niedziela, 30 grudnia 2018

Kilka słów o: funkcje czytania książek




Kiedy rozmawiam z kimś o czytaniu książek, nie raz słyszę pytanie: “jakie książki lubisz?”. Co w tym niby dziwnego? Otóż często jest tak, że pytający wychodzi z błędnego założenia, jakoby pytanie “jakie książki lubisz?” dawało odpowiedź na temat tego - jakie książki czytam. Nic bardziej mylnego, gdyż czytanie książek może mieć różne funkcje. Niby oczywiste, ale często nie brane pod uwagę. Tak jak to, że można się uczyć, nie będąc studentem, czy uczestnikiem jakieś zawodowego szkolenia. Wielu nie przychodzi to jakoś w ogóle do głowy. 

Dwie główne funkcje czytania książek to oczywiście funkcja edukacyjna, oraz rozrywkowa. Ten podstawowy podział można zastosować do w zasadzie wszystkich, czytanych przez nas lektur. Czasem te dwie funkcje się ze sobą łączą, bo czemuż nauka nie mogłaby być przyjemna? 🙂 Funkcji czytania książek może być jednak więcej. Nie ulega natomiast wątpliwości, że czytać je warto. Niezależnie od tego ile np. wertujemy internetowych artykułów, gazet, czy czasopism. Czytanie dłuższych form tekstowych posiada bowiem kilka zalet, jakich nie mają krótkie formy pisane. Główna przewaga książek to przede wszystkim zaznajomienie się ze znacznie szerszym kontekstem omawianego tematu. Żyjemy w czasach, w których bardzo powszechnym zjawiskiem jest bazowanie na wiedzy wyrywkowej. Krótkie newsy, internetowe nagłówki, czy nawet memy - dziś, są to często główne źródła zdobywania informacji o świecie. Nie jest to oczywiście absolutnie złe, natomiast faktem jest że taki trend produkuje co raz więcej ludzi z ograniczonym polem widzenia, ludzi którzy mają problem z przyswajaniem bardziej złożonych przekazów. Nierzadko można trafić na dyskutantów z “memową wiedzą”, którzy bezkrytycznie wierzą w “swoje” stanowisko oraz opinię, no bo oni przecież gdzieś czytali, gdzieś słyszeli... 

Tu się kłaniają kolejne korzyści z czytania książek, szczególnie w dużej ilości. To po prostu wpływa na poszerzenie światopoglądu. Im szerszy światopogląd, tym więcej perspektyw jesteśmy w stanie przyjąć. A ów umiejętność wiąże się nierozerwalnie z  nabyciem większej pokory i dystansu do tego co wiemy i możemy uznać za obiektywne. Paradoksalnie, bywa więc tak, że im więcej czytamy, tym mniejsze zaufanie mamy do informacji. Z kolei ludzie opierający się na nikłej ilości źródeł są bardziej pewni siebie i bezczelni w walce o swoją “prawdę”. Ma to i swoje zalety, w końcu “im mniej wiesz, tym lepiej śpisz” 😉 

Same książki bywają oczywiście różne - lepsze, gorsze, obszerne, zwięzłe, mniej lub bardziej tendencyjne... Tak samo – czytelnik czytelnikowi nie równy. Niedawno, odbywając krótką rozmowę z osobą wyróżniającą się dużą ilością przeczytanych książek, zadałem pytanie o metody szybkiego czytania, czy motywacje do pochłaniania ponadprzeciętnej ilości lektur. Odpowiedź była uderzająco banalna: “Nie stosuję żadnych specjalnych technik czytania, po prostu czytam to co lubię”. Nie ma wątpliwości, że czytając spontanicznie, to na co po prostu mamy ochotę czytanie będzie przyjemniejsze i licznik zaliczonych tytułów będzie rósł szybciej. Istotna jest tu kwestia naszych czytelniczych priorytetów. Czy chodzi nam po prostu o przeczytanie jak największej ilości książek o walorze typowo rozrywkowym (taki cel zdawał się mieć mój rozmówca), czy też liczy się dla nas przede wszystkim stopień przyswojenia czytanych treści, lub praktyczność lektury. Można starać się to też łączyć. Sam wyznaczyłem sobie cel w postaci przeczytania w 2018 roku 100 książek. Nie rezygnowałem jednak z regularnych prób rozwoju wiedzy, która przydałaby mi się mniej lub bardziej w karierze zawodowej, jak i życiu w ogóle. Tak więc nie obce było mi sporządzanie notatek, częste zatrzymywanie się w tekście, czy przeglądanie przeczytanych już książek. I choć celu nie udało mi się zrealizować (mój licznik zatrzyma się ostatecznie na niespełna 90 książkach), to mój czytelniczy rok uważam za bardzo udany. Mam bowiem świadomość, że gdybym w czytaniu skupiał się na najbardziej przyjemnej i najłatwiej strawnej literaturze beletrystycznej, to mój książkowy licznik zatrzymałby się pewnie na liczbie grubo ponad 100 pozycji. 

Nie można się jednak dać zwariować liczbom, niezależnie od naszych celów. Funkcjonalne czytanie to takie, które umożliwia nam jak najlepsze zrozumienie i przeanalizowanie treści. Oczywiście tekst można przyswajać w sposób szybki i efektywny zarazem. O metodach pomocnych w szybkim czytaniu pisałem już zresztą w tym miejscu: Czytaj szybko . Niemniej, większość osób z tego typu metod raczej nie korzysta. Tempo i predyspozycje do czytania ze zrozumieniem jest natomiast w dużej mierze kwestią indywidualną. W każdym razie, wydaje się, że ważniejszą rzeczą jest tak naprawdę ilość treści, którą zapamiętujemy, nie zaś sama liczba przeczytanych tytułów. Kluczowa jest też oczywiście wartość merytoryczna książki. Bo cóż z tego, że znamy na pamięć Harry’ego Pottera, kiedy praktyczne przełożenie jego treści na życie jest jakby nie patrzeć - znikome. Weź do ręki książkę naukową, a zapamiętując 15% faktów, poznasz świat dużo lepiej niż swobodnie przyswajając fabułę jakiejś fikcyjnej powieści. Człowiek to jednak istota z natury leniwa, szukająca instynktownie najprostszych dróg. Tak samo będzie z tendencją do wyboru rodzaju literatury. Nie neguję jednak czytania typowo dla relaksu. Książka to i tak jedna z najlepszych i najbardziej rozwijających form rozrywki. Zależy po prostu czego w książkach szukamy. To tak jak z muzyką. Niektórzy koniecznie szukają w niej przekazu (szczególnie fani rapsów i innych hip-hopów), a inni chcą się po prostu przy dźwiękach zrelaksować. I tu przyznam, że należę do tej drugiej grupy. By zaczerpnąć trochę życiowych mądrości, preferuję właśnie sięgnięcie po książkę. Co by nie mówić - parę wersów autorstwa ludzi, którzy często jeszcze z mlekiem pod nosem uważają się za życiowych mentorów, nie przemawia mi specjalnie do wyobraźni. Wracamy tu do powszechnej wyrywkowości wiedzy u współczesnych ludzi, szczególnie młodocianych, którzy wydają się najbardziej podatni na przyswajanie ogroma krótkich i uproszczonych komunikatów. 

Czy znaczenie ma to, czy czytane książki kupujemy, czy też wypożyczamy? Okazuje się, że pewne ma. Dość powszechnym zjawiskiem wśród stałych czytelników i zarazem klientów księgarni jest kupowanie książek “na zapas”. Wielu zapewne kojarzy to uczucie, kiedy nie zdążyliśmy jeszcze zagospodarować czasu na ukończenie posiadanych lektur, a do księgarni trafia pozycja, którą po prostu musimy przeczytać. Osobiście miewałem już momenty, że w kolejce książek oczekujących na domowych półkach miałem dobrych kilkadziesiąt pozycji. O ile czytamy regularnie i dążymy do skrócenia ów kolejki, to niczego złego w owym zbieractwie nie ma. Posiadanie pokaźnej biblioteczki nieprzeczytanych książek ma natomiast zaletę w postaci poszerzania świadomości. Otóż osoby kupujące na zaś potrafią bardziej obiektywnie spojrzeć na świat i całokształt ludzkiej nauki, oraz kultury. Wykazują się też większą pokorą do stanu własnej wiedzy.  Już o tej kwestii napomknąłem, ale to co przytaczam tutaj to efekt konkretnych badań,  a nie jedynie moja własna opinia.  

Chyba każdy z nas pamięta pierwsze czytane książki, a przynajmniej uczucia towarzyszące temu procesowi. Dziecko i początkujący czytelnik pochłania książki praktycznie całym sobą. Pierwsze lektury są niczym dla niektórych biblia, okno otwierające nam widok na świat. Nasza perspektywa poszerza się, ale jeśli jest to nasza pierwsza książka tego typu, to pozostaje zarazem bardzo wąska. Nie znamy żadnych standardów, ani alternatyw, które pozwalałyby nam spojrzeć na czytany tekst w sposób krytyczny. Emocjonalnie praktycznie jednoczymy się z książką i pytani o czytane tytuły nadajemy naszym pierwszym (niedługo po ich przeczytaniu) duże znaczenie. To zjawisko tzw. heurystyki dostępności, o którym już na blogu zdarzało mi się wspominać. Tym co dla nas znane i bardziej dostępne przypisujemy większe znaczenie na tle całego otaczającego nas świata. Analogicznie, im mniej książek wypełnia nasze półki, tym większym sentymentem je darzymy i tym zacieklej bronimy prawdziwości informacji w nich zawartych. W psychologii, wiąże się to zjawisko czasem z pojęciem tzw. Iluzji wiedzy. Jest to oczywiście pewien trend, to nie tak że póki nie przeczytasz xx książek, to nie poznasz pokory i będziesz fanatykiem treści zawartych w czytanych dotychczas lekturach. Generalnie jest jednak tak, że wraz z rosnącą ilością przeczytanych tytułów rośnie nasz dystans do przekazywanej wiedzy, a każdej osobnej książce nadajemy stosunkowo mniejsze znaczenie.  W tej kwestii rzecz tyczy się w sumie wszystkich naszych źródeł, nie tylko książkowych. Ten wpis traktuje jednak właśnie o tej formie zdobywania wiedzy, niewątpliwie jednej z najlepszych. 

Funkcje czytanie książek można też rozpatrywać w sposób bardziej praktyczny (jakich informacji potrzebuję), albo psychologiczny (jak chcę się poczuć). Ten pierwszy jest generalnie jasny – czytamy żeby się czegoś dowiedzieć. Ten drugi ma wymiar nieco mniej klarowny. Mam wrażenie, że dla niektórych główną funkcją czytania (lub nawet tylko posiadania) jest po prostu dowartościowanie się. Książka zawsze była w ludzkiej kulturze postrzegana jako atrybut wiedzy i mądrości. I choć kiedyś posiadanie książek było zarezerwowane wyłącznie dla duchownych, lub najbogatszych członków społeczeństwa, tak dziś nieprzeciętna powszechność tej formy pisanej jest wszystkim dobrze znana. Po książki nadal sięgają raczej bardziej inteligentne/mądre persony, natomiast czytelnicze motywy nie zawsze są takie jasne. Można powiedzieć, że na książki panuje swego rodzaju moda, szczególnie w mediach internetowych. Wydaje się, że przebywa “influencerów”, którzy poczuwają się do obowiązku recenzowania (a w zasadzie pokazywania, bo często z rzetelnymi recenzjami ma to niewiele wspólnego) każdej średnio- i wysokonakładowej pozycji, która ma właśnie swoją premierę. Czasem dochodzi do tego, że taka np. kreująca się na perfekcyjną panią domu kobieta chwali się, że w jej ręce wpadła książka o astrofizyce, a następnego dnia czyta już jakiś kryminał 🙂 Nie kupujmy tego, dbajmy o to by książki cieszyły się przynajmniej częściowo takim prestiżem jak dawniej. Zarazem nie wierzmy przekazom każdego człowieka, kreującego się na wielkiego czytelnika. Nie powiem, samemu zdarzało mi się łapać na tym, że zbyt przywiązywałem się do materialnej otoczki czytelnictwa. W posiadaniu papierowych książek i cieszenia się nimi nie ma nic złego, jednak usilne dążenie do posiadania co raz większej ilości egzemplarzy (niezależnie od tego, czy chcemy tym się dowartościować, czy zaimponować innym) wydaje się jednak nieco próżną praktyką. Wszak najważniejsze jest nie to co na półce, a to co w naszej głowie. 

Tym przesłaniem będę kończył ten post. Przyznam, że jakiś czas temu sam przywiązywałem jakąś wagę do ilości posiadanych książek. Chciałem mieć ich jak najwięcej i wprawiało mnie to w lepsze samopoczucie. Uświadomiłem sobie jednak naiwność tej drogi ku czytelniczemu spełnieniu. Przy niedawnej przeprowadzce pozbyłem się na dłuższy czas dobrej połowy posiadanych pozycji - tych do których wiem, że tak naprawdę nigdy nie wrócę, lub zrobię to za przynajmniej kilka lat. I uwolniłem się od tego, nie zależy mi już na posiadaniu dużej ilości książek. Dążę natomiast do tego by jak najwięcej z konkretnych tytułów wyciągnąć, i pomaga mi ku temu odpowiednia selekcja czytanych pozycji. Bo tak w końcu jest, a przynajmniej powinno być. Nie ważne jest ile czytasz, ważne ile z tego przyswajasz i co z tą wiedzą robisz. Fajną praktyką jest streszczanie komuś werbalnie treści przeczytanej świeżo książki. Tak naprawdę dopiero wtedy uświadamiamy sobie ile nam dało te kilka godzin spędzonych przed tekstem. Jeśli ktoś ma tendencje do kumulowania wiedzy wyłącznie w sobie, to po wdrożeniu takiej praktyki może być nieco zdołowany. Warto się jednak przemóc, by stwarzać własne czytanie efektywniejszym i bardziej użytecznym. Taka retrospekcja pomaga w dużo lepszym zapamiętywaniu treści. Oczywistą korzyścią z czytania książek jest natomiast praktyczne wdrażanie ich wskazówek do życia. Nie trzeba tego tłumaczyć, ale dobrze jest o tym pamiętać - każda nieużyta wiedza staje się w zasadzie bezwartościowa. Nieco inaczej ma się sprawa z literaturą, której głównym walorem jest rozrywka. Tu celem jest po prostu wprawienie się w lepszy nastrój. Jak widać - książki mogą pełnić wiele różnych funkcji. Najistotniejszą sprawą jest po prostu to na ile z nich skorzystamy, czy mamy świadomość po co po dany tytuł sięgamy, czego możemy się po nim spodziewać i co możemy z niego dla siebie wyciągnąć. 

piątek, 21 grudnia 2018

Mózgowa literatura, cz.12 - "Twój super mózg"



Czas na dwunastą już część “Mózgowej literatury”. Dziś przedstawię pozycję, którą wydano już parę ładnych lat temu, a wielu może jej nie kojarzyć. Jest to zarazem książka nieco opozycyjna w stosunku do twórczości mocno chwalonego tu ostatnio – Yuvala Noaha Harariego. Po więcej szczegółów zapraszam do dalszej części wpisu.  

Jak zapewnia napis na okładce, “Twój super mózg” to książka, która pomoże nam “rozwinąć dynamiczny potencjał umysłu”. Dla różnych czytelników - może to brzmieć albo enigmatycznie, intrygująco, albo też banalnie. Dzieło to stworzył Deepak Chopra (z pomocą Rudolpha E. Tanziego). To amerykański lekarz, pisarz, oraz filozof hinduskiego pochodzenia. Warto zaznaczyć, że jest to autor niezwykle “płodny”, oraz w pewnych kręgach popularny. Pisywał on książki lepszy i gorsze, a wedle portalu lubimyczytac.pl w Polsce wydano aż 45(!) tytułów jego autorstwa. Choć na dobrą sprawę było tego prawdopodobnie jeszcze trochę więcej. “Twój super mózg” został podzielony na trzy duże części, z których każda zawiera kilka rozdziałów. Na początek trochę teorii, naukowych ciekawostek i rozwiania mitów. W części drugiej autor zdecydował się przeanalizować różne, mentalne blokady i problemy z jakimi stykamy się w życiu. Chopra przedstawia jak sobie radzić z lękiem, osobistymi kryzysami, czy nawet nadwagą - głównie za pomocą naszego umysłu. Dość odważnie. W części trzeciej mamy już z kolei do czynienia z totalnym popuszczeniem lejców przez autora. Chopra za wszelką cenę stara się przekonać do wiary w Boga, a główne terminy jakie się przewijają w końcowej części książki to: “oświecenie”, “wiara”, oraz wspomniany “Bóg”. Co warte podkreślenia, a z pewnością działające in minus w ogólnej ocenie książki - to brak bibliografii.  

Do opisywanej dziś książki podchodziłem z totalnie czystą głową - beż żadnych uprzedzeń i głębszych domysłów co do jej zawartości. Przyznam, że “Twój super mózg” wzbudził we mnie mieszane uczucia, a poziom książki wydał się mocno nierówny. Naprawdę przydatne i interesujące rady oraz spostrzeżenia przeplatają się tutaj z fragmentami niemal pseudonaukowymi, ocierającymi się wręcz o ezoterykę, lub po prostu będącymi efektem bujnej wyobraźni autora – niestety niepopartej konkretnymi badaniami. Książka mnie nie raz ciekawiła, ale i momentami nudziła. Na uwadze mieć trzeba, że od czasu jej wydania minęło już parę lat - także z jakąś rewolucyjną wiedzą dotycząca funkcjonowania mózgu tu się nie zetkniemy. To nie powinno jednak ujmować lekturze wartości, to po prostu kwestia czasu. Da się jednak dostrzec pewien brak konsekwencji i spójnego podejścia u amerykańskiego pisarza. Z jednej strony, przytacza on rezultaty różnych, naukowych badań i się na nie powołuje. Z drugiej – krytykuje podejście współczesnej nauki do wiary, istnienia duchowości i nie-fizycznej duszy/świadomości. Chopra po prostu selekcjonuje źródła swojej wiedzy, stara się być kimś ponad nauką. Osobiście mam pewne wątpliwości, czy cytowanie biblii ponad naukowym sceptycyzmem (odnośnie istnienia niematerialnej istoty duszy) jest podejściem słusznym. W tym kontekście bliżej mi jednak do Harariego. Niemniej, dostrzegam luki które Chopra wytyka nauce, i przestrzeń na której buduje on swoje teorie. Po tej książce oczekiwałem jednak nieco więcej praktycznych porad. Nie jest to mimo wszystko zła pozycja.  

“Twój super Mózg” to tytuł, który może pomóc niejednemu, mentalnie zagubionemu człowiekowi. Książka będzie szczególnie ciekawa dla tych, którzy nie mieli dotychczas za dużej styczności z umysłowymi poradnikami. Jest w niej dość sporo interesujących wskazówek i ciekawostek dotyczących działania naszego kluczowego organu. Do gustu przypadnie ona szczególnie osobom wierzącym, lub też skłonnym do religijnego nawrócenia. 


MÓZGOWA LITERATURA, CZ.1 "Mózg. 41 największych mitów":

MÓZGOWA LITERATURA, CZ.6 "Po pierwsze nie szkodzić":

piątek, 14 grudnia 2018

Mini recenzje - "Sapiens", "Homo deus", "Małe wielkie odkrycia"

Nadszedł w końcu czas na kolejną odsłonę mojego stałego cyklu “mini recenzji”. Pod lupę, tradycyjnie już wezmę 3 książki. Zgodnie z podejmowanym przeze mnie obecnie tematem, będą one dotyczyć szeroko pojętego świata, ludzkości oraz losów naszej cywilizacji. 



Sapiens. Od zwierząt do bogów - Y. N. Harari  

Po lekturze rewelacyjnych “21 lekcji na XXI wiek” od razu zdecydowałem się na sięgnięcie po następną książkę izraelskiego historyka. Następną dla mnie, ale w gruncie rzeczy to pierwszą, którą Harari zasłynął i dzięki, której wypłynął jako autor na szerokie wody. Co tu dużo pisać. “Sapiens. Od zwierząt do bogów” to międzynarodowy bestseller, sprzedany w ponad 5 milionach egzemplarzy i przetłumaczony na 45 języków. Ten tytuł nie zawiódł także mnie. To z pewnością jedna z najlepszych pozycji jaka wpadła w moje ręce. Polecam każdemu, ta literatura to nie lada gratka dla mózgu i z pewnością niejednemu otworzy oczy.  Przed Hararim nikt nie przedstawił początków i historii rozwoju gatunku ludzkiego w tak interesujący, wciągający i zarazem bardzo przystępny sposób. 

Ocena: 9/10 



Homo Deus. Krótka historia jutra – Y. N. Harari 

Część druga “wielkiej trójcy” Izraelczyka. Tak jak w części pierwszej Harari skupił się na historii gatunku Homo Sapiens, tak w tej postanowił zabawić się w proroka i spojrzeć w przyszłość naszej cywilizacji. Autor przedstawił swoją śmiałą wizję rozwoju człowieka i przewiduje powstanie nowego, tytułowego gatunku – Homo deus. Jak będzie wyglądał człowiek przyszłości? W co będzie wierzył, a jakie idee odrzuci? Pewnej odpowiedzi na te pytania nie zna nikt, ale wizja Harariego brzmi bardzo sensownie i zmusza do refleksji. Zachęcam do osobistego zapoznania się z nią. Z pewnością nikt tego nie pożałuje (no może poza religijnymi radykałami). “Homo Deus” to niezwykle inspirujące dzieło, które w interdyscyplinarny sposób stara się odpowiedzieć na najważniejsze pytania dotyczące przyszłości człowieka. Tę książkę z pewnością pozostawię w swojej biblioteczce na kilka dekad, by kiedyś do niej powrócić i zweryfikować nieco kontrowersyjne - w dniu dzisiejszym wizje.

Ocena: 9/10 



Małe wielkie odkrycia – S. Johnson 

Na pewne rozluźnienie klimatu, pozostawiłem niespodziewanego czarnego konia dzisiejszego zestawienia. Zdaje się, że  książkę “Małe wielkie odkrycia” dorzuciłem spontanicznie do internetowych zakupów.  Z tego co pamiętam to kosztowały dosłownie kilka złotych. I jak się okazało - były to bardzo dobrze wydane złotówki. W zasadzie to od ładnych kilku miesięcy żadna książka mnie tak nie pochłonęła - włącznie ze świeżo czytanymi i przed chwilą przytaczanymi bestsellerami Harariego. “Małe wielkie odkrycia” Johnsona to popularnonaukowa, zwięzła książeczka, przedstawiająca kulisy kluczowych dla rozwoju współczesnej cywilizacji odkryć. Dzięki niej, poznamy przede wszystkim łańcuchy zależności pomiędzy rosnącymi potrzebami człowieka, a zaspokajaniem ich poprzez nowe wynalazki. Dowiemy się m.in. w jaki sposób wynalezienie czcionki drukarskiej przyczyniło się do wynalezienia okularów, czy poznamy wpływ aparatów z fleszem na rozkwit budownictwa. Tytuł okraszono ciekawymi zdjęciami, co dodatkowo zachęca do lektury i utrudnia oderwanie się od niej. Gorąco polecam. 

Ocena: 9/10