(ła). Tegoroczna edycja była tą o zdecydowanie najszerszej skali. Swoim zasięgiem objęła nie tylko prawie 500 polskich miejscowości, ale i 10 dużych, zagranicznych miast, m.in. takich jak Barcelona, Dublin, Lwów, Norwich, Nottingham, Praga i Reykjavik –  czyli Miasta Literatury UNESCO. W naszym kraju, w okresie od 2 do 30 listopada pojawiło się 7 tysięcy darmowych wypożyczalni e-booków, które można było znaleźć m.in. na przystankach autobusowych, w restauracjach i w szkołach. Sam o akcji dowiedziałem się przypadkowo i spontanicznie – czekając na tramwaj, zwróciłem uwagę na plakat pod wiatą przystanku. Przyznam, że niespecjalnie śledzę tego typu akcje i raczej nie jestem osobą, którą do czytania trzeba jakoś specjalnie motywować. Ta akcja ma rzecz jasna na celu promocję czytelnictwa, ale jest to również (a może tak naprawdę - przede wszystkim) gratka dla regularnych miłośników literatury wszelkiej maści. Tym razem do darmowego czytania (lub słuchania, w formie audiobooka) udostępniono 12 bestsellerów, w tym 5 absolutnych nowości z 2017 roku. Na liście oferowanych pozycji znalazły się m.in. tak hitowe pozycje jak Księżniczka z lodu” Camilli Läckberg, czy „Sekretne życie drzew” Petera Wohlleben’a. Sam zdecydowałem się jedak na lekturę, a w zasadzie słuchowisko innych tytułów. Mój wybór padł na „Szczerą prawdę o nieuczciwości” Dan’a Ariely’ego oraz „Wandę” Anny Kamińskiej. Jako, że czytnika e-booków nie posiadam, a męczenie oczu czytaniem długich form pisemnych, na ekranie monitora nie należy do moich ulubionych rozrywek, to zdecydowałem się na audiobooki. Dotychczas każda moja próba podejścia do jakiegolwiek audiobooka kończyła się fiaskiem, jednak tym razem było inaczej. Choć bez problemów również się nie obyło. Poniżej moje wrażenia z wysłuchania tych dwóch pozycji.


Szczera prawda o nieuczciwości – Dan Ariely

Książka znanego autora, którego osobę można umieścić w kategorii „ekonomista behawioralny”. Sam temat wydał mi się bardzo interesujący, choć podszedłem do niego również z pewną wątpliwością. Wątpliwością, czy ta książka mnie czymkolwiek zaskoczy. Nieskromnie pisząc – uważam się za dość dobrego obserwatora ludzkich zachowań i zastanawiałem się, czy autor zdoła mnie swoją lekturą w jakikolwiek sposób oświecić. Temat z jednej strony z potencjałem, a z drugiej dość ciężki do napisania czegoś odkrywczego. Autor wiedzę i wnioski czerpał głównie z eksperymentów, które sam organizował. Zazwyczaj polegały one na powierzaniu zadań pisemnych do rozwiązania danej grupie osób. W zależności od celu badania różniła się metodologia tych zadań, wynagrodzenie za nie, warunki jego otrzymania itp. Ariely przytacza również badania, informacje oraz ciekawostki psychologiczne z innych źródeł. Parę rzeczy się dowiedziałem, w pewnych utwierdziłem. Czasem miałem jednak wrażenie, że autor delikatnie nadinterpretuje rezultaty swoich badań, wysnuwając zbyt naciągane teorie, pasujące do jego własnej wizji. Przyznam, że z czasem lekko irytować mnie zaczęła dykcja Leszka Filipowskiego. Nie zarzucam mu nic – ale długotrwałe słuchanie tonu jego głosu powodowało u mnie coś z pogranicza znużenia i irytacji. Tutaj widać, jak wielki wpływ na odbiór utworu ma dobór i podejście lektora. Prawdopodobnie jednakowa treść może być odebrana różnorako przez tę samą osobę – w zależności od narracji. W każdym razie – „Szczera prawda o nieuczciwości” to książka bardzo dobra, z której każdy powinien wyciągnąć coś ciekawego. Martwić może jedynie, że końcowa konkluzja utworu nie jest zbyt optymistyczna. Choć nie każdy musi interpretować wszystko dokładnie w taki sposób jak Dan Ariely



Wanda – Anna Kamińska

Książka na temat kobiecej legendy polskiego, a także światowego himalaizmu. Nie jest to typowa biografia, książka przypomina bardziej zbiór opowiadań i anegdot, niekoniecznie porządkowanych w chronologicznym szyku. Ma to swój urok, szczególnie że o Wandzie Rutkiewicz napisano/opowiedziano już bardzo dużo. Nie uświadczymy tu więc sztywnych, biograficznych adnotacji. W zasadzie całość książki składa się ze wspomnień i relacji ludzi, którzy zetknęli się z bohaterką książki na różnych etapach jej życia. Dobrą robotę zrobiła lektorka – Danuta Stenka. Jej narracji słucha się naprawdę przyjemnie. Choć himalaizmem nieco się interesuję, to z tej pozycji udało mi się dowiedzieć wielu nowych rzeczy na temat Wandy. Sam myślałem o zakupie tej lektury, a tu niespodziewanie pojawiła się okazja do wysłuchania jej za darmo, dzięki akcji Czytaj PL. Dowiedziałem się dużo ciekawego, a „Wandę” mógłbym polecić także innym, niekoniecznie zatwardziałym miłośnikom wspinaczki górskiej. To książka w dużej mierze o życiu, pokonywaniu trudności. Jest tu też trochę historii, nie tylko himalaizmu. Czy coś mnie rozczarowało? Spodziewałem się nieco więcej szczegółów dotyczących samej wspinaczki i zdobywania himalajskich szczytów. Większość utworu traktuje jednak o wczesnej młodości Wandy. Taki był zamysł autorki i można było się tego spodziewać, gdyż Anna Kamińska jest osobą spoza wspinaczkowego środowiska. Kamińska ewidentnie postanowiła się kupić na osobowości Wandy, na tym jaka była wśród ludzi, jak dojrzewała do osiągania sukcesów.

Czytaj PL – moja ocena

Akcję Czytaj PL oceniam pozytywnie, mimo że mam pewne wątpliwości co do jej skuteczności. Nie wiem, czy istnieją jakieś oficjalne statystyki dotyczące „efektów” tej akcji na społeczeństwo. Nie trzeba być jednak statystykiem, żeby dojść do wniosku że tego typu akcja trafia przede wszystkim do regularnych, „kumatych” czytelników. Nie wyobrażam sobie jakoś sytuacji, w której „Typowy Janusz” postanawia ściągnąć sobie ebuczka (ściągnąć może tak, ale już nie przeczytać : ) ), bo przecież za darmo dają. Na pewno większą popularnością akcja Czytaj PL cieszy się wśród dzieci i młodzieży i to głównie do nich zdaje się być adresowana. Niezależnie od jej skuteczności – za podobne inicjatywy należy się respekt. Ja spotkałem się jednak z pewnym problemem technicznym. Podczas słuchania „Wandy” audiobook dość często mi się zawieszał. Kolejne rozdziały odtwarzały się czasem po kilku minutach, lub nie odtwarzały w ogóle, musiałem ponawiać odtwarzanie ręcznie. Nie wiem czy to kwestia szwankującej aplikacji Woblink, czy czegokolwiek innego, ale sprawiło to że ostatecznie swoją przygodę z Czytaj PL zakończyłem na 2 audiobookach, choć zamierzałem odsłuchać ich więcej. Mimo wszystko – akcja na niewątpliwy plus. Czekam na kolejne edycje.